ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (54) / 2006

Martyna Markowska,

CIAŁA LOKALNE, CIAŁA GLOBALNE

A A A
W ostatnich dniach 2005 roku przez stolicę Czech przewalały się tłumy turystów, poszukujących atrakcji sygnowanych komercyjnymi symbolami: powielonym po tysiąckroć wizerunkiem Szwejka (dla bardziej ambitnych?) i nazwami okolicznych browarów (dla ambitnych, ale nieco zmęczonych...). Jednak Praga, jako stolica fotografii europejskiej, miała w zanadrzu coś wyjątkowego do zaoferowania. Mam na myśli dwie wystawy, odbywające się w tym samym czasie, w samym sercu miasta. Jedna – artysty lokalnego, rodzimego, druga – japońskiego mistrza sztuki fotograficznej. Mimo, iż Jan Saudek oraz Nobuyoshi Araki. wywodzą się z różnych kręgów kulturowych, wytworzyli wokół siebie specyficzną atmosferę. Uchodzą za ekscentryków, skandalistów, „jurodiwych” sztuki fotograficznej. Co ważniejsze, obaj w centrum swoich fascynacji artystycznych umieścili problem widzenia ciała. Należałoby natychmiast dookreślić to pojęcie. W przypadku Saudka oraz Arakiego mamy do czynienia z ciałami wyjątkowymi, wykluczonymi, posiadającymi cechy androgyniczne (Saudek), których przedstawienie, na granicy zachwytu i szoku estetycznego, budzi fascynację i wstręt zarazem (Araki).

”The best of Jan Saudek”
jest wystawą zorganizowaną jako jubileuszowy prezent dla artysty, który w roku 2005 obchodził siedemdziesiąte urodziny. Na ponad dziewięć miesięcy Dům u bileho jednorožce na praskim Rynku miał zamienić się w mekkę dla wyznawców kultu Jana Saudka. Mówię „miał”, bo końcowy efekt nie był w pełni zadowalający. W tym samym budynku, na sąsiednim piętrze, naprędce skonstruowano miniaturę (funkcjonującego już przecież na ulicy Panskiej) muzeum głównej siły napędowej przemysłu turystycznego w Czechach, czyli Alfonsa Muchy. Informacja praktyczna: gadżety pamiątkowe z dwóch, nieco odmiennych estetycznie projektów, do nabycia w tym samym sklepiku… Wystawa dzieł Jana Saudka, jak większość projektów the best of miała na celu zgromadzenie fotografii najbardziej reprezentatywnych w pięćdziesięcioletnim dorobku artysty, z ekstra bonusem, czyli innymi słowy, klasyka plus „niepublikowane dotąd utwory”. Z tej okazji praskie, a raczej ogólnie mówiąc, czeskie stacje metra, przystanki autobusowe i inne strategiczne punkty miast i miasteczek (ogromny billboard reklamujący to wydarzenie można podziwiać nawet na czesko – polskim przejściu granicznym w Cieszynie) obklejono plakatami promującymi Saudkową wystawę. Dobrze wspomnieć, że podwójnie Saudkową, gdyż organizacją przedsięwzięcia zajęło się stowarzyszenie „Saudek.com company” z Sárą Saudkową na czele. Nagie dziewczęce pośladki z postera „prześladowały”, bądź „nęciły”, w zależności od upodobań, nie tyle oswojonych już Prażan, ile zaintrygowane rzesze turystów właśnie. Zwłaszcza, że większość z plakatów nie zawierała informacji, co jest przedmiotem tej oto wyuzdanej reklamy. Obraz dziewczęcia przywdzianego w ogromny kapelusz, swobodnie odsłaniającego pupę ozdabiał jedynie autograf Jana Saudka. Kto rozszyfrował przewrotny kod, ten na wystawę trafił. Swoją drogą, czy taki rodzaj „perwersyjnej” promocji przyjąłby się również nad Wisłą?

