ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (123) / 2009

Aleksandra Skiba,

AUREOLA NA BATERIE, CZYLI ŹRÓDŁA KOMIZMU WE WSPÓŁCZESNYM TEATRZE

A A A
II Katowicki Karnawał Komedii zakończony! Premiera spektaklu „Trzy po trzy” w reżyserii Rudolfa Zioły sprawiła, że wyrażenie „boki zrywać” długo nie miało swojego uzasadnienia. Na szczęście festiwal został uratowany przez odwieczną słabostkę ludzkości –
czyli skłonność do zbiorowych reakcji – w myśl której widownia śmiała się z samej potrzeby śmiania się. Mimo, iż, jak na złość, długo nie było się z czego śmiać. Jeśli już było, to ludzie co najwyżej uśmiechali się, a nie śmiali. A to różnica zasadnicza.

Nic dziwnego, że widzowie mieli problem z wypełnieniem ankiety po spektaklu, w której mieli ocenić: „poziom swojego rozbawienia”. Argumentem przemawiającym za udzieleniem (jakiejkolwiek) odpowiedzi była na pewno wizja wygranej, którą stanowił mercedes… na weekend. Zastanówmy się jednak nad tym, jak rozpoznać stężenie komizmu w organizmie? Rozbiegany wzrok, przyspieszone tętno, nadmierne pocenie się? Socjologia teatru dzisiaj już nie wystarcza. Dlatego warto byłoby stworzyć nową dziedzinę teatrologii, a mianowicie: medycynę teatru, naukę podejmującą fizjologiczne aspekty odbioru dzieła sztuki.

Najwięcej śmiechu i uśmiechów w trakcie Karnawału wywołała Matka Boska Częstochowska w wykonaniu Aliny Chechelskiej we wspomnianym spektaklu „Trzy po trzy”. Co ciekawe, aktorkę Teatru Śląskiego mogliśmy wcześniej oglądać w spektaklu „Mateczka” (reż. Andrzej Majczak), gdzie występuje w roli Matki Przełożonej. Zatem konotacji religijno-teatralnych ciąg dalszy. W „Trzy po trzy” Chechelska awansuję na Matkę Boską! Za kulisami dało się nawet słyszeć okrzyk typu: „Chechelska znów wymiata!”, co, jak sądzę, dosyć wiernie oddaje nastrój nowej premiery. Szczególne rozbawienie wywołała aureola na baterie Chechelskiej – wyposażona w świecące lampki. Można powiedzieć, że to naprawdę kultowa postać. Mowa oczywiście o Chechelskiej Chociaż Matka Boska też ma swoich zwolenników, ale to już w innych kręgach. Najlepszym tego dowodem były reakcje kilkorga widzów, wskazujące na ewidentne oburzenie rzekomym szarganiem świętości przez teatr. Według nieoficjalnych danych, z premiery wyszły 4 osoby (2 z parteru i 2 z II balkonu). Statystyka ta nie oddaje jednak faktycznych reakcji publiczności. Dużo trudniej przecież wydostać się z miejsc środkowych, a tym samym wyjść trzaskając drzwiami.

Chwyt aureoli na baterie pojawiał się już w teatrze. Może nawet zaczniemy mówić o bogatych tradycjach tegoż rekwizytu, a w przyszłości powstanie szereg opracowań z zakresu „aureologii” stosowanej? Właściwie czemu nie? Skoro na scenie teatralnej karierę zrobił telefon, a także dżinsy, to czemu nie aureola na baterie? Przykładem powtarzalności tego motywu może być spektakl „Bóg Niżyński” (reż. Piotr Tomaszuk), gdzie niejaki Car Mikołaj (w tej roli Rafał Gąsowski) paradował w quasi-ramce z lampkami. Zawsze można westchnąć z zadumą i powiedzieć: „tak, teatr w teatrze” albo: „no cóż, programowa sztuczność”. A może to tylko awaryjne zasilanie komedii? Mając w pamięci wcześniejsze dokonania scenografa, Roberta Rumasa, jak chociażby figury Matki Boskiej i Chrystusa zatapiane w akwariach, należało spodziewać się, że artysta utopi Chechelską w jednym z takich zbiorników. Nic takiego się nie stało. Trudno powiedzieć, czy z korzyścią dla spektaklu. Może właśnie widok aktorki pływającej w przeszklonym akwarium, albo chociaż w małym nadmuchiwanym baseniku rozśmieszyłby widzów do rozpuku?

