Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (122) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

OD FELIETONISTY DO BASISTY

A A A
Felieton
Powszechnie wiadomo, iż komparatystyka rzuca nowe, często mocniejsze światło na badany obiekt, jeśli tylko odnieść go do analogicznych obiektów, rzeczy, zjawisk z innych dziedzin sztuki i życia. Niespodziewanie, tuż przed końcem roku, zacząłem „istnieć” porównawczo, spoglądając na literaturę z pozycji rockendrollowca w lokalnym, amatorskim wydaniu. Zgodnie z borussiańską formułą zacząłem działać, owszem – lokalnie, jednak wnioski starałem się wyciągać uniwersalne, z pożytkiem dla obu sztuk, a zwłaszcza bliskiej mej sercu literatury. Wszystko za sprawą gitary basowej, którą otrzymałem pod choinkę.

I ledwie rozpakowałem prezent, ledwie brzdąknąłem coś, co miało brzmieć jako „Smoke on the Water” Deep Purple, pojawiała się pierwsza różnica między graniem na basie a uprawianiem literatury. Różnica w osprzęcie. Moje „wiosło” okazało się basem skrajnie autonomicznym – ową kantowską rzeczą samą w sobie, wyposażoną w struny, jednak bez wzmacniacza, ergo: wydającą jedynie cichutki jęczek. To zupełnie inaczej niż ze słowem pisanym, gdzie wystarczy prosty odpowiednik wiosła – ołówek. Aby bas stał się basem żywo grającym, musiałem pójść do muzycznego sklepu.

Dwóch młodych sprzedawców o wyglądzie Stonesów zaraz po trasie koncertowej zachichotało na widok mojego wiosła. No tak, nie był to żaden Fender, Gibson czy Ibanez. Jednak ich kpiarsko-szydercza reakcja wydała się mi nie na miejscu. W swojej kilkunastoletniej przygodzie z pisaniem nigdy nie doświadczyłem ironicznych komentarzy, że ktoś tam pisze na maszynie, ktoś na stareńkim, polskim laptopie typu Actina, a ktoś ledwie w brulionie. Technologia zapisu nie miała żadnego znaczenia. Tu – przeciwnie. To, że byłem posiadaczem Soundera – gitary stojącej na najniższym szczeblu wiosłowych bytów, od razu określiło stosunek sprzedawców do moich umiejętności basisty. Chłopaczek o twarzy zmęczonego Richardsa poprowadził mnie do stoiska z przysadzistymi czarodziejami mocy. Pełen zgorszenia i smutku odkryłem, że – aby moje notowania wzrosły – powinienem wydać na wzmacniacz całą miesięczną pensję. Zrezygnowałem, wymawiając się niezdecydowaniem między Hartke a Warwickiem. Potrzebowałem też paska do gitary. Wisiały, owszem, na stojaku. Skórzane, w różnych kolorach, w heavymetalowe smoki i błyskawice, diabelskie rogi i gołe baby. Cena też jak za zboże – pensji jedna siódma. Wybrałem inny, skromniejszy – szmaciany jak rączki plecaka. Tym samym pogrążyłem się w oczach sprzedawców kompletnie. Ciężka jest dola początkującego basisty, mierzona grubością portfela. W drodze powrotnej wielbiłem oszczędność logistyki literackiej. Ledwie kartka, jakiś komputer i word nawet starszej wersji. Całkiem ubogim wystarczy nawet Wordpad. I dopiero zrozumiałem, na czym polega doniosłość dewastowania sprzętu od czasów Hendriksa – to nie o akt pustoszącego natchnienia chodzi, lecz o niefrasobliwe i lekkomyślne wyrzucanie w błoto dobrych paru tysięcy baksów. Nie każdą kapelę stać na tego typu gest. Zadumałem się też nad przeniesieniem tegoż rytuału do literackiego światka. Czyż nie byłoby czymś spektakularnym, gdyby podczas odbierania Nagrody NIKE Olga Tokarczuk zmasakrowała w uniesieniu swojego laptopa albo notatki? W ogóle, gdyby poeci i prozaicy, zaraz po odczytaniu wierszy i kawałków powieści, w szale destrukcji darli książki, okładali nim prowadzącego po głowę i rzucali się w publiczność? To byłoby coś estetycznie i ekscentrycznie doniosłego. O paleniu książek nie mówię – te akty są ideologiczne i pretensjonalnie wystudiowane.

