Wydanie bieżące

15 marca 6 (54) / 2006

Barbara Wesołowska, Renata Borodyn, Jan Klata,

POTWORY OD HUGO BOSSA

A A A
Z Janem Klatą rozmawia Renata Borodyn i Barbara Wesołowska
Renata Borodyn: Wiele mówi się o Pana adaptacjach – Witkacego, Gogola czy Słowackiego. Niektóre budzą sporo kontrowersji. Gdzie według Pana są granice ingerencji w dzieło dramatyczne?

Jan Klata: Granice ingerencji reżysera w dzieło literackie są dyktowane tylko i wyłącznie jakością spektaklu. Witkacego można zrobić tak, jak ktoś go już zrobił, lepiej bądź gorzej – po prostu różnie. I na tym polega wolność w teatrze. Można robić wiele pod warunkiem, że tworzy się ciekawy spektakl. Nie wiem, czy robię ciekawe spektakle, ale wiem, że się bardzo staram.

Barbara Wesołowska: Czym jest dla Pana teatr i co przede wszystkim chciałby Pan przekazać swojej publiczności?

J.K.: Teatr ma szeroką i otwartą definicję. Teatr jest dla mnie miejscem, gdzie się ogląda spektakl, a to, co się widzi – to żywi ludzie. Nie ma jednej określonej rzeczy, którą chciałbym przekazać. Zrobiłem kilka spektakli i każdy jest o czymś innym.

R.B.: Mówi się, że młodym reżyserom w Polsce trudno się przebić. Czy zgadza się Pan z tą opinią, skoro od debiutu zrobił Pan osiem spektakli w ciągu trzech lat?

J.K.: Nie uważam, żeby to był bardzo krótki czas. Nie przepracowywałem się. To typ pracy intensywny, ale bynajmniej nie wykańczający. Nie uważam, że pracuję pośpiesznie lub robię za dużo. Osiem spektakli przez ponad trzy lata nie daje zaskakującej średniej. Trudno mi powiedzieć, czy młodym twórcom jest ciężko. Nie chcę generalizować, mogę powiedzieć tylko o sobie. Przez pięć lat nic nie robiłem w teatrze, ale wynikało to w znacznym stopniu z mojej winy. Ale być może są młodzi ludzie, zaraz po szkole, którzy chcieliby działać, a nie mogą. Istnieje pewna blokada wobec nowych ludzi, którzy wchodzą na rynek, bo jest on bardzo płytki. Nie mamy, tak jak w teatrze niemieckojęzycznym, tysiąca premier w sezonie. Mamy ich o wiele mniej. Dlatego reżyserom, którzy pracują już od wielu lat, którzy się „okopali” – są dyrektorami teatrów lub mają znajomych dyrektorów – w mniejszym stopniu zależy na tym, żeby coś nowego się pojawiało.

B.W.: Ale Pan się przebił?

J.K.: Mnie się jakoś udało. Ale myślę, że gdyby Piotr Kruszczyński dostał teraz propozycję od młodego reżysera, który by go w jakiś sposób zafascynował i przekonał, który byłby gotów wyjechać do Wałbrzycha, to też dałby mu szansę. To jest kwestia tylko tego, czy są tzw. „wentylki”. Kiedy pięć lat temu próbowałem się przebić, to takich „wentylków” nie było. A potem ten „wentylek” się pojawił. Ale myślę, że są dziś teatry z otwartymi drzwiami, trzeba tylko czasem pozmieniać swoje życie i na przykład przeprowadzić się.

R.B.: Piotr Gruszczyński w swojej książce „Ojcobójcy” zajmuje się pokoleniem tzw. młodszych zdolniejszych, które pojawiło się w polskim teatrze. Krytyk zaliczył do tego grona takich reżyserów, jak Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Anna Augustynowicz. Czy czuje się pan związany z tym pokoleniem?

J.K.: Nie czuję się specjalnie ani młodym, ani zdolnym, ani za bardzo skromnym. Myślę, że różnice między tym, co się działo ostatnio w teatrze, a tym co było w roku 1997, są znaczne. Dotyczą tego, czy akcent kładzie się na życie społeczne, czy też uczuciowe. Kilka lat temu nacisk był kładziony na wnętrze z demonstracyjnym brakiem zainteresowania wobec wszystkiego, co się dzieje w społeczeństwie. A ja mam inną optykę. Myślę, że jest to różnica, którą można by nazwać różnicą pokoleniową.

B.W.: Oglądając Pana spektakle, można zauważyć, że dużą rolę odgrywa przestrzeń. Czy jest ona traktowana na równi z tekstem?