Wróćmy jednak nad Wełtawę. Jan Saudek, brat bliźniak równie słynnego Karela (rysownik, twórca komiksów), fotografować zaczął w wieku piętnastu lat. Oprócz zdjęć, znane są dzieła malarskie oraz próby literackie tego artysty o żydowskim pochodzeniu. Jackson Pollock czy Franz Kafka bez wątpienia zafascynowali swą twórczością młodzieńca o buntowniczym usposobieniu. Jednak nikt inny nie zainspirował Saudka bardziej niż kobiety. W Curriculum vitae zamieszczonym na stronie domowej artysty czytamy: „1976 – maj do czerwca. Jestem zakochany w rudowłosej dziewczynie – i w czterdziestu innych. AIDS jeszcze nie jest w modzie”. W zapiskach z roku 1991 znajdujemy z kolei beztroską myśl: „Moją francuska kochankę Nathalie zastąpiła piękność z Moraw. To klasyczna sytuacja. Kiedy kobieta zestarzeje się (31 lat), zostaje zastąpiona inną”. Zresztą, tytuł jednej z książek najlepiej, krótko i rzeczowo określa jego życiorys (również artystyczny?): „Wolny, żonaty, rozwiedziony wdowiec”. Kobiety, ich ciała, ich seksualność, kobiece fetysze, a także antagonizmy damsko-męskie są głównymi przedmiotami sztuki Saudka. Artysta nierzadko fotografuje przy tym znajome sobie osoby, swe dzieci, kochanki, siebie samego. Ciało jest na pierwszym tle. Zarówno to obnażone, masturbujące się, podczas aktu homo- lub heteroseksualnego, odważnie prezentujące intymne partie, jak i to upstrzone warstwami koronek, nylonów, ozdobnych apaszek, krygujące się w barokowej konwencji. W kolorze sepii, kolorowe, podkolorowane, czarno-białe. Ciała eksponowane, fantasmagoryczne i anatomiczne. W towarzystwie innych ciał lub samotne, dziecięce i starcze, ludzkie i zwierzęce, szczupłe i monstrualnych rozmiarów, okaleczone i gładkie. Korporalne portrety osadzone są w poetyce teatru śmierci. To zresztą ma symbolizować otwarte okno, motyw obecny na znacznej części eksponatów z „The best of…”. W filmie dokumentalnym Petra Kanki „Bracia Saudkowie”, Jan tłumaczy, że zgodnie z tradycją, w momencie śmierci otwierano okno, aby dusza mogła swobodnie ulecieć do nieba. Widok z Důmu u bileho jednorožce rozciąga się na Rynek Starego Miasta. „Czeska dusza” zdecydowanie znajduje się w odpowiednim miejscu i choć we wspomnianym dokumencie Jan skarży się na brak szacunku ze strony władz, mam wrażenie, że (przewrotnie?) wyznane przekonanie jest w pełni rekompensowane uznaniem wielbicieli jego sztuki fotograficznej. Urodzinowa wystawa w swej istocie jest więc, mimo sąsiedztwa skomercjalizowanego Muchy, nie lada świętem: fotografii, czeskiej sztuki, europejskiej wrażliwości. Zdjęciom Saudka zdaje się przyświecać motto autorstwa Jeana-Luca Nancy, iż „ciało to skóra różnorako sfałdowana, pozaginana, poodginana, rozwarstwiona, wgłębiona, monstrualnie przenicowana, porowata, nieuchwytna, zawłaszczająca, napięta, rozluźniona, podrażniona, oszołomiona, wiązana, rozwiązana”. Niemniej, pojęcia „wiązania” i „rozwiązania” byłyby bardziej adekwatne w przypadku twórczości drugiego artysty, Nobuyoshi Araki.



