ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (130) / 2009

Roman Lewandowski, Wojciech Ćwiertniewicz,

SZTUKA JEST CZYMŚ, CZEGO SIĘ NIE WYBIERA

A A A
Z Wojciechem Ćwiertniewiczem rozmawia Roman Lewandowski.
Roman Lewandowski: „Żadnego dnia bez kreski” – to credo towarzyszy Ci od wielu lat. Równolegle prowadzisz codzienne zapiski. Czy ten reżim pracy jest wyrazem Twojej ufności w sens sztuki, czy też jest to jakiś sposób na życie? A może jest tak, że każdy z nas stara się zapomnieć w pewnych czynnościach, które ulegają w ten sposób rytualizacji, ale faktycznie wynikają one z jakichś naszych niedostatków... Często zdarza się tak, że ludzie poddają się rytmowi modlitwy lub medytacji i zapominają się w jej formie, co sprawia, że sfera znaczenia traci swą nadrzędność...

Wojciech Ćwiertniewicz: Reżim wynika chyba z faktu, że taki mam charakter. Natomiast w mojej pracy jest też coś z modlitwy, choć nie jestem specjalnie religijny. Jednak nie odmawiałbym ludziom religijnym sensu w tym, co czynią....

R.L.: Mam tu na myśli próbę wzniesienia się ponad kolokwialne rozumienie modlitwy czy medytacji...

W.Ć.: No, właśnie. To jest proces, który zaczyna się już w szkole, w młodości, a potem przez całe życie zastanawiamy się nad tym, co to jest? I od tego nie ma ucieczki....

R.L.: A więc w Twoim przypadku zarzucenie pracy na tydzień lub dłużej nie wchodzi w grę?

W.Ć.: To się może zdarzyć, ale generalnie sztuka jest czymś, czego się nie wybiera. Oczywiście, można być Rimbaudem, który pewnego dnia rzuca wszystko, ale to zwykle są sytuacje pojedyncze. Generalnie jednak myślę, że artyści są ludźmi w potrzasku, których coś złapało...

R.L.: Czy to jest rodzaj zapętlenia albo zakotwiczenia?

W.Ć.: Nie wiem, ale na pewno nie wybieramy tego...

R.L.: Co sprawiło, że Twoja twórczość malarska przebiega w dwóch – pozornie odosobnionych – wątkach? Z jednej strony kontynuujesz od lat cykl abstrakcyjnych obrazów, a z drugiej – pojawia się w Twoim malarstwie pejzaż, czy – jak ostatnio – akt? Czy to wynika z faktu, że abstrakcja pozostawiała w Tobie jakiś niedosyt, czy też Twoje motywacje są zupełnie inne? Czy traktujesz te wątki komplementarne i jako wzajemnie się uzupełniające?

W.Ć.: Nie przywiązuję zupełnie wagi do tego, że dla niektórych osób to może wydawać się oddalone i rozdzielone. Malarz ma oko. To ono rządzi malowaniem. Natomiast postać, którą maluję, kieruje myśli ku rzeczywistości. Niezależnie od tego, przecież jeśli coś nas naprawdę obchodzi, to ten drugi... Albo my sami, jako autorzy i twórcy.

R.L.: W abstrakcyjnych obrazach powtarzasz właściwie jeden geometryczny motyw, który podlega multiplikacji na monochromatycznym tle. Dlaczego są to właśnie kółka? Przecież nie chodzi tutaj o jakąś symboliczną konotację czy metafizyczny kontekst jak, powiedzmy, u Malewicza.

W.Ć.: Ludzie się różnią i artyści się różnią. Myślę, że ta różnica i to różnicowanie ma wielką wagę dla wszystkich. Natomiast jeśli ktoś odbiera jakieś obrazy jako religijne, to nie ma w tym problemu. Ale ja ich tak nie odbieram i nie jest mi to potrzebne. Po prostu dla mnie nie jest to konieczne, bo nie patrzę na sztukę przez czyjeś okulary.

R.L.: I pozostawiasz odbiorcy całkowitą swobodę interpretacyjną?

W.Ć.: Tak. Kiedy dzieło sztuki powstanie i opuści pracownię, artysta nic już nie może. A interpretacja nie należy do artysty.

R.L.: Uporczywe powtarzanie przez Ciebie motywów – np. figur geometrycznych czy też postaci – wskazuje na to, że starasz się odnaleźć coś w rodzaju kodu genetycznego znaku, ciała, postaci. Czy zatem malowanie i powtarzanie jest dla Ciebie próbą odtworzenia tego, co niewidzialne, a stale obecne?

W.Ć.: Na pewno nie ilustruję niczego bezpośrednio. Natomiast, jak to wygląda w cudzych oczach, to już zostawiam odbiorcy... To, co maluję, siedzi gdzieś we mnie głęboko i próbuję to jakoś wyciągnąć. Ale jest to potencjał, który tworzy mnóstwo możliwości odbioru i punktów widzenia.


R.L.: Niezależnie od tego, że poszukujesz – jak mi się wydaje – czegoś, co jest stałe i absolutne w znaku, figurze, interesuje Cię także sam proces widzenia i przekładania tego na znak. Czy można metaforycznie powiedzieć, że procedura, którą stosujesz, jest próbą zobaczenia nie tylko tego, co oko widzi, ale również samego oka? Pamiętam, że napisałem kiedyś, że to, co robisz stanowi metaforyczne opłakiwanie ciała (portretowanego) i oka (portretującego)...