J.K.: Przestrzeń odgrywa ogromną rolę, ale nie wyróżniałbym jej specjalnie. Ona funkcjonuje na podobnych zasadach, jak np. muzyka. Wszystkie elementy spektaklu nadają kontekst dziełu literackiemu. Ten kontekst jest niezbędny. To, co wynika z utworu, możemy powiedzieć tylko umieszczając to w jakimś świecie. W moim spektaklu [„...córce Fizdejki” – przyp. red.] ten świat jest tworzony przez bitwę pod Grunwaldem, blokowisko, czy też podświetlaną podłogę. Staramy się szukać nowych światów dla każdej sztuki. W każdym spektaklu ta przestrzeń jest inna, wciąż szukamy czegoś innego i staramy się nie powtarzać.

R.B: Zwraca Pan także dużą uwagę na detale, ale czy nie jest przesadą ubieranie bohaterów w oświęcimskie pasiaki?

J.K.: Ja się czuję cały czas w pasiaku, na przykład gdy jestem w Niemczech. Tam pod spodem mam na sobie pasiak. U Witkacego te potwory wyglądają inaczej. On pisał przed dojściem Hitlera do władzy. Genialnie opowiada o zetknięciu dwóch kultur, dwóch narodów, które są podzielone przez potwory. Jest między nimi jakiś rodzaj niesamowitej tajemnicy. Tajemnicy do tego stopnia intensywnej, że żona kniazia Fizdy umiera po seansie z potworami. Teraz pojawia się pytanie – kim są potwory dla nas? To one nadają dzisiaj kontekst naszym stosunkom dobrosąsiedzkim. Każdy pamięta, co robił jego dziadek i jak był ubrany. A najzabawniejsze jest to, że ubierała go wciąż ta sama firma – Hugo Boss. Hugo Boss szył zarówno pasiaki, jak i mundury. A dziś Hugo Boss szyje garnitury – mamy więc ciągłość, tradycję...

B.W: W „... córce Fizdejki” rolę bojarów grają aktorzy nieprofesjonalni, może Pan opowiedzieć o pracy z nimi na scenie?

J.K.: Zetknięcie z nimi było fantastyczne. Bez nich ten spektakl by nie powstał. Prawdą swoich twarzy, sylwetek, prawdą grania – bo przecież oni nie są wzięci z ulicy, nie grają siebie, grają postaci – oni swoją energią w dużym stopniu tworzą ten spektakl. Ich poświęcenie i wkład jest tutaj nie do ocenienia. Było to doświadczenie wymagające wiele od nich, a także wiele ode mnie. Z nimi pracuje się inaczej, są fantastyczni, ale inni – nie są profesjonalistami, nie mają warsztatu. To wymagało również wiele od aktorów, którzy boją się wpuszczać kogoś takiego na scenę. Obawiają się, że autentyzm tych ludzi zabije ich grę. Ale z Wiesławem Cichym, Karoliną Adamczyk, z Hubertem Zduniakiem i innymi, nie było takiego problemu. Zrozumieli, jak obie strony mogą skorzystać na tej współpracy.

R.B.: Czy ci aktorzy są dokładnie wyuczeni roli, czy też istnieje pewna doza improwizacji?

J.K.: Zawsze jest doza improwizacji, bo każdego wieczoru jest zupełnie inaczej. Ale to musi być wszystko bardzo precyzyjnie zrobione. Tutaj są sceny choreograficzne – Maćko Prusak zrobił kawał dobrej roboty. Są też sceny walki, które grożą kontuzjami. Nie jest łatwo upadać przez osiem minut. To musi być ograne.

B.W.: Czego oczekuje Pan od „Interpretacji”?

J.K.: Od „Interpretacji” niczego nie oczekuję. Oczekuję od dzisiejszego spektaklu tego, że zetkniemy się z publicznością, dla której graliśmy w zeszłym roku. Publicznością, wśród której nie wiem, ile będzie osób naprawdę zainteresowanych teatrem, bo może niektórzy z nich znów zostaną pod kasami, gdyż zabraknie biletów. Ale może postaramy się jakoś pomóc. Dla mnie ważne jest, żeby dziś zagrać dobry spektakl, a jutro wyjeżdżam.

R.B.: Może nam Pan zdradzić najbliższe projekty?

J.K.: Tak. Za kilkanaście godzin zaczynam próby w Teatrze Rozmaitości. Spektakl nosi tytuł „Weź przestań” i jest przygotowywany na podstawie mojego dramatu. Premiera planowana jest na koniec kwietnia.

B.W.: Zatem życzymy powodzenia i dziękujemy za rozmowę.