„Tokyo Flowers",
wystawa zorganizowana przez Langhans Galerie nie doczekała się tak spektakularnej promocji, choć niewątpliwie jest to jedno z ważniejszych wydarzeń fotograficznych ostatnich lat w Czechach. Zdjęcia autorstwa japońskiego „ostentacyjnego hedonisty”, jak nazwał Arakiego Akihito Yasumi, jeszcze nigdy nie były prezentowane w Republice Czeskiej. Nazwisko urodzonego w 1940 roku artysty stało się głośne głównie za sprawą cyklu na temat kabuki-cho, czyli prowokacyjnych wojaży fotograficznych w głąb światka tokijskiego sex-biznesu. Jednak to zdjęcia kobiet zainspirowane sztuką kinbaku, czyli krępowaniem ciała za pomocą lin, stały się globalną wizytówką Arakiego. Wizytówką niezwykle głośną za sprawą gromów, jakie posypały się na fotografa z różnorakich środowisk. Oskarżenia o stosowanie przemocy wobec swoich modelek, o pornografię (w kategoriach europejskich?) itd. odpierane były przez artystę deklaracjami niemal poddańczej fascynacji kobiecymi „bóstwami”. Araki kategorycznie zaprzeczał, że jego celem jest prowokowanie. Zaznaczano, że sam jednocześnie jest twórcą i przedmiotem własnych dzieł. W przedmowie do „Tokyo Lucky Hole” czytamy: „Jeżeli spojrzenie męskiego oka stanowi próbę zrozumienia kobiety, by ukazać swoje własne pożądanie i wydobyć ukrytą prawdę, to Araki sam staje się kobietą, gdy fotografuje”. Ostatecznie, w osobie artysty upatrywano jednocześnie stręczyciela, jak i pierwszego wyzwoliciela ciał Japonek.

Podczas wystawy praskiej zaprezentowano czterdzieści sześć prac artysty, pośród których znajdują się również dzieła kinbaku. Jednak, tytuł sugerowałby, że to motywy florystyczne stanowią przewodni temat ekspozycji. Kolorowe, nasycone wręcz barwami fotografie przedstawiające erotyczne kompozycje kwiatowe zdecydowanie kontrastują z pozostałymi dziełami. Oto mamy wrażenie, że „otrzymaliśmy” prawdziwego Arakiego – demiurga, bóstwo o wielu twarzach. Gdyż, oprócz fallicznych czy waginalnych ujęć kwiatów, fotografie porozrzucane po kątach dość specyficznej pod względem architektonicznym galerii, sprawiają wrażenie, jakby były wykonane przez kilku, jakże różnych! artystów. Raz jesteśmy karmieni „reportażowymi” scenami, raz wspomnianym kinbaku. To, co pozostaje punktem stycznym wszystkich eksponatów, to motyw ciał, ciała kobiecych, czyli de facto, właściwych „tokijskich kwiatów”. Jeśli bowiem nawet motywy florystyczne służą przedstawieniu kobiecych organów, czymże jest w swej istocie natura? Traktując dosłownie tytuł wystawy, najważniejszym jej punktem byłaby, paradoksalnie, multimedialna prezentacja „Arakinema” w podziemiach galerii, kolejny dowód na to, jak wszechstronnym twórcą jest Japończyk.

Po retrospektywnej, jubileuszowej wystawie dzieł Saudka, skromna, choć chaotyczna i źle, pod względem kuratorskim (ze względu na owo „rozrzucenie”), zorganizowana ekspozycja dzieł Arakiego pozostawiła jedynie poczucie niedosytu. Przecież my, wojerzy dwudziestopierwszowieczni, chcemy widzieć więcej. Zwłaszcza, jeśli spotykamy się ze sztuką artysty ogarniętego żądzą wniknięcia w przestrzenie tak intymne. Gdybyśmy jeszcze, my, wojerzy polscy, mogli smakować zarówno dzieła Saudka, jak i Arakiego w tym samym czasie, w tym samym mieście…
Nabuyoshi Araki „Tokyo Flowers”. Praga, Langhans Galerie, Vodičkova 37. 17 listopada 2005 –19 lutego 2006; „The best of Jan Saudek”. Praga, Důmu u bileho jednorožce, Staroměstské náměstí 15. 21 września 2005 – 30 czerwca 2006.