ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (114) / 2008

Mikołaj Marcela,

DUCH(Y) ŚMIE(R)CI

A A A
Theodor W. Adorno w „Minima moralia” zanotował: „Rzeczy najdelikatniejsze, pozostawione swojej sile ciężkości, przeobrazić się mogą w niewyobrażalną brutalność”. Współczesna refleksja przekonuje nas, że wzniosłość czai się właśnie w rzeczach najdelikatniejszych – w skali „mikro”, a nie „makro”. Wzniosły wymiar naszego świata z wysokich szczytów gór na obrazach malarzy doby romantyzmu przeniósł się na pokawałkowaną przestrzeń życia codziennego. W „Czarnej mikrologii” Aleksander Nawarecki przypomina w tej kwestii prekursorstwo Waltera Benjamina, który był „zagorzałym wielbicielem i kolekcjonerem rzeczy drobnych i błahych. (...) Cenił wszelkie miniaturki, w przekonaniu, że proces pomniejszenia uczynił je bezużytecznymi, często groteskowymi, więc uwolnionymi od rygoru funkcji, a nawet znaczenia”. Z drugiej strony Nawarecki przywołuje wypowiedź Kapuścińskiego, który zauważa niezwykły wymiar skali mikro w nauce: „Cały wielki świat wirusów, bakterii, całe wielkie laboratoria pracujące nad wszelkiego typu broniami bakteriologicznymi, zmianami kodów genetycznych – (...) ten świat dostępny dziś tylko wąskiemu gronu specjalistów może przynieść straszne cierpienia i nieszczęścia”.

Wydaje się jednak, że nadal ostał się wzniosły charakter rzeczy wielkich, wysokich gór – z tą tylko różnicą, że skały zastąpione zostały przez tony odpadów. Jak zauważa swojej książce Jacques-Alain Miller: „Najważniejszym produktem nowoczesnego i ponowoczesnego przemysłu kapitalistycznego są właśnie śmieci. Jesteśmy istotami ponowoczesnymi, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że wszystkie nasze estetycznie kuszące przedmioty konsumpcji ostatecznie skończą jako śmieci, do tego stopnia, że Ziemia przekształci się w wielkie wysypisko”. Realizacją tej wizji jest niezwykła finalna scena „Armii Ciemności”, ten też problem, jak sądzę, zajmuje centralną pozycję w debiucie Rafała Nowakowskiego, na co wskazywałby już sam tytuł: „Rdza”.

Świat powieści Nowakowskiego, zgodnie z zapowiedzią na okładce książki („Futurystyczna powieść w duchu Philipa K. Dicka i ‘Matrixa’”), w jakimś stopniu przypomina światy autora „Ubika”. W przedmowie do „Opowiadań najlepszych” Dicka, John Brunner tak je opisuje: „świat Dicka rzadko kiedy bywa imponująco bogaty. Po większej części jest pusty, spustoszony właściwie – zawołaj, a tylko echo ci odpowie. Oczywiście można w nim znaleźć różne śliczne rzeczy, ale nikt o nie nie dba, nikt się nimi nie przejmuje; w najlepszym razie sprawiają wrażenie zakurzonych, często też niszczeją zaniedbane. (...) Nie, to nie jest przyjemny ani pociągający świat”. Podobnie jest u Nowakowskiego, jednak akcenty zostają przesunięte na inne kwestie. O ile u Dicka oraz w filmie braci Wachowskich na pierwszym miejscu były dwa pytania – „co jest prawdziwe?” oraz „co jest ludzkie?” – o tyle w „Rdzy” zasadnicze pytanie brzmi: „jak żyć w tak bardzo pokawałkowanym świecie?”.

