Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Wiesław Kowalski, Jolanta Teska,

JESTEM AKTORKĄ NA PROWINCJI

A A A
Z Jolantą Teską, aktorką Teatru im. W. Horzycy w Toruniu, rozmawia Wiesław Kowalski
Wiesław Kowalski: Agnieszka Holland, która przystąpiła do realizacji teatralnej wersji „Aktorów prowincjonalnych” w opolskim teatrze twierdzi: „Aktorzy są jak rasa – tacy sami w prowincjonalnym teatrze i w hollywoodzkiej machinie. To, co pcha człowieka do tego zawodu, to jest pewien zespół cech, pasji, dążeń, lęków, ucieczki od siebie i potrzeby poznania siebie”. Jak te słowa zinterpretuje aktorka, która niemal 20 lat swojego życia spędziła w jednym teatrze, w sensie geograficznym prowincjonalnym?

Jolanta Teska: Toruń nie jest jedynym miejscem mojej dotychczasowej pracy. Wcześniej grałam we Wrocławiu i w Kaliszu. A w wypowiedzi Agnieszki Holland jest bez wątpienia wiele prawdy dotykającej naszego zawodu, jego kondycji i specyfiki. Podejrzewam, że znajdą się nawet aktorzy, którzy w pełni się z jej słowami utożsamią. Mnie najbardziej przekonują te o uciekaniu i poszukiwaniu siebie. Choć może w momencie decyzji wyboru zawodu aktorskiego jeszcze sobie do końca tego mechanizmu nie uświadamiamy, bo na tym etapie tkwi on chyba bardziej w sferze podświadomości. Dzisiaj jest trochę inaczej, młodzi ludzie decydując się na szkołę teatralną myślą najczęściej o popularności i sławie. To pociąga ich czasami bardziej niż granie na scenie.

W.K.: Kiedy Agnieszka Holland wiele lat temu robiła swój pierwszy spektakl w Gorzowie Wielkopolskim zauważyła nie tylko upiorność polskiej prowincji – były to lata głębokiej komuny – ale zobaczyła, że mini świat teatru, i to właśnie tego prowincjonalnego, odbija pewną prawdę o kraju i kondycji ludzkiej. Że aktorzy, którzy czegoś się boją, do czegoś dążą – mogą stać się znakiem pewnej sytuacji człowieka. Czy w dzisiejszym świecie, gdzie działa już inny rodzaj cenzury wewnętrznej i zewnętrznej, też tak można powiedzieć?

J.T.: Oczywiście. Teatr zawsze mówi o kraju i o rzeczywistości, która właśnie się wydarza, bo jest swego rodzaju lustrem. Nasza mała społeczność teatralna, to wszystko, co się w niej dzieje, to, nad czym w teatrze aktualnie się pracuje, na pewno jest wyznacznikiem naszych czasów, tych w których żyjemy i które kształtują nasz światopogląd, również nasze spojrzenie na człowieka i to, co nas otacza. I nie dotyczy to tylko teatru na prowincji, albowiem na tej samej zasadzie lustra działają również teatry w dużych miastach. Decyduje o tym przede wszystkim kondycja teatru i to, kto nim kieruje, kto jest jego dyrygentem i wybiera takich ludzi do współpracy, którzy potrafią otworzyć aktora na świat i poszukiwanie prawdy. To w dużej mierze od nich zależy wyprowadzenie aktora – zawsze na taką operację gotowego – z zaściankowości myślenia. Aktorzy – choć niektórym może się tak wydawać – wcale nie są wolnymi ptakami. Są tak naprawdę uzależnieni od wielu czynników, i to zarówno artystycznych, jak i administracyjnych.

W. K.: W takim miejscu jak Toruń, teatr jest dla Pani w pewnym sensie z konieczności głównym miejscem życia i tylko w nim człowiek czuje, że albo się spełni, albo ponosi klęskę. W Warszawie, gdzie możliwości zdobycia popularności i łatwego zarobku są dużo większe, to już nie jest tak klarowne. Jedno jest pewne. Trudno zostać zamożnym, pracując tylko w teatrze. Ale tak jest – jak mówi Holland, nie ukrywająca z drugiej strony, że była szczęśliwa jako artystka prowincjonalna – na całym świecie. „Teatr jest bardziej dziedziną miłości. Ale jak aktor z miłością pracuje, jest artystą (…), a po 20 latach wciąż wraca do tego samego mieszkanka służbowego i nawet go nie stać na porządne wakacje, to musi czuć ból”. Jak to jest w Pani przypadku?

