ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (133) / 2009

Łukasz Iwasiński,

KRÓTKIE UDERZENIE

A A A
Nie cała rodzima młoda gitarowa scena powiela obowiązujące na brytyjskim rynku trendy. The Black Tapes należy do zespołów czerpiących przede wszystkim z amerykańskiej punkowej i post-hardcore'owej sceny. Niedawno ukazał się jego debiutancki album. Latem grupę będzie można zobaczyć na Opene'rze, w Jarocinie i na Off Festivalu. O Black Tapes opowiada wokalista formacji – Hubbs.


Łukasz Iwasiński: Przedstaw zespół i powiedz kilka słów o dotychczasowym dorobku i historii Black Tapes.

Hubbs: Jako The Black Tapes gramy dwa i pół roku, choć znamy się dłużej i graliśmy ze sobą w różnych zespołach (np. gitarzysta Bolek i basista Wojtek grają również w stonerowym Elvis Deluxe). Do tej pory udało się nam wydać kilka utworów na składankach radiowej Trójki z cyklu „Offensywa”. Mamy też na koncie niskonakładową epkę „Black City” wydaną przez naszych znajomych z kolektywu Warsaw City Rockers) oraz pełny album wydany w kwietniu bieżącego roku przez Antenę Krzyku. To ostatnie wydawnictwo jest ogólnie dostępne i może uchodzić za nasz pełnometrażowy debiut.

Ł.I.: Pełnometrażowy, ale trwa tylko 28 minut – nieczęsto spotka się dziś tak krótkie albumy. Skąd taka zwięzłość? Jesteście na tyle przekonani o intensywności i mocy muzyki, że uważacie, iż to w zupełności nasyci słuchacza, a może wręcz przeciwnie – nie chcecie go zanudzić?

Hubbs: Dosyć często spotykam płyty, które tyle trwają, ale to zależy, jakiej muzyki się słucha. Generalnie, wychodzimy z założenia, że uderzenie kogoś łopatą w głowę nie powinno trwać dwóch godzin.

Ł.I.: Słyszę u was wyraźne odwołania do amerykańskiego post-hardcore'owego garażowego rock'n'rolla w klimatach Rocket From The Crypt czy Murder City Devils, a także do skocznego punkowania z rejonów Fat Wreck. Co ty na to? Opowiedz co was ukształtowało muzycznie i co was inspiruje teraz?

Hubbs: Na pewno bliska jest nam tradycja amerykańskiego i brytyjskiego punk rocka oraz to, co wyrosło z ewolucji brzmień z końca lat 70., która nastąpiła zwłaszcza w USA - od The Stooges i The Ramones poprzez Black Flag po Fugazi i gitarową scenę alternatywną z przełomu lat 80. i 90. W pewnym momencie daliśmy się porwać także innym dźwiękom - mianowicie szwedzkiej, czy ogólnie skandynawskiej scenie punkowo-rock'n'rollowej - The Hives, T(i)NC, Regulations, Lost Patrol Band, Turbonegro, Gluecifer itd. The Black Tapes powstał z bezpośredniej inspiracji właśnie tymi zespołami.

Ł.I.: Nie sądzisz, że pomysły w stylu odegrania w punkowej manierze tandetnego popowego hitu są dość tanie (piję rzecz jasna do „Sleeping in my Car”? Chcecie trafić do fanów Avril Lavigne?

Hubbs: Wiedząc, że nasz cover może trafić do setek tysięcy fanów Avril Lavigne na całym świecie specjalnie go ukryliśmy na naszej płycie, żeby utrudnić życie pogardzanej przez nas „subkulturze" (śmiech). Tanie byłoby, gdybyśmy zrobili np. cover „Billy Jean” albo „Bad” i na tym oparli promocję płyty, co i tak odniosłoby mierny skutek, bo w naszym kraju musielibyśmy zrobić cover Dżemu albo „Chryzantem złocistych”, żeby złapać za serce polskiego odbiorcę (niestety i tego najmłodszego).

Ł.I.: Współczesna scena indie coraz badziej się utanecznia, rozmywają się granice między rockiem a muzyką klubową . Chyba niezbyt przychylnie na to patrzycie. Nie lubicie potańczyć?

Hubbs: Chyba po prostu powątpiewamy w taneczność tzw. muzyki klubowej. Zatrważające jest to, że w naszym kraju każdy dobrze zapowiadający się klub musi wcześniej czy później skończyć na łupance, którą nie pogardzi byle dres. Jaki kraj taki klabing.

Ł.I.: Jak na realia naszego niezależnego rynku i staż Black Tapes udało wam się sporo osiągnąć. Wszyscy chwalą koncerty, macie płytę, która zbiera co najmniej przyzwoite recenzje w branżowej prasie, zagracie na najważniejszych krajowych letnich festiwalach: Openerze, Jarocinie i Off Festivalu. Czujesz, że odnieśliście sukces? Zaskoczyło was to?

Hubbs: Nie sądzę, żebyśmy rozpatrywali cokolwiek w kontekście odniesienia sukcesu. Chcemy dotrzeć do największej liczby osób, zainteresować je naszą muzyką, być może muzyką gitarową w ogóle. Przy okazji chcemy się dobrze pobawić, a może przede wszystkim to.

Ł.I.: Dla znacznej części amerykanskiej punkowej i hardcore'owej sceny, na którą powołujecie się, ważny był etos – zwłaszcza w przypadku pełnego pozytywistycznych ideałów (przynajmniej u swego zarania) ruchu straigth edge. Czy zaangażowanie polityczne i ideologiczne jest dla was ważne w muzyce? W swojej twórczości raczej od niego stronicie; jak sam mówisz, jej napędem jest przede wszystkim dobra zabawa.

Hubbs: Niektóre nasze teksty także dotyczą kwestii, powiedziałbym, społeczno-politycznych. Weźmy na przykład „What Goes Around”, „1984” albo nasz najnowszy, niepublikowany jeszcze kawałek „Chicago Boys”. Także nie powiedziałbym, że stronimy od poważniejszych tekstów. Po prostu nie zawsze czuję potrzebę wypowiedzenia się na jakiś temat społeczny czy polityczny. Oczywiście wszyscy wywodzimy się ze sceny punkowej i hardcore'owej, gdzie pewien rodzaj zaangażowania był (bo nie wiem czy jeszcze jest) czymś naturalnym, ale z biegiem czasu okazało się, że równie ważne są dla mnie te wieczory, gdy gramy koncerty, wyjeżdżamy na jakąś trasę albo po prostu idziemy gdzieś się pobawić. Również o tym, a także na przykład o mieście, w którym wszyscy teraz mieszkamy, czyli Warszawie, piszę i śpiewam w The Black Tapes. I robię to bez żadnych założeń w rodzaju unikania jakichś tematów albo skupiania się na siłę na innych.

Ł.I.: Macie chyba dobre znajomości w Skandynawii – opowiedz o nich.

Hubbs: Powiedziałbym raczej, że mamy znajomych a nie znajomości. Płytę nagraliśmy w Sztokholmie dzięki naszemu koledze Markusowi, który jest basistą szwedzkiego zespołu Nutmeg, z którym z kolei graliśmy niegdyś parę koncertów w Polsce. Markus aka Makka ma niewielkie studio w stolicy Szwecji i zaproponował nam nagranie materiału u niego. Jednocześnie nocował nas u siebie w domu i oprowadzał nocami po Sztokholmie (śmiech).

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.