ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
190.
Kupuję gazetę w kiosku przy ulicy Żwirki i Wigury. Nieopodal, na chodniku, stoją trzy omy. Gawędzą.
Kto to? – pyta jedna i wskazuje dłonią na przybitą do pnia drzewa rosnącego po drugiej stronie jezdni klepsydrę.
Jakiś z trzydziestolecia – odpowiada druga.
Stary?
Młody. Sześćdziesiąt jeden.
Czytałam. Nie powinien tutaj wisieć. Takie coś tutaj nie mieszkało – zamyka sprawę trzecia.

191.
Poproszę rosół, kotlet schabowy, ziemniaki, zestaw surówek.
Nie ma ziemniaków, są frytki, talarki i obsmażone ćwiartki.
Nie. W takim razie rosół i placek po węgiersku.
Proszę bardzo.
[Mikołów, Pirania]

192.
Dlaczego na łyso?
Za ciepło. Wiosna.

193.
[...] A! Przedwczoraj jechałem z pracy autobusem. Czytałem „Gazetę”. Przysiadł się daleki znajomy.
Gdzie jedziesz?
Z pracy.
Gdzie pracujesz? – zapytał.
Tu – pokazałem egzemplarz „Gazety”.

Czterdzieści minut gadania o polityce. I na koniec daleki znajomy pyta:
Ale na którym skrzyżowaniu sprzedajesz te gazety? [...]
[fragment listu od Marcina Be (28.03.2009), który pracuje w tyskiej redakcji „Gazety Wyborczej”]



194.
GÓWNO NA DUBEL
Adam, do jednej ze scen swojego filmu opartego na prozie Becketta, potrzebował krowią kupę, na której Siwy grający główną rolę miał wydrapać palcem pewne słowo. To pojechał do gospodarstwa rolnego. Przyjęła go kobieta.
Dzień dobry pani. Potrzebuję krowią kupę.
Proszę bardzo. Dzień dobry. Mam. Są. Niech pan sobie wybierze.

Adam wrócił na plan z dorodną krowia kupą. Zostawił ją skrzętnie zapakowaną w starej, rozpadającej się szopie, w której mieli nakręcić scenę. Następnego dnia, na planie, pojawił się kłopot. Ot, kupa wyschła i stwardniała. Kruszyła się i rozpadała. Siwy nie mógł wyryć na niej słowa. To Adam ponownie odwiedził rolniczkę.
Dzień dobry. Potrzebuję jeszcze jedną kupę. Tamta była niedobra.
Proszę bardzo. A do czego jest potrzebna?
Musimy na niej coś napisać.
Trzeba było od razu mówić. Na starych kupach źle się pisze. Musi być świeża i miękka.

Scena wyszła znakomicie. Siwy bez problemu misternie wyrył palcem potrzebne słowo. A potem go oblizał. Palec. Tak nakazywał scenariusz. I Beckett.

195.
BAR „WIDELEC” POLECA KIEŁBASKI SMAŻONE NA OCZACH KLIENTA
[Kraków (prezent od dziennikarki „Gazety Wyborczej”), 7.04.2009]

196.
Siedzieliśmy w Zwisie. Irek zamówił gin z lodem, wodą i cytryną. Dzióbnął plastikową rurką w plasterek, rozejrzał się i zapytał:
Co zrobić z cytryną?
Wrzuć do mojego piwa – zażartowałem.

Rozmawialiśmy. Kiedy sięgnąłem po swoją szklankę, z przerażeniem dostrzegłem pływający w piwie plasterek cytryny.

Kilka godzin później siedziałem w patio Lokatora i rozmawiałem z pewną dziennikarką. Znaczy ona ze mną rozmawiała. W pewnej chwili powiedziała:
Przepraszam pana, muszę kupić coś do picia.

Poszła do baru. Wróciła po kilku minutach. Postawiła na stole oszronioną szklanicę piwa. Zauważyłem pływający w nim plasterek cytryny.

197.
Dziewczyna:

Cześć.
Chłopak:
Cześć. Ładnie pachniesz. Masz gumę?

198.
Piotrków Trybunalski. Stoję w otwartym oknie wagonu pociągu „Hutnik” relacji Warszawa – Racibórz. Palę papierosa. Na peronowej ławce siedzi staruszek. Wygląda na schludnego bezdomnego. Patrzy na mnie. Po chwili unosi prawą dłoń zaciśniętą w pięść. Oddaję gest, który tak naprawdę znaczy „trzymamy się”. Staruszek mówi: „zdrowia”. „Panu też” – odpowiadam. Pociąg rusza. Staruszek wstaje z ławki i salutuje. Ponownie oddaję gest. Trzymamy uniesione dłonie przy wyimaginowanych daszkach czapek. Aż znikamy sobie z oczu.

199.
Jak podobała ci się opera?
Fajna. Tylko żeby nie śpiewali.

200.
W warszawskich Łazienkach pawi jest jak nasrał.

201.
Dlaczego pan Bóg? Bóg! Jaki pan? Pan, to jest Kowalski.

202.
Pewien izraelski artysta namawiał nas, żebyśmy obejrzeli jego film.
Chodźcie, zobaczcie, trwa tylko siedem minut – polecał.