J. T.: Przede wszystkim nie mieszkam już w mieszkaniu służbowym (śmiech) i nigdy nie byłam zdeterminowana myślą o spektakularnym sukcesie, który przyniósłby mi sławę i pieniądze. Być może jest to z mojej strony pewien rodzaj lenistwa. I może dlatego nie czuję bólu. Z drugiej strony, kiedy patrzę na tych, którzy mają fantastyczne wille czy jeżdżą pięknymi samochodami, to wcale im nie zazdroszczę. Bo myślę, że moja praca w teatrze jest dużo ciekawsza, od tego, co robią ludzie uważani powszechnie za majętnych i bogatych. I nie chodzi tu wcale o jakiś szczególny rodzaj poświęcenia z mojej strony, ale raczej o akt spełnienia się. Zawsze chciałam być aktorką teatralną. Nie wiem, co byłoby, gdybym była zdeterminowana chęcią zdobycia sławy. Być może poniosłabym klęskę i wtedy – jeszcze bardziej zbolała – wróciła na prowincję. A być może takie doświadczenie dałoby mi kopa do jeszcze bardziej wytężonej pracy. W Toruniu jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że gram bardzo dużo ciekawych ról i spotykam się na scenie ze wspaniałymi artystami. Dlatego nie czuję rozgoryczenia.

W. K.: Drogę do Horzycy przemierza pani codziennie od ponad 20 lat. Nigdy nie pomyślała Pani, że to już bardziej rutyna niż potrzeba?

J. T.: Bywa, że i rutyna wkrada się w nasz zawód. To jest nieuniknione, bo jesteśmy tylko ludźmi. Myślę, że to bolączka każdego człowieka. Ale aktor stworzony jest do tego, by walczyć, tak samo z sobą samym, z całym światem, jak i z rutyną, poczuciem, że jest fantastycznie.

W. K.: Są tacy, którzy twierdzą, że w teatrze niezbędna jest ciągła wymiana, ludzi, energii. W Toruniu zespól aktorski zmienia się rzadko. Nie korciło Pani, by poszukać swojego miejsca w innym teatrze?

J. T.: Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, choć wiem, że aktor – w takim stereotypowym ujęciu – traktowany jest jak Cygan; w każdej chwili może spakować tobołek i pójść gdzie indziej. I jest to na pewno dla niego nowy, świeży bodziec do pracy. Musi odnaleźć się w nowym zespole, musi pokazać, co potrafi... My tutaj w Toruniu rzeczywiście jesteśmy ansamblem bardzo zgranym, bo dobrze się znamy i pracujemy ze sobą dość długo. Ale przecież nie jest tak, że mamy do czynienia wciąż z tym samym sztabem ludzi. Naszym szczęściem jest to, że do współpracy zapraszani są wciąż inni reżyserzy, scenografowie, choreografowie i muzycy. I to oni nas zmieniają. Każą inaczej spojrzeć na samego siebie i na partnera, z którym gramy.

W. K.: Istoty talentu aktora wielu artystów upatruje m.in. w genialności słowa i reżysera. Pani ma szczęście i do wielkiej literatury – Gombrowicz, Szekspir, Fredro, Zapolska, Schiller, Różewicz, Levin – i do reżyserów: Meissner, Warlikowski, Cieplak, Wiśniewski, Kempa, Augustynowicz, Bubień, Stebnicka, Korin. Co jednak Pani robi w sytuacji, kiedy reżyser nie potrafi Pani przekonać do wizji swojego spektaklu?

J.T.: Ho, ho… Cierpię, cierpię… Na szczęście już dawno nie miałam takiej sytuacji. Dlatego ten stan ducha jest mi dość odległy. Ale nie da się ukryć, że takie przypadki w teatrze się zdarzają i wtedy aktor przeżywa katusze. Co wtedy robię? To zależy od człowieka, z którym muszę na ten temat rozmawiać. Niekiedy podjęcie walki nic nie daje, bo reżyser jest niereformowalny. I wtedy… no co… aktor stoi w rozkroku... Ale i w tej niewygodnej dla siebie pozycji musi szukać sposobu na autentyczność swojego bycia na scenie. To są sytuacje niezwykle trudne i kosztują aktora bardzo wiele. Wiadomo, że długie stanie w rozkroku bywa z reguły męczące… (śmiech). Na szczęście nie zdarza się to zbyt często.

W. K.: A w sytuacji bezradności reżysera, bo przecież i tak niekiedy bywa, co wtedy Pani robi?

J.T.: Bezradność reżysera w teatrze to jest już chyba tragedia. Bo to nie jest komfortowa sytuacja dla aktora, kiedy reżyser mówi, że zdaje się na nasz talent, na naszą intuicję i pracę zespołową. Zdecydowanie łatwiej jest podążać za realizatorami, którzy wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć, są konsekwentni, a nawet uparci w artykułowaniu swoich racji. Nie ma nic gorszego jak aktor pozostawiony na scenie sam sobie. Oczywiście zawsze – jak to się mówi – coś tam sobie sami udziergamy… Ale o satysfakcji zawodowej raczej trudno mówić. W zespole toruńskim z takich sytuacji wychodzimy raczej obronna ręką, bo dobrze się znamy i potrafimy ze sobą współpracować. Takie przypadki, choć dla teatru niezbyt przyjemne, też nas rozwijają, ćwiczą refleks, szybkość myślenia i mobilizację. Ale oby zdarzały się jak najrzadziej.

