Wydanie bieżące

15 marca 6 (126) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

ŚMIERĆ PISARZA

A A A
Felieton
Dawno nie pokusiłem się o tak bombastyczny, patetyczny tytuł, masochistycznie używając wielkiej litery… „Śmierć Pisarza”… Aż ciarki przechodzą i zdjęty eschatologicznym dreszczem człowiek powinien być przeświadczony, że wydarzyło się coś, co zmieni ogląd i bieg świata, że powstała duchowa wyrwa w dotychczasowym porządku, a życie stanęło na moment w poczuciu nieodwołalnej straty. Śmierć pisarza lub – co gorsza – poety, jest zawsze skandalem wyższej racji, innym niż śmierci codzienne zwykłych zjadaczy chleba, niż pospolite agonie fauny i flory wpisane w kolisty ruch materii. Oczywiście, piszę o tym z wnętrza literatury jako jej obserwator, czasami uczestnik, współtwórca, grzesząc chciejstwem, żeby tak właśnie było. I jestem świadomy, że ów grzech chciejstwa to pochodna naiwnej, a czasem wmawianej sobie z coraz większą obłudą, wiary w „życiopisanie” i żywotność romantycznego paradygmatu kultury, czyniącego ex definitione śmierć twórcy czymś wyjątkowym i odróżnialnym. Jestem, niestety, nie mniej świadomy, że „na zewnątrz” literatury, w realiach popkulturowego ładu, śmierci pisarzy i poetów pisane są z małej litery, nie wywołują dramatycznych łez ani żałobnej trwogi. W ich miejsce pojawia się wzruszenie ramion.

Moją refleksję na ten temat wywołały felieton Jakuba Żulczyka „Legenda, której nie było” o Mirosławie Nahaczu, zamieszczony przed paroma tygodniami w „Dzienniku”, oraz polemiczna odpowiedź Jarosława Klejnockiego, której autor dał wyraz na swojej stronie internetowej. Oba teksty dotykają problemu braku literackiej legendy w społeczeństwie nastawionym na hiperboliczną afirmację przeciętności, a w krańcowych przypadkach – debilizmu. Dzisiejszy świat nie potrzebuje legend, nie tylko literackich – żadnych, a tym bardziej budowanych na „kaskaderstwie”, na straceńczym szafowaniu własną egzystencją, przekraczającym ostateczne granice. Tak jak legendy Kurta Cobaina czy Iana Curtisa przykrył puder samozwańczych i egzaltowanych gwiazdek, tak Wojaczka, Bursę, Stachurę, Bruno-Milczewskiego zastępują uśmiechnięci i zadomowieni w popkulturowym pijarze autorzy lekkostrawnych bestsellerów.

Ale nie o tym chciałem. Teksty Żulczyka i Klejnockiego sprowokowały mnie do namysłu nad całkowicie odmiennym przejawem śmierci pisarza. Tym niezauważalnym, nieuchwytnym, pozbawionym spektakularnych gestów, gdy w pisarzu „umiera” pisarz, ale człowiek, ten człowiek z krwi i kości, żyje nadal, z pełną świadomością, że nosi w sobie pisarskiego trupa. To chyba równie dramatyczny, jeśli nie bardziej, rodzaj doświadczenia śmierci. Abstrahuję od casusu Rimbauda i jemu podobnych, choć i on musiał nieraz opłakać pogrzeb, jaki wyprawił twórcy „Sezonu w piekle”. Myślę raczej o pisarzach, którzy pragnęli, by pisarz żył w nich jak najdłużej, a ostał się „jedynie” człowiek (wiem, owo „jedynie” urąga elementarnym zasadom humanizmu i trąci jakąś upiornie hierarchiczną eugeniką). Nazwisk nie podam, nic z tych rzeczy. Ciszej nad tymi zapomnianymi trumnami. Po pierwsze dlatego, że byłoby to wbrew intencjom mojego tekstu. Po drugie: uważam za niestosowne, aby ktoś dowiedział się (niechybnie ze zdziwieniem) o swojej śmierci ze stron „artPapieru”. Po trzecie wreszcie: w istocie o niczym innym nie piszę, tylko o swoich lękach, o własnym nieboszczyku, który być może zaczyna już we mnie wionąć funeralnym światem.

