ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (116) / 2008

Łukasz Iwasiński,

NIE HOBBY, LECZ ETOS

A A A
Columbus Duo, czyli bracia Irek i Tomek Swobodowie, przebyli podobny szlak, jak wielu artystów na chicagowskiej gitarowej scenie. Od inspirowanego twórczością Steve’a Albiniego noise’u, po minimalistyczne impresje. Choć ich nowa, wydana właśnie płyta nosi tytuł „Storm”, muzyka na niej zawarta przypomina raczej kojącą morską bryzę. Z drugiej jednak strony te nieco senne, hipnotyczne tematy skrywają pod powierzchnią żywioł i niekiedy eksplodują przesterowaną ścianą zgiełku.

Łukasz Iwasiński: Działacie już kilkanaście lat, ale bardzo nieregularnie. Przypominacie o sobie od czasu do czasu, nie dbając zupełnie o promocję, dotarcie do szerszego grona słuchaczy. Wszystko to sprawia wrażenie, jakbyście traktowali muzykę czysto hobbystycznie i uprawiali ją wyłącznie dla własnej satysfakcji. Czy to trafna diagnoza? Jakie miejsce w waszym życiu zajmuje muzyka i jak ono zmieniało się na przestrzeni lat?

Tomek Swoboda: Cóż, Twoja diagnoza jest częściowo trafna, częściowo błędna. Nie da się ukryć, że nasze podejście do muzyki może wydawać się nie do końca poważne w tym sensie, że faktycznie, nie zdecydowaliśmy się w którymś momencie na radykalny ruch, żeby rzucić wszystko inne i zająć się tylko graniem. Ale, paradoksalnie, nie zrobiliśmy tego między innymi właśnie z szacunku dla muzyki czy też sztuki w ogóle. Chcemy bowiem grać zawsze tylko i wyłącznie to, co chcemy, jak chcemy, kiedy chcemy i z kim chcemy. A kiedy decydujesz się na zarabianie tworzeniem – chcąc, nie chcąc, musisz czasem pochałturzyć. Wiem, co mówię, bo znam kilku muzyków, a sam zarabiam uczeniem, pisaniem i tłumaczeniem, i żeby z tego wyżyć, muszę czasem poświęcać czas na rzeczy, których robić nie mam najmniejszej ochoty. Dlatego wolałbym mówić o pewnego rodzaju etosie niż o hobby – to słowo kojarzy się raczej z pieleniem grządek na działce niż z tym, co robimy jako Columbus. A że grając myślimy o własnej satysfakcji? Wydaje mi się to logiczne, nie wyobrażam sobie, że może być inaczej. Bo niby jak: mam grać tak, żeby się komuś przypodobać? To kompletnie bez sensu. Owszem, fajnie, kiedy to się komuś podoba, ale tylko i wyłącznie na zasadzie pewnej estetycznej wspólnoty, porozumienia, które nie jest celem, lecz efektem. W tym względzie chyba się nie zmieniliśmy, mimo że jesteśmy dziś dwa razy starsi niż wtedy, gdy zaczynaliśmy grać. Bo to już faktycznie kilkanaście lat – wbrew temu, co powiedziałeś – bardzo regularnego grania. Nie zdarzył się rok, żebyśmy nie zagrali chociaż jednego koncertu, a kilka tygodni bez próby to naprawdę rzadkość. Przez to, że koncerty gramy naprawdę rzadko, że – jak mówisz – nie dbamy o promocję, rzeczywiście można odnieść wrażenie, że pracujemy bardzo nieregularnie, ale jest dokładnie odwrotnie: nie udzielamy się publicznie, więc mamy czas na to, żeby tworzyć.

Ł.I.: Nie upatrujecie w nowych technologiach informacyjnych – choćby MySpace – szansy na dotarcie do szerszego grona odbiorców? Sądzicie, że Internet sprzyja demokratyzacji rynku, daje szansę przebicia się nieznanym artystom?

Tomek Swoboda: Myślę, że z tym przebijaniem się to całkowite złudzenie. Jak jesteś nieznany, jakim cudem tysiące ludzi ma nagle wejść na twoją stronę, posłuchać twojej muzyki? Demokratyzacja – tak, ale tylko w tym sensie, że każdy może się pokazać, a dzięki dostępności nośników i nowych technologii – nawet sam siebie nagrać i wydać na przyzwoitym poziomie. Tyle tylko, że ginie to w natłoku ludzi, którzy robią to samo, co ty. Dziś twórców – w każdej dziedzinie sztuki – jest więcej niż odbiorców. Czy to dobrze? Nie wiem. Jasne, twórcy są też odbiorcami, ale tym samym kształtują się jakieś mikrospołeczności oddzielone od reszty świata, mogące robić wszystko, nagrać wszystko, powiedzieć wszystko, ale nie posiadające żadnego, kompletnie żadnego znaczenia dla owej „reszty”. Mówimy czasem, że większość ludzi, którzy przychodzą na nasze koncerty, znamy z imienia albo chociaż z twarzy. Tak samo było bez MySpace czy last.fm.