W.Ć.: Wydaje mi się, a w każdym razie dla mnie jest najważniejsze – samo malowanie... Jestem zwykłym malarzem, a jednocześnie upieram się przy „malowaniu”, stąd ta uporczywość i codzienna praca. Natomiast potem, po namalowaniu obrazu, przychodzi czas na myśl, na refleksję...

R.L.: Jednak to jest bardzo ważne, co powiedziałeś. Bo prymat malarstwa i samego procesu malowania nie stawia Cię w kontekście przeciętnego malarza, dla którego ważniejsze od malowania jest to, co namalowane...

W.Ć.: Tak, zdecydowanie. To jest malowanie o malowaniu.

R.L.: A co decydowało o doborze modeli do aktów? Czy to były osoby, które dobierałeś według jakiegoś wizualnego albo biograficznego klucza? Bo przecież część z nich to są znane w Krakowie postacie związane ze światem sztuki, czy z kulturą w ogólności. Mimo wszystko wydaje mi się, że te prace jednak nie tworzą jakiegoś panoramicznego rysu socjologicznego, bo postacie są przecież pasywne i oderwane od kontekstu, co sugeruje, że nie jest tutaj istotny ich przejściowy status społeczny, ale najwyraźniej szukasz jakiegoś metafizycznego klucza.

W.Ć.: No właśnie. Wszystko już powiedziałeś... Co tu decyduje? Nie wiem. Impuls.

R.L.: Pamiętam, że spotkałem się gdzieś, chyba w jakimś tekście Pawła Leszkowicza, z genderową interpretacją tych postaci. Czy ten kontekst jest dla Ciebie istotny?

W.Ć.: Dla Leszkowicza jest istotny, a dla mnie – niekoniecznie... Przyznaję natomiast, że o tym w pracowni przy malowaniu nie myślę. Ale oczywiście nie mam nic przeciwko takiemu widzeniu tego problemu.

R.L.: Twojemu malarstwu, Twoim aktom, od pewnego czasu towarzyszą prace wideo. Czy można powiedzieć, że łącznie, razem, są one aktami pamięci i jednocześnie „pamiątkami”? Czy można je zestawiać z malarstwem funeralnym? Bo dla mnie, w efekcie zastosowania przez Ciebie poetyki dystansu oraz ironii, te prace są czymś w rodzaju „aktów trumiennych”. Tak naprawdę obrazy i rejestracje wideo nie portretują ludzi, ale proces widzenia, postrzegania, rejestrowania czegoś, co już uległo zmianie, co już nie istnieje w takim kształcie, w jakim to zastałeś. Wszystko ulega zmianie, a więc w istocie te prace są zapisem zapisu...

W.Ć.: Te filmy powstały przy okazji pracy z modelem. One przedłużają ten kontakt z modelem, który u mnie jest bardzo krótki. Zauważyłem natomiast, że są one ważne dla modela. Ludzie lubią być fotografowani i filmowani. Może chcą w ten sposób jakoś przedłużyć swoje istnienie? Ludzie chcą pozować i przywiązują do tego dużą wagę




R.L.: Poza malarstwem prowadzisz także zapiski w formie parapoetyckich, epifanijnych notatek. Czy one stanowią coś osobnego, jakiś osobny dyskurs, i są tylko komentarzem do twórczości malarskiej, czy też raczej dzisiaj chciałbyś traktować je ze swoim malarstwem jako jedną całość, jako jedną wypowiedź?

W.Ć.: Jest to coś osobnego i jednocześnie ma to wiele wspólnego. Malując często zastanawiam się nad malarstwem i malowaniem, natomiast te teksty to rodzaj pisanej refleksji nad tym, co robię...

R.L.: Ale w nich pojawiają się także ślady Twoich lektur...

W.Ć.: Oczywiście. Jestem namiętnym czytelnikiem poezji i te moje zapiski pojawiają się właśnie w formie, która może kojarzyć się z poezją. Ale to nie jest do końca poezja. To jest dla mnie rodzaj podobnej aktywności, jaką podejmuje na płótnie Jadwiga Sawicka czy Paweł Susid. Różnimy się, ale łączy nas to, że potrzebna jest nam także taka forma refleksji, która jest również ważna dla oka...

R.L.: Jaki jest Twój stosunek do dzisiejszego malarstwa? Czy uważasz, że czasy, w jakich żyjemy, są inspirujące dla sztuki? Bo często utożsamiasz się z modernizmem, ale właściwie to dopiero dzisiaj malarz nie ma już żadnych ograniczeń...

W.Ć.: Malarstwo ma się dobrze i jego końca na pewno nie widać. Może ja jestem na marginesie, bo modernizm, zwłaszcza taki, jaki ja uprawiam, nie cieszy się wielkim zainteresowaniem. To, robię w tej mierze, jest trochę działaniem pod prąd, ale to jednocześnie, jak mi się wydaje, nabiera nowego sensu i wzmacnia sztukę.

R.L.: Dziękuję za rozmowę.
Rozmowa została przeprowadzona podczas wystawy Wojciecha Ćwiertniewicza „Życie po życiu. Od-twarzanie i po-wtarzanie” w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku.
    Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu: Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury