ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Łukasz Karkoszka, Mariusz Grzegorzek,

TEATR MA W SOBIE UCZCIWOŚĆ

A A A
Z Mariuszem Grzegorzkiem, reżyserem teatralnym i filmowym, rozmawia Łukasz Karkoszka.
Łukasz Karkoszka: Jest Pan laureatem zeszłorocznego festiwalu „Interpretacje“. Czy to zwycięstwo coś zmieniło w Pana życiu zawodowym?

Mariusz Grzegorzek: W trakcie moich różnych zawodowych przygód zmuszony byłem nauczyć się dystansu, by zbytnio nie przejmować się porażkami. Taka postawa ma jednak pewną cenę, nie pozwala zbyt mocno cieszyć się sukcesami. Mimo to, nie ukrywam, że nagroda na „Interpretacjach“ sprawiła mi ogromną satysfakcję. W jakiś sposób otworzyła także przede mną nowe możliwości.

Ł.K.: Czy, Pana zdaniem, taki festiwal młodym reżyserom jest w ogóle potrzebny?

M.G.: „Interpretacje“ pozwalają zaistnieć szerzej młodym twórcom. Rynek teatralny, tak jak każdy rynek sztuki, poddany jest pewnym prawom. Tak więc w sensie promocyjnym, co rozumiem jako zapewnienie reżyserom komfortu funkcjonowania w wielu teatrach w kraju, taki festiwal jest bardzo potrzebny.

Ł.K.: Jak się Pan czuje jako juror? Jakimi kryteriami posługiwał się Pan oceniając poszczególne spektakle?

M.G.: W roli jurora na tym właśnie festiwalu czuję się stosunkowo komfortowo – każdy juror, przyznając nagrodę, wypowiada się w swoim własnym imieniu i to znacznie ułatwia sprawę. Nie trzeba osiągać consensusu, ustalać wspólnego werdyktu, który zawsze jest rodzajem kompromisu. Każdy z jurorów przyznaje swoją nagrodę zgodnie ze swoim najgłębszym przeświadczeniem. Natomiast, w ocenach poszczególnych spektakli nie posługuję się z góry określonymi kryteriami. Staram się oglądać przedstawienia w sposób otwarty i możliwie najbardziej przychylny, co wcale nie jest takie łatwe. Czekam na „reakcję ze środka“, tzn. musi mnie coś poruszyć, zaskoczyć, czy wręcz wybić z pewnego rodzaju „znieczulenia“.

Ł.K.: Co ma w sobie teatr, czego nie ma film, że zdecydował się Pan tworzyć głównie w tej materii, choć to przecież od filmu zaczynał Pan swoje zycie zawodowe?

M.G.: Teatr ma w sobie uczciwość pracy. Dyscyplinę i poczucie wspólnoty. W pracy filmowca zmęczyło mnie to, że cały czas musiałem okiełznywać ogromną techniczną machinę, która jest niezbędna, aby film powstał. Praca na planie filmowym zmusza także do pracy z bardzo dużą ilością, często przypadkowych ludzi. Im dłużej pracowałem jako filmowiec, tym bardziej rozumiałem, że tak naprawdę interesuje mnie spokojna laboratoryjna praca, która jest w precyzyjny sposób zaplanowana, która rozwija się w czasie i która drąży możliwie najgłębiej jakieś wybrane zagadnienie. Swoje filmowe doświadczenia mógłbym określić jako „padaczkowo – schizoidalne“, co znaczy, że zawsze jest za mało pieniędzy, a co za tym idzie – zawsze jest za mało taśmy, za mało czasu itd.. Praca w filmie polega na tym, że wszystko jest robione na granicy frustracyjnego wybuchu. Taki tryb pracy nie leży w moim charakterze. Oddzielnym zagadnieniem są moje odczucia jako widza, nagle zrozumiałem, że żywy kontakt z człowiekiem w teatrze interesuje mnie bardziej, co nie znaczy, że nie lubię kontaktu kinowego, gdzie mamy do czynienia z jakimiś upiorami, duchami, z prześwietlonym celuloidem, który rzucany jest na ekran. Jednak to w przypadku teatru mamy do czynienia z żywą energią, która jest bardzo trudna do okiełznania. Dziewięćdziesiąt procent spektakli, które oglądam jako widz, pozostawia mnie całkowicie obojętnym. Ale jest te dziesięć procent porywających przedstawień, które sprawiają, że człowiek ma wrażenie, że uczestnicy w czymś ważnym, silnej wymianie energetycznej. Taki rodzaj doświadczenia jest nieporównywalny z niczym innym i w swoich teatralnych realizacjach bardzo chciałbym to osiągnąć.

Ł.K.: Powiedział Pan kiedyś: „nie znoszę teatru atrakcji, teatru skandalu obyczajowego... albo przekładanie klasyki na tak zwane aktualne treści – nie znoszę tego, a także teatru podobnego do wiadomości telewizyjnych“. Jaki więc teatr Pana interesuje?

M.G.: Interesuje mnie poważny teatr, to znaczy teatr, który dotyka człowieka jako tajemnicy. Na paradoksalnej mieszaninie pierwiastków, które kotłują się w człowieku i powodują, że każdy z nas dla siebie, jak i dla innych jest tajemnicą. A co za tym idzie, interesuje mnie teatr, w którym przełamuję pewną „autystyczną barierę“, tzn. zaczynam dotykać drugiego człowieka, a tym samym dotykam też w jakiś sposób siebie samego. Za każdym razem staram się do tego dążyć, choć wiem, że jest to trudne do osiągnięcia. Nie jest wtedy dla mnie ważne czy robię tekst Szekspira, czy na przykład współczesny dramat amerykański.