Przeglądając ostatnio antologię Nowych Roczników „Poeta jest jak dziecko”, odniosłem wrażenie, że poruszam się po cmentarzysku nazwisk twórców, poetów, którzy – z nielicznymi wyjątkami (wystarczyło palców jednej ręki) – przestali pisać, ergo przestali istnieć. Odeszli po cichu, niepostrzeżenie, bez żadnej, najkrótszej nawet, inskrypcji. Podobne zjawisko „umieralności” widoczne jest we wszystkich antologiach, a zwłaszcza w tych o generacyjnych inklinacjach. Ilu autorów z antologii „Macie swoich poetów” ostało się do dzisiaj? Ilu prezentowanych w „Tekstyliach” twórców uczestniczy nadal w literackim życiu? Antologie są żałobną księgą, zapisem nieobecności odczytywanym post factum.

I nie chodzi mi tutaj o banalną konstatację, czynioną z pozycji historii literatury, że z dwudziestu piszących pozostanie ledwie trzech, czterech. Zastanawia mnie indywidualny, psychologiczny proces powolnej śmieci twórcy w człowieku. Dariusz Nowacki porównał ów proces do wygaszania pieca hutniczego – śmierć dokonuje się powoli, czasem agonia trwa miesiącami, a nawet latami. Owszem, można podejmować mniej lub bardziej rozpaczliwe próby podtrzymania „twórczego” życia, można „znieczulać się” na różne sposoby: karierą w odległej od pisania branży, zarabianiem kasy, bezrefleksyjnym krzątactwem, jakie ofiarowuje mozół codzienności i „żyćko”, ale nieodwracalność „wyziębienia” jest faktem.

Gdyby taka śmierć była czysto wewnętrznym, intymnym doświadczeniem, uznałbym ją za wyższą formę transcendentnego przeznaczenia, którą należy przyjąć godnie i z pokorą zrozumieć. Jednak coraz częściej „uśmiercenie” przychodzi z zewnątrz, jest konsekwencją socjoliterackich mechanizmów oraz kultury nastawionej na nowość i błyskawiczne zużywanie tejże nowości. Banalny przykład: jeśli autor nie wydaje książek przynajmniej raz na dwa, trzy lata, zmienia się w trupa. A jeśli opublikuje dopiero po czterech, czy pięciu, to albo zostaje wrzucony w schemat powtórnego debiutu, albo też wręcz mówi się o jego cudownym zmartwychwstaniu. Przypadek Myśliwskiego stanowi chyba wyjątek potwierdzający regułę. Cywilizacyjna akceleracja, opisana przez Hannę Arendt, nie dotyczy wyłącznie społecznej, pokoleniowej wymiany, ona równie gwałtownie zagarnia zjawiska literackie. Agresywny kult nowości i wciąż przyśpieszający rytm kultury są niejednokrotnie główną przyczyną śmierci pisarza. Skutkuje to dość kuriozalną i groteskową sytuacją: autorze, udowadniaj najczęściej, jak tylko się da, że jesteś, że żyjesz – nawet, jeśli nic sensownego nie masz do powiedzenia, bo tu nie o sens chodzi, lecz o „obecność”, o budowanie własnej reprezentacji. Z tej perspektywy patrząc, pisarzowi zagraża podwójne uśmiercenie. Jedno wynika z naturalnej atrofii twórczej potencji lub – jak kto woli – rozwodu z Weną, drugie wiąże się z niedostatecznym przyswojeniem reguł kultury, w której przyszło mu żyć. Zagrożenia te są rozłączne, jedno nie jest tożsame z drugim.

Lapidarnie reasumując: kto pisze, jako piszący może w każdej chwili umrzeć. I nie jest pewne, czy kiedykolwiek odbędzie się pogrzeb. Szczęśliwi ci, do których dwie śmierci – twórcza i ludzka – przychodzą razem, w jednym momencie. Myślę jednak, że opisanie literatury przez pryzmat cichych zgonów pisarzy, tych milknących niepostrzeżenie, z jakimś smutnym rodzajem dyskrecji, głosów, mogłoby powiedzieć o dzisiejszej kulturze równie dużo, co jej najgłośniejsze dzieła. Historia literatury jest wyłącznie historią Parnasu. To nic, że negocjowanego, problematycznego, ale historią Parnasu. A gdyby tak spojrzeć na literaturę poprzez twórców, którzy ją opuścili po angielsku?