Inny rodzaj komizmu prezentowała odwieczna „walka o stołki” (czytaj: dostawki). W tym roku organizatorzy wyszli naprzeciw oczekiwaniom widzów i… upychali ich na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Trzeba to docenić, bowiem wcześniej nie było nawet takiej możliwości. Nadal jednak utrzymuje się hierarchizacja i podział widzów na: tych z zaproszeniami oraz tych z krzesełkiem składanym. I pomyśleć, że dawniej w teatrze odbywały się walki pomiędzy klasykami a romantykami. Dzisiaj te same napięcia przekładają się na walkę pomiędzy tzw. VIP-ami a miernotą, której bezczelność osiąga swe apogeum w bezpardonowej próbie wtargnięcia do teatru. Tak więc, drodzy widzowie: krzesło w dłoń i do teatru! „Opcje” są dwie (jak to na Śląsku). Można – jak wędkarze – zabrać małe, składane krzesełka, albo składane krzesła drewniane. Nie ma się czego wstydzić. Tadeusz Kantor też lubił składane krzesełka. Stwórzmy zatem własną Maszynę Aneantyzacyjną… na widowni!

Co nas śmieszy? Cóż, może ponowię to pytanie w stylu programów telewizyjnych: co jest dzisiaj śmiechu warte? Kozły, fikołki, oberki i inne wywrotki, a może małe czołgi-zabawki na baterie, które mogliśmy zobaczyć chociażby w „Trzy po trzy”? A może śmiech intelektualny graniczący z zadumą, przy akompaniamencie dobrej muzyki, jak w przypadku „Franka V” „z Krakowa” (reż. Krzysztof Babicki)? Nie. Na pewno nie na festiwalu „dla ludu”. No właśnie, czy nie za bardzo podkreśla się na każdym kroku ową „ludowość” Katowickiego Karnawału? Czy ktokolwiek zastanowił się, jak to będzie wyglądać za jakiś czas? Np. 25-lecie Festiwalu Ludowego w Katowicach!? Czy organizatorzy zaczną produkować pamiątkowe monety, medale i puchary? A może powrócą słynne czerwone goździki i małe popiersia równie małych przywódców? Czas pokaże.

„Trzy po trzy” zapowiadało się nieźle. Polecam zwłaszcza pierwsze 7 minut spektaklu, kiedy to na scenę „zjeżdża” z góry malowana dekoracja. Wreszcie jakiś miły powrót do konwencji! – pomyślałam. Obraz, a właściwie panorama, którą mogliśmy zobaczyć to nie żadne tam płótno batalistyczne. Raczej zwykły pejzaż słowiański z chmurami (taki William Turner dla ubogich). A na tle obrazu poustawiani aktorzy w najróżniejszych pozycjach. Niektórych nawet przybito do tegoż płótna. Jakże obrazowe i dosłowne okazały się związki teatru i malarstwa… Po 10 minutach można spokojnie opuścić widownię. Głównie dlatego, że aktorzy zaczynają brykać… na krzesłach. O ile na początku jest to nawet ciekawe i zabawne, o tyle później staje się nużące. Ktoś może pomyśleć: i znowu te krzesła! Tak, aktorzy Teatru Śląskiego kolejny raz podbijają scenę krzesłami! Wcześniej były to m.in. plastikowe krzesła w spektaklu „Wesele”, który reżyserował także Rudolf Zioło. Dziwna jest ta „ukrzesłowiona” obsesja reżysera. Eugene Ionesco z pewnością byłby zachwycony. A publiczność katowicka? No właśnie, żeby tylko nie skończyło się tak jak w „Krzesłach” Ionesco. Chociaż, jak wynika z dramatu, przy pustej publiczności, też można odgrywać teatr…

Zamiast pukać się w głowę, śmiejmy się zatem „do rozpuku”. Bo śmiech to zdrowie. Ale pamiętajmy przy tym, że gdzie dwóch się śmieje, tam trzeci rechocze. W końcu nie bez powodu wiele osób zastanawia się, czy ów Karnawał to nie przypadkiem próba walki ze stereotypem czy nawet z mitem Katowic jako teatralnej prowincji? Ale nie ma się o co obrażać. Jak mówi znane przysłowie: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. A więc zapraszamy za rok. Tam, gdzie zawsze, czyli do Teatru Śląskiego i Teatru Korez. Będą chichy i śmiechy od ucha do ucha albo w przeciwną stronę, jak kto woli.

Co do projektu plakatu promującego trzecią edycję sądzę, że nie należy ograniczać się do przedstawicieli zawodów typu: górnik czy pielęgniarka. Dlatego proponuję wizerunek konia. Tu nie ma wielkiej filozofii komizmu. Po prostu: koń, jaki jest każdy widzi. Zawsze przecież można potraktować go na sposób à la Rene Magritte i umieścić pod wizerunkiem konia napis: to nie jest koń. Złośliwi, owszem, mogliby powiedzieć: koń by się uśmiał z takiego karnawału! Ale my Ślązacy nie gęsi i swój język mamy. Pozostaje zatem zdecydować, czy ów koń miałby w jakiś sposób przypominać „Naszą Szkapę”, czy raczej warto odwołać się tutaj do lokalnych obiektów i wskazać na słynny pomnik słynnego Człowieka na Kasztance, która – jak się okazało – wcale kasztanką nie jest, bo… rzeźbiarz był z Chorwacji i nie znał – tak istotnych dla nas – szczegółów historii polskiej. W celu sprawiedliwego głosowania proponuję plebiscyt. Na Śląsku to się zawsze sprawdza….