ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (126) / 2009

Marta Lisok,

SZYBKI, WŚCIEKŁY I MŁODSZY NIŻ JEZUS

A A A
Realizacje Wojtka Bąkowskiego zostaną pokazane wśród prac ponad 50 artystów zaproszonych na organizowaną przez nowojorskie New Museum wystawę „Younger than Jesus”. Artysta należy do grupy młodych poznańskich twórców nazwanej przez kuratora Michała Lasotę, penerstwem. Słowo wywodzące się z tamtejszego slangu oznacza, jak pisze jeden z członków grupy, Piotr Bosacki: specyficzny rodzaj syfiarstwa obyczajowego, który w sposób naturalny powstał i zagnieździł się tkance miejskiej. Grupa, nie działa kolektywnie, zrzesza artystów o podobnym podejściu, ogniskując energię posuniętą aż do barbarzyństwa, obfitość form wyszperanych na wysypisku. Jak mówi Bąkowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Jestem w duszy punkowcem i pociąga mnie destrukcja. Lubię wszelkiego rodzaju rozpad, kupuję tony sprzętu używanego, który jest obdotykany paluchami, wyślizgany. Lubię zużycie”.

Jego pierwsza indywidualna wystawa mająca miejsce w warszawskiej galerii Leto nosiła prowokacyjny i symptomatyczny dla jego prac, tytuł: „Idziesz ze mną? Gdzie? W dupę ciemną!”. Zaprezentowano tam między innymi przedstawiający banalne sytuacje cykl pt. „Mam jeszcze tu nieposklejane całe wszystko” wykonany niebieskim długopisem na taśmie filmowej. Artysta powiększa drobne sytuacje, których jest świadkiem. Rozciąga je do momentu, w którym tracą wewnętrzna spójność i równowagę, stają się nienaturalnie wyolbrzymione. Jest zanurzony w odtwarzanych przez siebie historiach, opisuje miasto z perspektywy nabuzowanego chuligana. Umożliwia śledzenie niepewnie prowadzonych, rozedrganych linii widzianych jakby pod mikroskopem, szczegółów zaczerpniętych z dłuższej historii, w której świat rozpada się na kawałki, nie dając się skleić w sensowną całość. Gdzie tytułowe nieposklejanie jawi się jako stan permanentny. Rysunki pełne zakłóceń, zacieków i bazgrołów rozlewają się i zagęszczają na krawędziach.

Realizacje filmowe Bąkowskiego ogląda się wewnątrz wygłuszonego kubika – nory, kontenera, pułapki, w której jest duszno i ciemno. Artysta funduje odbiorcom zejście do wizualno-dźwiękowego podziemia, gdzie wyłapał podskórne nagromadzenia agresji. Jego non – camerowe filmy taplające się w konkrecie, rzeczywistość śmieci i brudu wdzierają się w terytorium widza, wciągając go w podwórkowe opowieści. Wlewają się do ucha jak stłumiony szept, rodzący się w niebezpiecznej bliskości, przekraczający granice dobrego smaku i strefę dystansu.

W cyklu „Filmów mówionych”, taśma, na której Bąkowski niedbale rysuje, przypomina odcieniem siną skórę. Ten groźny chłopiec wykonuje swoje tatuaże długopisem. Wypuszcza w kierunku widza zmasowany atak: ciąg przerażających historii osadzonych w rytuałach blokowiska. Wypowiada je stłumionym, cichym, ale pełnym powstrzymywanej furii głosem. Jak mówi: „Kiedy leżę w łóżku i na wpół śpiąc, zapisuję różne myśli na kartce...”. Z tego stanu pomiędzy świadomością a snem wyrasta typowa dla niego niezborność fraz. Zdania rozpadające się od środka w strumieniu świadomości to wynik penerskiej bezpośredniości: opisywania na gorąco rozgrywających się na jego oczach zdarzeń. Artysta oddycha głośno, dyszy, przełyka ślinę. Głos zacina się, powtarza słowa, które więzną w gardle, nie chcą być wymawiane. Są wyrzucane ze złością. Wykorzystywany przez niego sposób mówienia charakterystyczny dla naturszczyków, zostaje karykaturalnie przerysowany. Bąkowski poza wszelkimi regułami składni bardzo powoli opowiada pozbawioną morału i punktu kulminacyjnego bajkę. Mówi rozwlekle jakby był odurzony, na granicy mdłości albo załamania nerwowego. Cedzi słowa jak klątwy albo zaklęcia. Przerywa pogardliwie w momentach najmniej odpowiednich dla logicznej intonacji.
„Podobno jest że sen ma parę sekund/ tam oczy się to rusza i masz sceny/tygodnie całe/z tyłu głowy/ lepiej uważać na tył głowy/na wojnie tam strzelali komuś/
No ile trwa wypalenie płyty? / w porównaniu z filmem co jest na niej/ ci wyłączą prąd/ i koniec/ i masz zepsut”.

Odkładające się w świadomości „brudne” obrazki z filmów Bąkowskiego: powolne nurzanie się w ściekach, odpadach, przekleństwach, jego wycieczki w odchłanie wstrętu doprowadzają do granic wytrzymałości. Błąkanie się po blokowiskach wpisane jest w rytmiczność jego oddechu. Halucynacje i odurzenie towarzyszą opowiadaniu o pomijanych szczegółach bez jakiejkolwiek hierarchii ważności. Obrazki zlewają się ze sobą, każdy jest równie ważny. Zahiponotyzowny odbiorca nie może oderwać wzroku od obscenicznych szeptów i obrazów, pornograficznych ujęć, rozumianych jako pokazywanie tego, co zwykle wstydliwie ukrywane, przemilczane.
Widz, śledzący kolejnych kadrów „Filmu mówionego I”, może mieć wrażenie, że wpadł w potrzask – w epicentrum horroru doświadczanego przez narratora. Jak mantra powtarza się scena, w której chłopak zjada łapczywie kebab, z którego kapie na chodnik strumień brązowej śliny albo tłuszczu. Do kałuży mazi zlatują się natychmiast żarłoczne ptaki. „Duży Marcin, ładnie je, brązowe mięso”. Powie narrator, zacinając się jakby ze wstydu.

Jego wizje są apokaliptyczne: brzydko pachnie, pojawiają się różnego rodzaju protezy: kule i wózki inwalidzkie, przemoc, wulgarność, zapychające się odpadami z obiadu, rury, dymy wypełniające kominy, walące się bloki, rzeki błota i szlamu jak powódź porywające wszystko. Ciało w jego animacjach jest pokawałkowane, ujęte fragmentarycznie: widać stopy w butach, same twarze, kolana, albo ręce. Na jednym z rysunków policja albo zabójcy strzelają do śpiącego przez ścianę domu, która daje się bez trudu przenikać, bynajmniej nie chroniąc przed kulami. W „Kundelku ujadaj perełko rób piekło” z rury wydechowej autobusu wydobywają się kłęby dymu układające się w kształt przypominający złowieszczy pysk psa – diabła, górującego nad miastem. W tym piekielnym świecie rysowanym i opowiadanym przez Bąkowskiego, jak pisał Charles Bukowski „Czasami po prostu musisz nasikać do zlewu”.
„Inne bajki”, 8 stycznia – 30 marca 2009, Fundacja No Local, Pawilon Wyspiański 2000, Kraków.