ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (107) / 2008

Maciej Malicki,

BAJKI (4)

A A A
Dymy

– Narkomani mają dobrze.
Powiedziała OB, kiedy szliśmy wolno, delikatnie opadającym od skraju lasu ścierniskiem. Przed nami odcinała się z tła ciemniejącego przedwieczornie nieba masywna bryła hałdy w Łaziskach Średnich. Wydawało nam się, że widzimy na jej szczycie przecinek ludzkiej sylwetki. I te białe dymy buchające z kominów i chłodni skrytej za nią elektrociepłowni! I mimo widoku, nieskażona niczym krystaliczna cisza! I kolory! I zapachy! I śmiech, śmiech, śmiech...



Lepiej

Przechodziliśmy ostatnim odcinkiem pasażu-ulicy, tym, przy którym jest Dziura. W pewnej chwili OB spojrzała w górę.
– Wietrzą. Ktoś umarł – powiedziała i wskazała głową na otwarte na oścież dwa okna na pierwszym piętrze starej kamienicy z czerwonej cegły.
Tego samego dnia wieczorem spotkałem znajomego. Usiedliśmy na rynkowej ławce. Zapaliliśmy.
– Wujek kupił mieszkanie, o tam, prawie nad Dziurą. Od kilku lat stało puste – powiedział.
Następnego ranka opowiedziałem historię OB.
Po tygodniu ponownie przechodziliśmy ostatnim odcinkiem pasażu-ulicy.
– Wietrzą. Ktoś kupił – powiedziała OB i wskazała tym razem dłonią na otwarte na oścież dwa okna.



Przemiana

Od mniej więcej trzech lat często pojawiam się na dworcu w Katowicach i, przyznaję, lubię to specyficzne i niepowtarzalne miejsce. Ale nie o tym chciałem. Chciałem o ludziach tam mieszkających, koczujących, żebrzących i tak dalej, i tak dalej. Jak to na dworcu. Jak to na dworcach. Większość znam z widzenia. Niektórych osobiście. Mechanizm działa w obie strony. Mam na myśli to, że oni też mnie rozpoznają. Podchodzą, witają się, na ogół o coś proszą. O jakiś drobiazg. Papierosa, pięćdziesiąt groszy, bułkę. Chyba rok temu poznałem boksera. Byłego. Charakterystyczna sylwetka, nos, uszy, ruchy. Kiedyś, kiedyś, mistrz kraju. Teraz bezdomny alkoholik i nikotynista. Nieodmiennie prosi o papierosy. Nigdy o pieniądze i jedzenie. Daję, bo od ponad czterdziestu lat tkwię w nałogu.

Pewnego dnia, o bladym świcie [taki rozkład jazdy] siedziałem na dworcu i piłem kawę. Zaskakująco dobrą kawę, której miejsce serwowania odkryłem mniej więcej rok wcześniej. Z daleka zobaczyłem nadchodzącego boksera. On mnie też zobaczył. Podszedł, przywitał się i zapytał:
– Chcesz złotówkę?



Nastrój

Była dziewczyna. To znaczy jest, ale wyjechała bardzo daleko, za morze. Nie wiodło jej się przed wyjazdem. Nie układało. Waliło i rozpadało. Jestem pewien, że dlatego wyjechała. Miała dosyć. Chciała zmiany. Pewnego dnia w południe spotkałem ją na parkowej alejce. Padał deszcz.
– Dokąd idziesz? – zapytałem.
– Nie wiem – odpowiedziała i odeszła.

Dobrze znałem jej stan, bo mieszkaliśmy razem. W tym samym mieszkaniu. W różnych pokojach. Ot, dzieliliśmy przez kilka miesięcy współlokatorski los. Dlatego poszedłem bez słowa w swoją stronę. Tego samego dnia spotkaliśmy się wieczorem w kuchni. Czekałem na pyrkotanie ekspresu do kawy, a ona na wodę do zalania torebki z herbatą.
– Gdzie byłaś?
– Nie wiem.

Po chwili ekspres zapyrkotał, woda zawrzała. Równocześnie. Poszliśmy do swoich pokoi. Nie padło ani jedno słowo więcej.

Minęło kilka tygodni. Siedzieliśmy w fotelach, w jej pokoju. Była radosna, podekscytowana, zarazem zdenerwowana. Za dwa dni wyjeżdżała. W pewnej chwili opowiedziała mi ze szczegółami tamten dzień. Dokąd szła w deszczu, gdzie była, i co się wtedy wydarzyło. Nie pytana.