Związków z Dickiem jest zresztą więcej – czasami wręcz wydaje mi się, że o wiele więcej, niż jest to potrzebne. Nie chciałbym się jednak tym zajmować. Czytelnik, który miał przyjemność obcować z literaturą autora „Ubika”, z pewnością zauważy pewne nawiązania czy wręcz naśladownictwo, czy to w sferze narracji, czy w sposobie prezentacji świata „Rdzy”, który w wielu miejscach przywodzi na myśl świat z „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Niewątpliwą zaletą „Rdzy” jest uchwycenie pewnego tematu prozy Dicka nieustannie obecnego w jego książkach, który jednocześnie, jak się wydaje, nie znajdował się w centrum jego zainteresowań. Oczywiście, podobnie jak w książkach amerykańskiego pisarza, narrator Nowakowskiego niejednokrotnie daje nam do zrozumienia, że świat, jaki postrzegają postacie, nie jest światem autentycznym – wtedy kiedy pisze, że „burzowe obłoki zawisły ponad jasnymi ścianami domów jak fraktale w zapętlonej grafice tła gry komputerowej, mięsiste piksele sklepienia niebieskiego” (s. 81), czy gdy wspomina, że „[rura] przewijała się przez tę ulicę i następną jak pasmo martwych pikseli na zepsutym monitorze, jak nitka szwu pozostałego po szramie na skórze” (s. 153). Te liczne fragmenty zawierające metafory odnoszące się do grafiki komputerowej czy sformułowania dotyczące życia jako gry, swoistego theatrum mundi, w którym, jak u Szekspira, „świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”, „aktorami bez filmu (...) na tej scenie pełnej statystów czekających na rolę albo wracających po skończonych ujęciach” (s. 147), mają rodzić w nas podejrzenie, że jak u Dicka, zza atrap rzeczywistości, świata, który postrzegamy na co dzień, wyłoni się halucynacja, wizja, która okaże się być prawdziwym życiem, skrywanym do tej pory „światem cieni”. Brunner we wstępie do „Opowiadań najlepszych” Dicka pisze: „Ale to muszę powiedzieć prosto z mostu: nie chcę żyć w świecie, jaki z taką zręcznością opisuje Dick. Chciałbym – rozpaczliwie chciałbym – ośmielić się wierzyć, że nie jest to ten świat”. Myślę, że w przypadku Nowakowskiego jego świat z „Rdzy” „jest to ten świat”.

A „ten świat” to przede wszystkim śmieci. Rok 2056 to miasta tonące w odpadach, kontynenty zamienione w gigantyczne składowiska złomu lub zakonserwowane metropolie Europy Zachodniej. W przyszłości śmieci wysunęły się na pierwszy plan: wszędzie poniewierały się „porzucone przez pasażerów śmieci, niedopałki, styropianowe kubki, stare magazyny, połamane karty zmięte serwetki” (s. 26), na obrzeżach Warszawy znajdowało się „cmentarzysko starych samochodów (...) smętnych świadectw upadku”, których „widmowe wraki (...) spoczywały w równych szeregach, tak jak dawniej ustawiały się w korkach ulicznych” (s. 76), w dziurach w ścianach domów na dawnych osiedlach wisiały „rury wentylacyjne, instalacja hydrauliczna i elektryczna – jak przegryzione ścięgna i kości, chirurgiczny przekrój przez ubogie życie” (s. 77), zaś w modzie zapanował industrialny styl: „zbrojony beton imitujący gruz i zbombardowane bunkry, połamane meble, które niczemu nie służą. Woda lejąca się po ścianach z pękniętych rur, potrzaskane lustra” (s. 94). Czy to na pewno Warszawa 2056 roku, czy też może Warszawa roku 2008?

Odpady nie stają się naszym problemem, to nie prorocza wizja science fiction – to rzeczywistość. Przekonuje o tym niedawny przykład pogrążonego w śmieciach Neapolu, w którym do pomocy w usuwaniu ton odpadów zaprzęgnięte miało być nawet wojsko. W dobie coraz większej produkcji w Chinach i w innych krajach Tygrysów Azjatyckich, aktualna jak nigdy przedtem wydaje się być mądrość Jacka Isildore’a: „Oto Pierwsze Prawo Chłamu: Chłam wypiera niechłam”. Dzisiejsze „jednorazowe” produkty zmuszają nas do nieustannego kupowania ich nowszych i równie jednorazowych wersji – jak w „Nowym wspaniałych świecie” kupujemy natychmiast, bez przerwy, bez zastanowienia. Śmieci, postindustrialne nieużytki, są z kolei symptomem tego najlepszego z możliwych światów (odwołując się do mojego ostatniego tekstu w „artPAPIERZE”) – punktem, z którego, jak pisze Žižek, można podważyć całość dzisiejszego globalnego kapitalizmu.