W. K.: Nietrudno dzisiaj zauważyć zmieniający się stosunek do zawodu aktora i przemianę modelu aktorstwa. Czy Pani dopracowała się jakiejś swojej metody, dzięki której udaje się Pani zbliżyć do postaci? Mam wrażenie, że Pani wchodząc w postać jednocześnie stoi trochę obok i patrzy na nią z dystansu.

J.T.: Ja bym tego dystansem nie nazwała. Choć w przypadku Elżbiety z „Marii Stuart” Schillera można odnieść takie wrażenie. Chodziło bowiem o pokazanie modelu kobiety, również współczesnej, obracającej się w sferze władzy; kobiety, która musiała nauczyć się skrywania swoich emocji i uczuć; po to, by mieć poczucie bezpieczeństwa w rzeczywistości, w której żyje.

W mojej teatralnej pracy wszystko zależy od postaci, jaką przychodzi mi kreować. Nie mam jednoznacznej metody czy klucza w docieraniu do prawdy moich bohaterek. Zresztą jest to proces, który niełatwo jest zwerbalizować. Są tacy wybitni aktorzy, którym wystarczają uwagi typu „w lewo, w prawo” czy „głośniej, ciszej”, resztę robią sami. A są i tacy, którzy przygotowują się do roli na długo przed jej graniem, bo to jest im potrzebne. Dla mnie bardzo ważna jest wyobraźnia i chęć przeżycia tego, co daje nam materiał literacki. To jest coś niezwykłego, bo przyjeżdża reżyser i obdarza cię jakby nowym życiem. Jest w tym bez wątpienia coś metafizycznego. Każdą postać staram się przefiltrować przez swój umysł, swoje serce i ciało. Na pewno nie uprawiam aktorstwa typu nawiedzonego. Staram się uruchomić mózg i serce, ale unikam zbyt intelektualnego podejścia do roli, bo to może niekiedy wyciszyć emocje. A dla mnie właśnie one są najważniejsze. Emocje, a nie dystans.

W. K.: Obserwując reakcje toruńskich teatromanów jestem przekonany, że ma Pani w tym mieście swoją wierną publiczność, która czeka na Pani kolejne role. Co trzeba zrobić, by zdobyć popularność, a nie grać w serialach?

J. T.: Przede wszystkim dużo grać. A ja mam to szczęście, że publiczność może mnie zobaczyć w wielu różnorodnych rolach, w ciekawym repertuarze. W tym zawodzie bardzo wiele zależy od okoliczności i szczęścia. Oczywiście jest jeszcze talent, nie mniej ważny i istotny.

W. K.: Czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że teatr przestał być już tak potrzebny publiczności jak jeszcze 20 lat temu, kiedy zaczynała Pani pracę? Jak bardzo zmienił się teatr na przestrzeni ostatnich lat?

J. T.: Myślę, że zmienia się język teatru, ale potrzeby widzów pozostały takie same. Być może tylko w czym innym chcieliby siebie odnajdywać i poszukiwać. A zatem to sprawa bardziej repertuaru niż ludzkich potrzeb. Mam wrażenie, że następuje powrót do teatru publiczności, która nasyciła się już dobrami materialnymi i znowu zapragnęła zobaczyć na scenie swoje niepokoje, usłyszeć odpowiedzi na ważne pytania. Świadczyć o tym mogą dwa toruńskie spektakle, „In Extremis” i „Justyna”, które pomimo poruszania bardzo ważnych i trudnych problemów osiągają frekwencję nie mniejszą niż farsy czy komedie.

W. K.: A zatem nie żałuje Pani tych 20 lat spędzonych w Toruniu, z dala od zgiełku wielkich miast, od filmu, telewizji?

J. T.: Nie. Kiedy w 1986 roku kończyłam PWST we Wrocławiu otrzymałam propozycję pracy w Teatrze Współczesnym od Kazimierza Brauna. To było dla mnie wielkie wyróżnienie. Tyle, że po dyplomie Kazimierz Braun przestał być dyrektorem tego teatru. I wówczas dałam się namówić moim kolegom ze szkoły na przyjazd do Krystyny Meissner. To były wspaniałe czasy. Nigdy nie czułam się tutaj aktorką prowincjonalną. Jestem aktorką na prowincji. A to zupełnie coś innego.

W. K.: Dziękuję za rozmowę.