Ł.I.: Opowiedzcie o nowej płycie, „Storm”. Długo ją cyzelowaliście, dopieszczaliście, zwłaszcza jak na (byłych?) punkowców.

Tomek Swoboda: Dlaczego byłych? (śmiech) Prawdę mówiąc, nie bardzo już pamiętam, co jest na tej płycie, naprawdę. Robimy już od kilku miesięcy nowy materiał – to właśnie ta „nieregularna” praca, o której wspominałeś (śmiech) – i parę (ale tylko parę) kawałków z płyty gramy już na koncertach. Z tego co pamiętam, to bardzo zróżnicowany materiał. Złożyły się na niego kawałki z dwuletniego okresu prób i błędów, Irek szalał trochę z komputerem, udało się ułożyć parę melodii, faktura jest dość mocno chropowata, rytmy jak na nas dosyć wyważone… Kurczę, wymyślam, raz że nie pamiętam, dwa że nie umiem mówić o własnej muzyce. A dopieszczanie wcale nie było takie długie: raczej zbieraliśmy fundusze na wydanie. Najlepsze i tak jest zdjęcie na okładce, zrobił je Irek z samolotu, przelatując nad Fujijamą. Specjalnie poleciał, żeby tę fotkę pstryknąć, a potem nie starczyło na płytę (śmiech)

Ł.I.:Album nagrywaliście w Electric Eye Studio. Jak wam się współpracowało z Kapsami (właściciele studia, liderzy Contemporary Noise Quintet – przyp. Ł.I.)? To ostatnio rozchwytywani producenci, ale nie skorzystaliście z ich usług w tym zakresie...

Tomek Swoboda: U Kapsów jest zawsze fantastycznie, to już trzeci materiał, który u nich nagrywaliśmy. Teraz nas już pewnie na to nie będzie stać, bo to kompletni wariaci, kupują sprzęt najlepszy z możliwych i jeszcze się na nim znają! No i przede wszystkim mają poczucie humoru i do tego jedzą mięso, a to nasz podstawowy warunek, żeby z kimś współpracować (śmiech).

Ł.I.: Produkcję powierzyliście Jacaszkowi i Marcinowi Dymiterowi, jaka była ich rola, na ile ingerowali w Waszą muzykę? Na płycie jest sporo bardzo smakowicie użytych elektronicznych efektów i szczypta sampli, czyja jest to zasługa?

Tomek Swoboda: Tu Irek może się wypowiedzieć, bo miał największy udział w miksie. Z tego, co wiem, ingerowali sporo, przeważnie z dobrym skutkiem, ale czasem Irek lał ich po łapach.

Irek Swoboda: Dziękuję za udzielenie możliwości wypowiedzi – o swojej pracy w końcu. Rzeczywiście była to niezła przygoda. Dwa charakterne chłopaki, z bagażem doświadczeń i z ogromną wiedzą muzyczną. Pracowało się świetnie. Ani jednej bójki, nie było nawet rzucania sprzętem po studiu. Ale tak jak brat wspomniał było lanie po łapach, bo rozkręcali się momentami tak, że własnej muzyki nie poznawałem.

Ł.I.: Wasze dokonania zawsze korespondowały z najbardziej twórczymi tendencjami na gitarowej scenie. Jako Thing graliście wyśmienity Shellacowaty noise, potem skręciliście w kierunku minimal rocka, może nawet swoiście pojętego postrocka. Na nowej płycie wciąż słychać odwołania do tradycji Louisville / Chicago (Slint, Shipping News, The For Carnation), ale niektóre pomysły wydają się zbieżne z eksperymentami przedstawicieli aktualnej fali drone-rocka. Słuchacie zespołów w stylu Earth, KTL, Sunn O)))?

Tomek Swoboda: Nie znam zespołów, o których mówisz. No i widzisz: zaraz mogę ich posłuchać w Internecie, ale pewnie tego nie zrobię, bo – jak mawiają Francuzi – mam inne koty do biczowania

Irek Swoboda: Ja znam Earth, ale to ze względu na kobietę na perkusji.

Ł.I.: Czego ostatnio słuchacie? Co z nowych zjawisk, formacji zrobiło na Was wrażenie?

