Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (135-136) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

PRZED SKOKIEM DO WODY LEPIEJ SPRAWDZIĆ GRUNT

A A A
Pożytek z POP-u?
Uczestnikom redakcyjnej sondy "artPAPIERU" zadaliśmy trzy pytania, licząc, że ich ogólność pozwoli naświetlić zjawisko prozy popularnej z wielu stron, z wielu odmiennych punktów widzenia. Skupiliśmy się na następujących zagadnieniach:

1. W jakim stopniu proza popularna jest obecnie ważnym zjawiskiem artystycz- nym /społecznym /komunikacyjnym, szczególnie na tle innych dziedzin popkultury?

2. Jak kształtuje się relacja między współczesną literaturą popularną i wysokoartystyczną?

3. Jakie miejsce literatura popularna zajmuje/zajmowała w Pani/Pana doświadczeniu czytelniczym?




1. Duchem popkultury nie rządzi dzisiaj demiurg słowa, dlatego – w porównaniu z jej innymi, bardziej „widowiskowymi” dziedzinami – proza popularna znaczy pewnie tyle samo, co ogólnie pojęta literatura w ogólnie rozumianej kulturze. Mogłaby znaczyć więcej, a znaczy niedostatecznie. Myślę jednak, że wciąż pozostaje istotnym zjawiskiem społecznym i komunikacyjnym – podejmuje trud przeszczepiania struktury bajki w dzisiejszą rzeczywistość. Zaklina tę rzeczywistość, egzorcyzmuje, nadaje bardziej oswojone kształty, by na kilka chwil lekturowego doświadczenia uzyskać przejrzystość, przewidywalność świata. To trudny do zlekceważenia mechanizm, ponieważ wiele mówi o społeczeństwie, o niesłabnącym śnie księżniczek i rycerzy pod powiekami zwykłych zjadaczy chleba. Literatura popularna, pozbawiając zazwyczaj swych bohaterów rysów tragiczności, typizując ich losy, ujawnia wielką tęsknotę społeczeństwa za uporządkowanym, harmonijnym światem, gdzie nawet ból, cierpienie, samotność dają się zneutralizować, są przede wszystkim estetycznym doznaniem. I to mnie frapuje najbardziej – moc „miękkiej fabuły” pacyfikującej „grozę istnienia”. Wszak większość bohaterów popowych narracji oddaje marzenie o jedności egzystencji z kulturowym kodem.

No i jeszcze jedno: zawsze zdumiewa mnie specyficzny rodzaj relacji między autorem a czytelnikiem prozy popularnej – fundowany na niesamowitej formie zażyłości. Autor staje się współodczuwającym powiernikiem losu czytelnika, który w opowieści odnajduje siebie, swoje rozterki, dylematy, pytania. Stąd autor jest i autorytetem, i guru życiowym, i jednocześnie kumplem, kumpelą, siostrą i bratem. Przyjmuje rolę przewodnika masowej wyobraźni, psychologa od trudnych problemów, a proza popularna układa się w swoiste vademecum, poradnik życiowy o znaczeniu, jakie nadał mu Zygmunt Bauman. Na tle innych dziedzin popkultury to ewenement. Wystarczy spojrzeć na showbiznes (nawet w polskim wydaniu). Hierarchiczny, mocno zakreślony układ: gwiazda – fan, stanowi kwintesencję relacji. W literaturze pop „stosunki” między twórcą a odbiorcą są bardziej intymne, „sprywatyzowane”, rzekłbym – ludzkie.

2. W samym podziale tkwi jakiś inicjacyjny grzech stereotypu, który grozi dalszym upraszczaniem problemu. Bowiem jak definiować jedną i drugą literaturę? Ważkością tematu? Jakością językowych światów i eksploracji? Liczbą czytelników?

Świadomy grzeszności tego podziału, przyznaję, że reprezentanci wysokoartystycznych barykad miotają się między narcystycznym poczuciem wyższości a parnasistowską klątwą pisania dla wybrańców lub w hardcorowym wariancie – do szuflady. „Wysokoartystyczni” i chcieliby, i boją się poplitu. Zazdroszczą „popowcom” czytelnika, o czym świadczą ich zbolałe, pełne zazdrości reakcje na wieści o liczbie sprzedawanych egzemplarzy książek przez tych drugich. Nie umiem jednak wskazać wyrazistej, jednoznacznej korespondencji, co nie oznacza jednak, że jej nie ma. Z mojej perspektywy codzienność literacka nie buduje takich relacji, raczej tworzy zamknięte, odseparowane akwaria. Owszem, zdarzają się spektakularne próby przejścia, najczęściej w jedną stronę: z wysokoartystycznej w pop, ale to rzadkość.

Mówi się, że literatura popularna przygotowuje grunt dla literatury wysokoartystycznej. Coś leży na rzeczy. Tak jak przed skokiem do wody lepiej sprawdzić grunt, tak może przed „Ulissesem” Joyce’a, bezpieczniej jest przeczytać coś z Wiśniewskiego, by ocenić swoje zdolności recepcji, by nie połamać się intelektualnie. No, ale z drugiej strony to dość ryzykowne porównanie. Język podpowiada przecież, że czasami lepiej jest rzucić się na głęboką wodę albo jeśli już spaść, to z wysokiego konia. Nie znam czytelników, którzy po zaznajomieniu się z twórczością Katarzyny Grocholi sięgnęli po Margaret Atwood lub Erikę Jong.

3. I mleko się wylało. Kolejność tych pytań obnażyła moją ignorancję i jednocześnie dużą pewność siebie. Niewiele przeczytałem książek tzw. literatury popularnej, ale jak widać, odpowiedziałem na dwa wcześniejsze pytania, chwilami uzurpując sobie prawo do tez i diagnoz. To dość symptomatyczne. Prozę popularną ledwie kartkuję, przeglądam, znam „ze słyszenia”, prasowych not i medialnych doniesień. Myślę, że nie jestem odosobniony w tym względzie. Moja wiedza na jej temat jest więc wiedzą głównie z „drugiej ręki”. Co jednak kompletnie mi nie przeszkadza wziąć udział w ankiecie i domagać się ważności mojego głosu…