ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Witold Marzęda,

BOSKA REWOLUCJA

A A A
Zacznijmy od deklinacji, a dokładniej dopełniacza. Czy tytuł wydawanego od ponad roku kwartalnika „Kronos” odmienia się w dopełniaczu tak, jak Parandowski odmienia imię boga, czy też raczej tak, jak odmieniamy abstrakcyjny rzeczownik czas? Sprawa ma znaczenie symboliczne – w genetivie bowiem rozgrywa się kwestia patronatu. Czy ojcem jest bóstwo czasu pożerające własne dzieci i strącające braci tytanów do przepastnego Tartaru, czy też jest to po prostu czas, mający być może budzić skojarzenia ze słynnym, konserwatywnym krakowskim „Czasem”? Niewczesna odpowiedź znajduje się w edytoriale redaktorskim Wawrzyńca Rymkiewicza, który zaznacza, że zadaniem powierzonego mu czasopisma jest „przywrócenie polskiej filozofii elementarnego porządku”, który polegać miałby na „odnowieniu sensu dawnych języków”. Przywrócenie owo po „czasie nieszczęśliwego pomieszania” ma więc dokonać się jako „powrót do mocnych dyskursów”.

Co się zatem tyczy deklinacji, Kronosa/Kronosu i mitologii, trzeba zauważyć, że łącząc powyższe deklaracje z tytułem możemy spodziewać się konserwatywnej rewolucji, w której nie tylko pożre się na oczach publiki własne dzieci (jak to w rewolucji), ale też uwolni Gigantów (mocarzy dyskursu) z czeluści Tartaru. Zapowiedź ta, w mojej skromnej opinii, jest nie tylko wyrazem tęsknoty wzbierającej od dawna wśród autsajderów i maruderów tzw. postmodernizmu, ale także koniecznością, wynikającą z nieznośnego już natężenia i niemożliwej do objęcia komplikacji rozpasanych i zdegenerowanych dyskursów. Chodzi tu zatem zarówno o czas, w szczególności o ten najwyższy, w którym przezwyciężone zostaną „języki schyłkowego komunizmu wraz z modami przywleczonymi z zachodu”, jak również o ducha tego czasu – „Kronosa”, w którego wnętrzu wierzgają przyszli nieznani jeszcze z imienia bogowie. Wyraz temu dam stosując obie końcówki dopełniacza.

W przeciwieństwie jednak do dziejów boga dzieje magazynu dopiero się piszą, a to przede wszystkim na jego własnych łamach. Podejmowana w najnowszym numerze „Kronosa” walka z dziećmi Chaosu, z różnymi odmianami tzw. postmodernizmu i pomieszaniem, wycelowana jest w słaby punkt owych nie-mocnych dyskursów, jakim jest krytyka podmiotu. Kartezjański podmiot – ów chłopiec do bicia postmodernistów – jak sugeruje redaktor „Kronosu”, jest tylko jednym z wielu podrzutków (by użyć tu tłumaczenia łacińskiego subiectum, jakie pojawia się w tytule książki Okopienia – jednego z autorów numeru) i dlatego jego krytyka nie może być rozumiana jako krytyka podmiotowości w ogóle. Stąd w pierwszym tegorocznym (a piątym w ogóle) numerze „Kronosu” wskazuje się na rozdartą podmiotowość romantyczną jako na tę, która ma zupełnie inne pochodzenie i której nie straszna nagonka na racjonalistyczny substancjalizm.

W pierwszej części pojawiają się Giganci – nie tłumaczone dotąd fragmenty pism Schlegla, Kierkegaarda oraz Szestowa, których łączy przede wszystkim niechęć do absolutnego racjonalizmu, skłaniająca ich w stronę religii i sztuki. Friedrich Schlegel opiera się przede wszystkim na tej opozycji (sztuki i religii wobec filozofii), wskazując na ich wspólną genezę: „Z subiektywnego punktu widzenia, filozofia zaczyna się in medias res, tak jak poemat epicki”, aby dalej, wyzbywszy się właściwej sobie ironii, dopowiedzieć: „Kto ma religię będzie mówił poezją. Ale narzędziem służącym do tego by jej szukać i ją odkryć jest filozofia”. Przetłumaczone fragmenty różnych pism Schlegla uderzają przede wszystkim tym, że mogłyby posłużyć za kwintesencje wielu nowych, szeroko rozpisanych myśli. Obok nich pojawia się również „Recenzja literacka” Kierkegaarda (bodaj pierwszoplanowej postaci numeru), będąca, jak zaznacza jej tłumacz, Mikołaj Domaradzki w następującym po niej szkicu, „recenzją nowożytności”. Kierkegaard pisze w niej nie bez przewrotności o moralnych modach: „Wychodzi z mody wiara w to, iż człowiek stoi lub pada wraz ze swymi czynami. Miast tego wszyscy siedzą i świetnie sobie radzą z pomocą refleksji oraz z pomocą tego, iż rzekomo doskonale wiedzą co należy robić”, co jak zauważa Domaradzki oznacza istotną zmianę postawy (a nawet typu antropologicznego): z uczestnika na obserwatora. Ostatnim z Gigantów jest Szestow, który zestawia Kierkegaarda z Dostojewskim jako dwu krytyków heglowskiego absolutyzmu, utożsamionego w jego ujęciu z radykalnym racjonalizmem rugującym wszystko, co nie daje się w jego ramach ująć i zrozumieć, czyli wszystko, co przypadkowe i niekonieczne. Centralnymi punktami rozważań są tutaj grzech i poznanie oraz łącząca je opowieść o wygnaniu z raju. Jeśli Bóg Hegla, jak ironizuje Szestow, zjadłby owoc poznania z zakazanego drzewa, musiałby spostrzec, że i on podlega prawom konieczności… Alternatywą dla mądrości lub (jeśli kto woli) „mądrości” Hegla okazuje się zawieszająca etykę ignorancja Hioba.