Polemizując z Benjaminem, dla którego „gdy historyczne przedmioty tracą swoją niosącą znaczenie witalność i zaczynają być postrzegane jako przedmioty martwe, przejęte z powrotem przez naturę albo (w najlepszym razie) jako pomniki martwej kultury z przeszłości”, Žižek w „W obronie przegranych spraw” stwierdza, że „ponieważ kultura jest dla nas, ludzi, naszą drugą naturą, ponieważ żyjemy w żywej kulturze i doświadczamy jej jako naszego naturalnego środowiska, ta ponowna naturalizacja przedmiotów kulturowych równa się ich denaturalizacji – pozbawione swojej funkcji w ramach żywej całości znaczenia trafiają w przestrzeń między naturą a kulturą, między życiem a śmiercią i są niczym duchy, nie przynależą ani do natury, ani do kultury, przypominają coś potwornego w rodzaju wybryków natury, cielaka z dwoma głowami albo trzema nogami”. To dlatego śmieci tak nas odpychają, napawając niechęcią i nierzadko obrzydzeniem. Jest w nich coś nienaturalnego – cechuje je przerażający, immanentny nadmiar.

Sterty śmieci w Neapolu, ale i w innych miastach, są tak niepokojące, bo pełnią funkcję, jaką niegdyś pełniły ekskrementy i odpady organiczne w centrach miast. Alain Corbin w „We władzy wstrętu” pisze następująco o strachu przed gnilnym zapachem rozkładających się resztek w XVIII-wiecznej Europie: „Uwaga węchowa skierowana na gnicie wyraża lęk istoty nie mogącej – i to jest słowo kluczowe – utrwalić, utrzymać elementów, które ją tworzą, które otrzymała od bytów poprzednich i które umożliwią kombinację tworzącą byty nowe. (...) A przeto ostrożność węchowa ma na celu nie tylko wykrywanie zagrożeń, ryzyka zarazy. Węch-strażnik okazuje się tu pojęciem wąskim. Ta ostrożność jest ustawicznym baczeniem na rozpady bytów i własnego ja”. Corbin w dalszej części zauważa, że
w naszych czasach oznaka destrukcji jest wizualna i doskonale widać to w książce Nowakowskiego. Istnieje tu, jak sądzę, związek właśnie między wizualnymi oznakami rozpadu świata (zwłaszcza na terenie Północnej Ameryki, która stała się miejscem wysypisk śmieci i nieczynnych autostrad: „ciągnące się kilometrami hałdy zużytego sprzętu elektronicznego, parkingi i autostrady zamienione w cmentarzyska samochodów, upływ czasu znaczyły jedynie wykruszające się kawałki krawężników i szczeliny w szarzejącym asfalcie. Opustoszałe zrujnowane centra handlowe Stanów Zjednoczonych widziane przez jadowicie zielone i szare monitory telewizji przemysłowej. W dolnym rogu monitora data, godzina i lokalizacja – sygnatura apokalipsy. (...) Azbestowe wydmy i stalowe piramidy kontenerów, które zrzucano bezpośrednio na ląd z samolotów transportowych” [s. 118]), a rozpadem osobowości bohaterów „Rdzy”. Wszyscy oni posiadają pokawałkowaną, poharataną psychikę, przypominają żywe kosze na śmieci, zapełnione skrawkami mądrości, myśli, idei. Wszyscy oni, podobnie jak otaczające ich urządzenia, psują się. Jak mówi o tym jedna z postaci, pracująca w centrum epidemiologicznym: „Fabryka ludzi. Mam wrażenie, że jestem zwykłym robolem, który pracuje przy taśmie w fabryce ludzi. Naprawiamy, czyścimy, wymieniamy części, czasami złomujemy automaty zbudowane z wody, białka i tłuszczu, do tego trochę wapna i węgla. Niestety, automaty są źle zaprogramowane, zbyt delikatne i zbyt skomplikowane, łatwo się psują...” (s. 40).