Tomek Swoboda: Trudno o takie podsumowania, muzyki słuchamy kiedy się da, prawie cały czas, bardzo różnych rzeczy, trochę nowych, trochę starych, trochę ukochanych lat 90. Nazwy, jakie przychodzą w pierwszej chwili do głowy to: Tunng, Psapp, Alva Noto, Pontiak, Akron/ Family, Jackie-O-Motherfucker, Pullman…

Ł.I.: Oprócz „Storm” nagraliście wyśmienity materiał z Arszynem na bębnach. Planujecie go opublikować?

Tomek Swoboda: Materiał faktycznie wyśmienity, więc pewnie nie odniesie sukcesu (śmiech). Mieliśmy z Arszynem próby na tym samym sopockim strychu, ale w różne dni. Kiedyś chyba ktoś z nas się pomylił, przyszedł nie w ten dzień, co trzeba, coś tam poimprowizowaliśmy razem, fajnie wyszło, pociągnęliśmy tak przez parę miesięcy, zagraliśmy w Krakowie chyba jeden z lepszych koncertów w naszej „karierze”, nagraliśmy, jak mówisz, wyśmienitą płytę i każdy poszedł w swoją stronę, bo od początku miało to kształt krótkofalowego projektu, po prostu. Arszyn to świetny perkusista, pomysłowy elektronik, tak jak my ma duszę eksperymentatora, doszedł do tego nasz minimalizm, więc muzyka na płycie, która ukaże się lada tydzień, jest dość wybuchową mieszanką. Info przed tym jedynym koncertem zapowiadało to tak: noise i kameralistyka, jazz i americana, awangarda i country, hałas i cisza. Nagrywali bracia Kapsa, miksował Karol Schwarz. Wyszło moim zdaniem ciekawie.

Ł.I.: Nie pierwszy raz współpracowaliście z Arszynem, ale nigdy nie przekształciło się to w regularny skład…

Tomek Swoboda: Wiesz, do długotrwałej współpracy potrzeba naprawdę bardzo wielu składników: wspólnych upodobań, zbliżonego podejścia do muzyki, do życia, do świata. To, że fajnie się razem gra, to tylko jeden element układanki: ważny, ale na pewno nie najważniejszy. Arszyn ma duszę solisty, my chyba też, ale że jesteśmy braćmi, więc jakoś dajemy radę w duecie. Większe składy się nie sprawdziły.

Ł.I.: Pod szyldem Dead Sailor, oprócz własnej muzyki, wydaliście grupę For Her Pleasure. To oficynka środowiskowa, ograniczająca się do grona znajomych czy bierzecie pod uwagę wydanie kogoś z zewnątrz?

Irek Swoboda: Dead Sailor to ja (jak mawiał Ludwik XIV), więc wszystko zależy ode mnie. For Her Pleasure było świetne i do tego znaliśmy się bardzo dobrze i, co jest podstawowym warunkiem, lubiliśmy. To jest chyba recepta na wydanie w Dead Sailor (śmiech)

Ł.I.: Tomku, współtworzysz projekt Miasto 1000 Gitar – opowiedz o nim. Grywasz też z Kevinem Arnoldem i pomagałeś For Her Pleasure . Proszę powiedz parę słów o tych grupach. Udzielasz się jeszcze gdzieś?

Tomek Swoboda: Wszystko to zbyt wielkie słowa jak na mój faktyczny udział w tych przedsięwzięciach. Do Miasta bywam tylko po przyjacielsku zapraszany: a to coś zaśpiewam, a to jakiś tekścik podrzucę. Regularnie to tylko w kosza razem gramy (śmiech). W Kevin Arnold, o ile mnie pamięć nie myli, ani jednej nuty nie zagrałem, ale za to podsunąłem im francuskiego gitarzystę, a w For Her Pleasure pojawiłem się już bardzo epizodycznie, zresztą kapela już nie istnieje, bo się chłopaki rozjechali po świecie, a szkoda. Aż mnie dziwi, skąd masz te informacje o moim udziale. To już więcej graliśmy z Irkiem u Emitera.

Ł.I.: Jakie masz plany?

Tomek Swoboda: Takie same, jak rok, dwa, trzy, cztery, dziesięć lat temu: robić swoje bez oglądania się na innych. Płyta jest w oficjalnej dystrybucji, ale i tak nikt jej nie kupi ani nie zauważy, zaraz to samo spotka płytę z Arszynem, zagramy parę koncertów, za rok nagramy nowy materiał, którego znów nikt nie kupi, zagramy parę koncertów, i tak w kółko. Póki zdrowia starczy.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.

Najbliższe koncerty: 15.10. 2008 - Kafe Delfin, Gdańsk Oliwa 17.10. 2008 - Kawiarnia Naukowa, Kraków 18.10. 2008 - pod starym gramofonem, Wołów