ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (130) / 2009

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
202.
Paprocany. Siedzimy nad wodą. Idzie pan z dużą siatką i zbiera butelki.
Mamy puszki – mówię.
Nie. Dziękuję – odpowiada.
Tylko szkło?
Tak. Aluminium jest dla naiwnych.

203.
Kurcze, zgubiłam gumkę.
Nie miałaś gumki.
Miałam!
Nie zauważyłem dzisiaj gumki na twoim ciele.

204.
M. spotyka bardzo eleganckiego znajomego. Garnitur, koszula, krawat, włosy – takie tam.
Gdzie się wybierasz? – pyta zdziwiony.
Najpierw do teatru, a później na mecz.
Kto gra?
Globisz i Segda.

205.
BAJKA
Chłopak poznaje w mieście dziewczynę. Nawiązują romans. Pojawia się miłość. Planują wspólną przyszłość. Dziewczyna pochodzi z wioski oddalonej od miasta o kilkadziesiąt kilometrów. Po pewnym czasie wszystkie weekendy spędzają w jej rodzinnym domu. Rodzice dziewczyny akceptują chłopaka. Popierają ich związek i plany. Jesienią dziewczyna zapada na nieuleczalną chorobę. Choruje rok. Umiera. Po pogrzebie jej ojciec zaprasza chłopaka na kilka dni. Drugiej nocy zabija go siekierą.

206.
WaFa pyta barmankę:
Masz chłopaka?
Nie. Córkę.

207.
Przy pomoście Abstynenckiego Klubu Żeglarskiego „Paprocany” w Tychach są zacumowane cztery żaglówki: Alfa, Beta, Gamma i Basia.

208.
Uczeń „zerówki” dostał zadanie domowe. Miał przetłumaczyć kilka angielskich słówek. Między innymi rabbit. Zapytał tatę, dlaczego w wyrazie występuje podwójne „b”. Ojciec wytłumaczył, a syn zapisał w zeszycie – króllik.

209.
Kraków. Siedzimy w Dymie. Noc. Podchodzi znajomy. Dosiada się.
Opowiem wam dowcip.
Dawaj.
W przedziale kolejowym siedzą: gej, homoseksualista i pedał... nie, kurwa, bez sensu, zaraz, jak to było? a! wiem: Rosjanin, Polak i Niemiec... nie, nie tak, o!: Żyd, Arab i Michnik, też nie, zapomniałem.

W końcu znajomy nie opowiedział nam dowcipu.

210.
Pierwsze zdanie żony pewnego pana, który odzyskał przytomność po, dziękować Bogu, lekkim zawale serca, brzmiało:
Dlaczego nie zostawiłeś mi karty do bankomatu?

211.
Pan przychodzi z psem do kawiarni. Pies jest duży. Owczarek niemiecki. Nazywa się Grom. Siadają w ogródku, pod parasolem. Pan zamawia kawę i drożdżówkę. Po kilku minutach kelnerka podaje zamówiony napój i ciastko. Pan popija, pogryza, czyta gazetę.
Takiego gówna nawet pies nie zje – mruczy.

Ale je. W pewnej chwili odgryza kawałek drożdżówki i rzuca go pod łapy psa. Pies wącha i z wyraźnym obrzydzeniem odwraca się tyłem. Przechodząca kelnerka podnosi wzgardzony kęs. Nie wiedzieć czemu kładzie go na talerzyku, obok resztek ciastka. Pan tego nie widzi, sięga zza gazety po to, co zostało. Obserwująca scenę znad stolika obok kobieta macha ręką, żeby nie jadł. Pan nie dostrzega, albo nie rozumie gestu. Zjada z talerzyka wszystko.

212.
„ŻYWIEC”
ZAKŁADY MIĘSNE
WOJCIECH DOBIJA
[szyld w Mikołowie]