Jeszcze dobitniej ukazuje to wypowiedź innej postaci: „Pamiętasz, jak zastanawiałem się, o czym mogą być współczesne powieści? Teraz już wiem. Współczesne powieści są o nieistnieniu. To dlatego nie mogę napisać żadnej książki. My wszyscy jakbyśmy nie istnieli. Żyjemy tak, jakby nas naprawdę nie było. Żadnego dojrzewania, żadnego rozwoju, żadnej możliwości przemyślanych wyborów. Zjawiamy się i znikamy. W naszym życiu wszystko się przydarza, ale nic się nie dzieje. Dlatego nie sposób opowiedzieć żadnej historii. Nie ma bohaterów. Nie ma nawet wyraźnych postaci. Jest tylko szum wielu przypadkowych towarzyskich rozmów w słuchawkach, sygnał zajętej linii i przerwy na reklamę. Jak mogę napisać książkę o nieistniejącym życiu nieistniejących ludzi” (s. 158-159). W tej mierze w świecie nie ma już prawdziwych bytów, są tylko ich – przysłowiowe – „chińskie” podróbki, które tak naprawdę są bardziej odpadkami niż produktami, udają coś, czym nie są. Zwiastują koniec: „Koniec świata będzie długi, nieskończenie długi i nudny. Martwota, bezruch i entropia. Przez pewien czas będziemy żyć w jego cieniu, w jego powidoku. Jak echo dźwięku, który już zgasł; jak szum płyty, kiedy skończyła się już muzyka; jak niebieski prostokąt monitora, który nie emituje już żadnego obrazu. A potem jednobarwna, nieskończona, gładka przestrzeń” (s. 159-160).

Śmieci, te pokawałkowane elementy rzeczywistości, nieustannie przypominają nam wizję takiego stanu rzeczy i to dlatego są wywożone poza miasta, skrzętnie usuwane z zasięgu naszego wzroku. Corbin przypomina, że w swoim czasie walczono z błotem i ekskrementami w miastach, izolowano od bezpośredniej bliskości osiedli ludzkich cmentarze. Śmieci, podobnie jak trup czy ekskrement, są czymś niemieszczącym się w porządku symbolicznym, wykraczają poza ustanowione opozycje, są nieokreślone. Nieużytki, odpady to właśnie owe je ne sais quoi na gruncie Lacana – nie wiadomo co, nieuchwytne „coś, co czyni zwykły przedmiot wzniosłym”. Śmieci są „cieniem tego, co nie jest”.

Jednak Nowakowski zdołał uchwycić jeszcze jeden niezwykle ważny aspekt związany z globalną produkcją odpadów. Wydaje się, że dzisiejsze wysypiska śmieci w pewnym stopniu przejęły rolę dawnych bagnisk, o których Corbin pisze w następujący sposób: „Bagnisko fascynuje. Wokół niego tworzy się cała kosmologia. W cuchnącym szlamie mieszają się ze sobą fermentujące szczątki roślinne, zgniłe odpady organiczne i zwłoki wszystkich nieczystych istot zrodzonych z rozpadu ciał. (...) Jakoweś cykle życia piekielnego toczą się tajemnie pod osłoną rzęsy czy innej powłoki kryjącej płynną powierzchnię. Gdy rzecz poddać badaniu, ujawnia się życie, którego istnienia wzrok nie podejrzewa, ale które zdradza się smrodem”.