Nie pytam

Spotykam go prawie codziennie. O różnych porach dnia i nocy. Stoi przed drzwiami klatki schodowej narożnego bloku, w którym mieszka. Na moje oko ma dwadzieścia dwa, dwadzieścia pięć lat. Wysoki, szczupły, z mocno pokiereszowaną twarzą. Szramy i szwy. Często siniaki i krwiaki. Ciężko się z nim rozmawia. Rencista. Tak mówi. Z jakiego powodu? W tak młodym wieku? Nie wiem. Nie pytałem. Tylko się domyślam. Zawsze prosi o papierosa. Raz mnie odprowadził w stronę dużego parku. Początkowo nic nie mówił. Dopiero tuż przed pocztą rozgadał się.
– Widzisz znak? – zapytał.
Domyśliłem się, że ma na myśli stosowny w tym miejscu znak drogowy, który właśnie mijaliśmy,
– Widzę.
– Kiedyś, w zimie na niego wpadłem. Szedłem ze znajomym i nie zauważyłem. Walnąłem głową aż się przekrzywił, aż się blacha wgięła – powiedział i parsknął nieuporządkowanym śmiechem.

To była najdłuższa historia, jaką kiedykolwiek od niego usłyszałem. Powtórzył ją jeszcze trzy razy, nim rozstaliśmy się na wysokości parku. Muszę dodać, że docierała do moich uszu w innej formie. Ot, używał specyficznego, swojego języka.

Pewnego dnia, w sobotę, wracałem przed południem z rynku. Spotkałem go na wysokości przedszkola. Szedł w dół.
– Daj zapalić.
– Bierz.
– Wezmę dwa.
– Gdzie idziesz?
– W Wojciechu jest pięć wesel. To idę. U nas są tylko dwa. Tam lepiej.

Był uśmiechnięty i podekscytowany. Po co tam szedł? Nie wiem. Nie zapytałem. Tylko się domyślam.



Anomalia

W nocy z piątku na sobotę spadł pierwszy śnieg. Przebudziłem się około czwartej i ze zdumieniem zobaczyłem za oknem białą zawieruchę. Po kilku minutach zasnąłem ponownie. Zaskoczony i zdumiony. Rano po śniegu nie było śladu. Ale bardzo zimno i wietrznie. Po południu wybrałem się na spacer. Na Wierzysko. Chciałem sprawdzić odkryte tam niedawno miejsce gąskowe, które kilka tygodni wcześniej spowodowało, że pierwszy raz w życiu zamarynowałem cztery duże słoje tych zielono żółtych grzybów. Szedłem bez specjalnej nadziei. Bo nocny śnieg, bo zimno. Prawie u celu, przy starodawnej figurze świętego, usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. Siąpił drobny deszcz. Z prawej strony wybiegł z lasu maleńki, kudłaty piesek. Otarł się o moje sztruksowe spodnie i wskoczył na ławkę. Po chwili pojawił się jego pan w ciemnogranatowym dresie.
– Pódź, pódź, nie gość się – krzyknął.
– Niech się gości – zaprotestowałem.
– Zmaże.
– Niech zmaże. Nie szkodzi.

Ale pies usłuchał pana, zeskoczył z ławki i po chwili skryli się w głębokim wąwozie, który bierze początek przy kapliczce. W miejscu gąskowym zastałem jedenaście grzybów. Mało. Mimo wszystko byłem zadowolony. Do domu wracałem inną trasą. Tam, gdzie gruntowa droga przechodzi w asfaltową, kilkanaście metrów przed skrzyżowaniem z Wodociągową i Działkowców, znalazłem pięćdziesiąt groszy.



Lecimy

Na pod katowickim lotnisku w kolejce do odprawy Maciek poznał księdza. Ot, stali obok siebie i jak to bywa w tego typu sytuacjach, wymieniali okolicznościowe uwagi. Że długo, że upokarzające, że drobiazgi trzeba z kieszeni wyjąć i włożyć do specjalnego korytka, i tak dalej, i tak dalej.

Już po wszystkim ponownie spotkali się w tak zwanej strefie wolnocłowej.
– Nareszcie – westchnął Maciek.
– Ma pan rację.
– Ksiądz leci do Londynu?
– Nie daj Boże, do Rzymu.



Paradne

Do poznańskiej knajpy Grzechu Warte dotarliśmy tuż przed północą. Marcin usiadł na barowym taborecie, ja – w rogu, przy stoliku wciśniętym pomiędzy kaloryfer a ścienny wieszak na ubrania. Pomieszczenie było mikroskopijne. Wszystko widziałem, wszystko słyszałem. Panował zgiełk i ścisk. W pewnej chwili do lady przecisnął się pucołowaty chłopak.
– Kochanie, nalej mi piwo – krzyknął do barmana.
Podał banknot i spojrzał w bok. Zauważył Marcina.
– Niech mi pan naleje piwo – poprawił się jednym tchem.