No, ale do tego jeszcze kolejny problem na wstępie: grać kostką czy palcami. Kwestia nierozstrzygalna. Grać kostką to wiocha i obciach, za to palcami nie uzyska się tego brzmienia, jak choćby w „Come as you are” w wykonaniu Krista Novoselica.

Różnica kolejna: rodzaje stylów i technik. Zdążyłem się zorientować, iż w Polsce obowiązują dwie podstawowe szkoły grania na basie: pierwsza – typowo punkowe szarpanie, druga – klang, której niedościgłym mistrzem jest Krzysztof Ścierański. I w tym kontekście literatura zdała się mi skarbnicą pełną nieobjętego bogactwa. Bo literatura cierpliwa jest, wszystko zniesie, wszystko przetrzyma – od formy banalistycznej po klasycystyczną, od barbarzyńskiej, naturalistycznej, po postmodernistyczną, na parnasistowskiej skończywszy. Mieszanina stylów i technik świadczy o jej wysokiej jakości, nie to, co dualizm: klang lub szarpanie basu.

Tyle o sprawach czysto technicznych. Różnice poważniejsze widać w kwestiach, rzekłbym, światopoglądowych. Okazuje się, a tę pewność zyskałem po kilku rozmowach z rodzimymi, olsztyńskimi gitarzystami, że świat rocka jest z gruntu przeniknięty konserwatywną aksjologią. Pełen patriarchat, z tendencjami do skrajnego maczyzmu. To miały przecież na myśli działaczki Północnoamerykańskiego Ruchu Wyzwolenia Kobiet w latach 70, gdy negowały czystość idei wolnej miłości. Wielokrotnie pisała o tym Tobi Vail, twórczymi ruchu Riot Grrrl, stwierdzając, że punk rock jeszcze w latach 90 był nurtem „białych, naładowanych testosteronem samców”. Do dzisiaj niewiele się zmieniło. A i w dominującym obecnie rapie rolę kluczową i nadrzędną rolę odkrywają mężczyźni. Showbiznes to granie na atawizmach. Obecność kobiety jest zinstrumentalizowana. W rockowym światku sprowadzona się ją do kilku prostych ról: chórku lub gruppie pod sceną, czasami – wokalu. Gdybym coś analogicznego chciał wieścić w środowisku literackim, zostałbym nazwany katolską konserwą lub archaicznym burakiem. Wystarczy wspomnieć o ośmieszeniu kategorii „dupy”, jakiego dokonała Izabela Filipiak, o fabułach Gretkowskiej, Goerke, Dunin czy wspomnianej już Tokarczuk. Myślę, że literaci (zwłaszcza męska część) są w tym względzie mocniej wyedukowani i dzieło feminizmu, pluralizmu dyskursów, genderyzmu rozwinęło się w fabułach o wiele bardziej. Chcę wierzyć, że nie jest to wyłącznie sprawa politycznej poprawności.

Ale jest jedna podstawowa cecha wspólna, która łączy bas z konkretnym rodzajem literackim, to znaczy – z prozą. Otóż bas tworzy nastrój, wyznacza rytm, buduje klimat, jest w swym działaniu empatyczny wobec pozostałych instrumentów, łączy współbrzmienia gitary prowadzącej i bębnów. Do tego, jak wyznał mi pewien basista z wieloletnim stażem, aby grać na gitarze basowej, trzeba być dorosłym chłopcem. Dla narcystycznych młokosów są wiosła solowe.

Identycznie jest z prozą. Tę prawdziwą, dogłębną zaczynają zazwyczaj pisać chłopcy i dziewczęta w okolicach czterdziestki. A i wewnątrz samego gatunku liczy się przede wszystkim narracyjne współodczuwanie rzeczywistości, owa empatia wobec innych żywotów, składających się na wielowątkowe losy bohaterów. Proza to klimat rzeczywistości uchwycony w trakcie stwarzania, to wsłuchanie się w powieściowy rytm – pojemniejszy niż pojedyncza narracja lub monolog głównego bohatera.

Obecnie umieściłem anons w gazecie: „Początkujący basista poszukuje kapeli. Oprócz siebie oferuje garaż”. Wszak punk rock jest grą zespołową, do jednej bramki. Zupełnie inaczej niż literatura. W niej każdy sam atakuje (często samego siebie), sam broni się (nierzadko przed samym sobą).

I obmyśla kontratak…