Kiedy przy tej okazji powrócimy do postrzegania śmieci jako swego rodzaju duchów, w „Rdzy” napotykamy wyobrażeniowe Realne współczesnej cywilizacji, opartej na rozwoju elektroniki i technologii cyfrowej. Jedna z postaci powieści Nowakowskiego pyta: „Może w zwojach uszkodzonych kabli też narodzi się kiedyś sztuczna inteligencja?” (s. 32), zaś odpowiedź może być tylko jedna: „Nawet nie wiesz jak jesteś blisko prawdy. Na świecie dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy...” (s. 32). Zwiastunem ich są duchy zaklęte na nośnikach elektronicznych, głosy ukryte w zarejestrowanym szumie, a finalnie przyjmują one postać roju elektroszarańczy: „Z daleka wyglądały jak gęste obłoki wzburzonego popiołu, ale z bliska widać było wyraźniej ich fakturę. Składały się z jakichś drobnych, twardych elementów, które trudno rozpoznać w ciągłym ruchu, jak burza piaskowa albo... rój! Te drobne, elektroniczne części, które od pewnego czasu zalegały na ulicach miasta, teraz ożyły i zbierały się w roje zupełnie jak prawdziwa szarańcza. (...) pojedyncze witriomole wspólnie tworzyły duże bioniczne automaty o zbiorowej inteligencji. Proste części organizowały się w złożone układy” (s. 170). W tej mierze „Rdza” do złudzenia przypomina „Rój” Michaela Crichtona, którego tytułowy motyw Žižek odczytuje w perspektywie mitu lamelli u Lacana: „rój wydaje się niezniszczalny w swojej nieskończonej plastyczności; zawsze znów zbiera się w całość, potrafi przybierać niezliczoną ilość postaci, czysta zła zwierzęcość łączy się w nim ze ślepym mechanicznym uporem. (...) lamella jest tym, co istoty obdarzone płcią tracą w związku ze swoją płciowością: jest czymś uprzednim wobec różnicy seksualnej, mnoży się i reprodukuje za pomocą bezpłciowego samopodziału”.

Oto, jak mi się wydaje, finalnie chodzi w „Rdzy”. O ową fantazmatyczną jedność, gdzieś utraconą przez wszystkich bohaterów, o całość powstającą z odpadków cywilizacji – jakąś formę nowej wspólnoty? To jest cel tajemniczej grupy AmneZja – wymazanie świadomości mieszkańców Warszawy, a więc przyswojonych kodów kulturowych, i w tej pustce zrodzenie niezniszczalnej i nieskończonej plastyczności wszystkich umysłów w jednym Umyśle. Dla AmneZji w centrum znajduje się znak spacji: „Wolność może dać jedynie zmiana zasad gry. Należy zapomnieć wszelką wiedzę. Jedynym prawdziwym znakiem jest spacja: [ ] znak pustki pomiędzy znakami, pauza, podczas której dzieje się cały kosmos” (s. 120). O co więc tak naprawdę chodzi? „Jak to ujmuje Lacan, lamella nie istnieje, ona narzuca swoje istnienie: jest nierzeczywista, jest bytem czysto pozornym, wielością pozorów, które wydają się otaczać mieszczącą się w środku pustkę – jej status jest czysto fantazmatyczny. Ów ślepy
i niezniszczalny napór libido Freud nazwał popędem śmierci. (...) Chodzi o sposób w jaki w psychoanalizie pojawia się nieśmiertelność – niesamowity nadmiar życia – o nie martwy impuls, który trwa poza (biologicznym) cyklem życia i śmierci, powstawania i ginięcia”. To chyba w tym miejscu Nowakowski najbardziej zbliżył się do istoty prozy Dicka – podobnie jak u Amerykanina, dla autora „Rdzy” płaszczyk science fiction kryje w istocie religijny rdzeń jego powieści. W finalnej scenie książki główny bohater odkrywa, że poszukiwany przez niego Kim-Ik osiągnął pożądaną przez niego fazę „Zbyt Wielu Snów”, która umożliwia mu uwolnienie od ograniczeń ciała i wędrowanie po alternatywnych światach, a to przecież biogenetyczna forma urzeczywistnienia tego, co w odniesieniu do cyberprzestrzeni Žižek nazywa „gnostycznym marzeniem o jaźni uwalniającej się od upadku i bezwładu rzeczywistości materialnej”...
Rafał Nowakowski: „Rdza”. Świat Książki. Warszawa 2008.