Ł.K.: W swoich spektaklach skupia się Pan głównie na ciemniej stronie życia, gdzie ludzie krzywdzą się wzajemnie. Gdzie nadzieja?

M.G.: W moich spektaklach jest eksplorowana ciemna strona ludzkiej natury, ponieważ tak naprawdę to ta ciemna strona jest esencją człowieczeństwa. Zapewniam jednak, że każdy, kto w sposób odpowiedzialny i z pewnego rodzaju czułością, a jednocześnie odwagą, zagłębi się w te rejony to może doznać tylko i wyłącznie oczyszczenia. Moje realizacje – tak przynajmniej zakładam – nie dążą do tego, by kogoś, mówiąc językiem popularnym, „zdołować“ czy pozbawić nadziei. Raczej dotykając najbardziej niepokojących i najciemniejszych aspektów ludzkiej natury, staram się odsłonić to, co jest jasne i subtelne.

Ł.K.: Powiedział Pan o „Blasku życia“ (zwycięski spektakl zeszłorocznej edycji „Interpretacji“ – przyp. red.), że jest to „sztuka głęboko spirytualna“. Na czym miałoby to polegać?

M.G.: „Blask życia“ jest w tym sensie „spirytualną sztuką“, że opowiada o ludziach, w których duchowość umarła. Obraz spustoszenia, który w nich zapanował jest w pewnym sensie formą wołania o pomoc. W ten sposób próbuję namówić widza do tego, by zweryfikował to, co dzieje się w nim samym. Jednocześnie, ten spektakl, tak pozornie realistyczny, czy wręcz werystyczny, zmierza w okrutny i paradoksalny sposób do ukazania wewnętrznej struny światła głównej bohaterki – Lisy, która sprawi, że to właśnie ona ocaleje w sensie duchowym, w przeciwieństwie do swojego partnera. Wydawać by się mogło, że Lisa jest okrutną i zezwierzęconą postacią, a tak naprawdę jest w niej miłość, która ją ocali.

Ł.K.: Sięga Pan głównie po teksty dramatopisarzy amerykańskich i kanadyjskich: Tennessee Wiliamsa, Davida Hare`a, Eugene`a O`Neila, Judith Thompson itd., na czym polega ich specyfika? Ostrzej muszą mówią o współczesności, dotykają głębiej ludzkiej kondycji?

M.G.: Istnieje coś takiego jak „intuicja rasowego dramaturga“, pamięta on o tym, że narracja jest sinusoidą i żeby odpowiednio wibrowała to musi być cięta i gięta. Jednocześnie najlepsza dramaturgia polega na tym, że pod opowiadaną historią kryje się jądro dramatu, czyli ta wspomniana wibracja, która jest tak naprawdę głęboko ukrytą metaforą, prowadzącą naczelny sens dramatu. Takie są właśnie dramaty Rebeki Gilman, czy będące na granicy arcydzieła utwory Judith Thompson (choć oczywiście wielu fachowców strasznie na nie wybrzydza).

Ł.K.: A polska dramaturgia? Jaka Pana zdaniem jest jej kondycja? Nie ma w niej interesującego tekstu, po który mógłby Pan sięgnąć?

M.G.: Trudno mi się wypowiadać na temat polskiej dramaturgii, bo nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Staram się czytać i przeglądać polskie dramaty. Niestety, wrażenia po ich lekturze nie są korzystne. Zazwyczaj polska dramaturgia jest przezierna i szyta zbyt grubymi nićmi. Cel, do jakiego zmierza dany tekst „majaczy na horyzoncie“ już po przeczytaniu paru pierwszych stron. Nie ma w tych tekstach różnicy potencjałów, brak im tajemnicy, nie ma też w nich „plusa i minusa“, co spowodowałoby przepływ jakieś energii. Wszystko jest zazwyczaj zbyt jednoznaczne, zbyt płaskie, a przy tym zbyt ostentacyjnie skonstruowane: np. konwencja czy charakterystyka bohaterów. Nie chciałbym, by zabrzmiało to tak, że polska dramaturgia jest zła, a na przykład anglosaska jest „cacy“, bo w niej także jest wiele niedobrych tekstów. Rachunek prawdopodobieństwa wskazywałby więc na to, że i w polskiej dramaturgii muszą być dobre teksty. Nie udało mi się jednak do tej pory na nie natrafić.

Ł.K.: I na koniec – jakiego spektaklu w Pana reżyserii możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości?

M.G.: Obecnie pracuję nad „Makbetem“ Szekspira.

Ł. K. Szekspir, czyli klasyka. Odczytuje Pan klasykę zgodnie z tekstem?

M.G.: Powiedziałbym, że zgodnie z energią tekstu. Najbardziej znane teksty Szekspira robione były już z milion razy i to w przeróżnych interpretacjach. Nie mam żadnych aspiracji, by czynić jakąś rewolucję teatralną. Swój spektakl traktuję jako „prywatną mszę“, z nadzieją, że ktoś się do niej przyłączy. Tworzenie spektaklu to jest bardzo intuicyjny proces. Pracuję ze wspaniałym zespołem aktorskim i przez to na próbach możemy pozwolić sobie na to, że „nie wiemy“, po to by w trakcie prób „dowiedzieć się“. Oni nie oczekują ode mnie „bycia alfą i omegą“. Ja jedynie próbuję przekazać swoim aktorom, to co mnie fascynuje i inspiruje, wierząc, że w ten sposób zainspiruję ich do własnych poszukiwań. Mam nadzieję, że powstanie ważne i bardzo odmienne od moich dotychczasowych dokonań przedstawienie.

Ł.K.: Dziękuję za rozmowę.