Cały numer stoi pod znakiem rozważań Kierkegaarda oraz jego wielkiego antagonisty, księcia radykałów – Hegla. W esejach następujących po partii tłumaczeń (nie licząc szkicu Okopienia, rozwijającego skłaniającą do polemik historię idei podmiotu od Marksa przez Husserla i Heideggera po egzystencjalizm) pojawiają się znów Hegel i Kierkegaard. Tym razem jednak zarówno autor „Choroby na śmierć”, jak i „fenomenolog” Ducha nie występują jako antagoniści. Kopenhaski myśliciel przedstawiony zostaje w tekście Edwarda Kasperskiego jako dekonstruktor filozofii, natomiast jenajski profesorissmus w błyskotliwym tekście Mladena Dolara jako apologeta duchowości. Przewrotnym pytaniem jakie zdaje się odczytywać Dolar z zapoznanych passusów „Fenomenologii Ducha” jest pytanie o myślenie czaszką. Słoweński filozof nawiązuje do zdyskredytowanej frenologii, o której nieoczekiwanie traktuje Hegel, dochodząc m.in. do wniosku, że „Samoświadomy podmiot rozumu nie może odnaleźć siebie w niczym pozytywnym, ale ta odrobina przypadkowego, bezpośredniego bytu reprezentowanego przez kość dowodzi właśnie, że niemożliwość odnalezienia siebie jest podmiotem…”.

Na osobną uwagę zasługuje tekst Piotra Nowaka, który pisząc o wskrzeszeniu Łazarza jako tragedii wtórej śmierci nie stroni od krytycyzmu, który dzisiaj w dobie przewrażliwienia polityczną poprawnością brzmi szczególnie dobitnie: „Kościół już w Odrodzeniu stał się trywialnym handlarzem odpustami, takim Cziczikowem władcą martwych dusz, które przychodzą na spowiedź ze strachu przed ogniem i bólem piekielnym”. Tej sytuacji, w której wiara staje się błahostką (wierzy się w wiele głupstw, które znajdują się akurat pod ręką: w krem przeciw zmarszczkom, w tabletkę…) zmartwychwstanie jest tylko ponownym, gorszym narodzeniem, nawrotem choroby na śmierć. Tekst Nowaka rozpięty między biblijną przypowieścią, poetyckimi fragmentami rekonstruującymi odczucia ożywionego truchła (a raczej ich brak) i rozważaniami Kierkegaarda stanowi najlepszy punkt programu najnowszego „Kronosa”.

Prócz wymienionych powyżej i kilku innych, związanych z nimi tematycznie szkiców na uwagę zasługuje stały element „Kronosu”, jakim jest prezentacja tekstów zapomnianego filozofa polskiego w „Bibliotece filozoficznej”. Tym razem przedstawione zostaje tłumaczenie pracy Józefa Gołuchowskiego „Filozofia i życie” (tytuł oryginału: „Die Philosophie in ihrem Verhaltnisse zum Leben ganzer Völker und einzieger Menschen”), reklamowane już na wstępie przez redaktora jako porywająca, acz skazana na niepowodzenie, próba zmiany reguł filozofowania z „rozumowania i racjonalnego dowodzenia” na „wybuchy namiętności”.

Sumując powiedzieć trzeba, że „Kronos” nie jest z pewnością jak wiele innych czasopism workiem na publikacje, lecz realizuje – i to w sposób wzorowy – zamierzony temat. Czytając poszczególne teksty w kontekście deklaracji redaktorskich, padających na wstępie można jednak odnieść wrażenie, że ich głównym celem jest pokazanie, że przeszłość jest to dziś tylko cokolwiek dalej. Otóż zapowiadany powrót do mocnych dyskursów, mający pogrążyć czas degrengolady w zapomnieniu nie następuje. Zamiast przeciwstawić siłę i sens dawnych dyskursów tym nowszym, uwidacznia raczej słabości Gigantów: rozdartego, trwożliwego podmiotu (Kierkegaard), nieracjonalności jako jedynej alternatywy dla heglowskiego absolutyzmu (Szestow), czy wreszcie „spekulatywnego siusiania” jako jednego z heglowskich terminów metanaukowych (Dolar). Dlatego cios wymierzony w tzw. postmodernizm spada na samą szczękę „Kronosa”. Treść jego najnowszego numeru nie jest, jak chciałby redaktor, restytucją dawnego sensu, lecz raczej wskazaniem podobieństw pomiędzy tym, od czego chce się dziś odżegnać, a tym, ku czemu się zmierza. Być może wniosek z tego taki, że stawianie oddzielających kresek jest co najmniej niebezpieczne.