ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

Mariusz Grzebalski,

NIEKOCHANA (fragment powieści)

A A A
Mariusz Grzebalski: życie i twórczość
To był koniec lipca albo początek sierpnia. Właśnie przenieśli pracownię na niski parter. Za oknem robotnicy krzątali się przy budowie nowego biurowca. Siąpiło. Zaczynał się ciemny, głuchy dzień. Kiedy Kuehn wszedł do biura, Mikołaj siedział przy komputerze, przeglądając „Wyborczą”. Było kilka minut po ósmej.

Kuehn zaparzył kawę, usiadł na krześle, kładąc nogi na biurku. Dzięki zasłoniętym żaluzjom przyjrzał się swojemu odbiciu na ekranie monitora. Markowa koszula, krawat, buty ze znakiem firmowym na skórzanych podeszwach. Zaczynał tyć. Zadbany trzydziestolatek, którego nic nie mogło wyrzucić z siodła.

Niekochana przyszła o jedenastej, zmarznięta i przemoczona, ale przede wszystkim niezbyt pewna siebie. Mimo to już na pierwszy rzut oka było widać, że chce zrobić dobre wrażenie i dostać tę pracę. Nie za wszelką cenę, ale jednak.

Co pani potrafi? – zapytał Kuehn po krótkim przywitaniu.

Nie widział pan moich dokumentów?

Nie oglądałem ich, tylko przeczytałem. Gdyby brać je poważnie, okazałoby się, że o reklamie wie pani wszystko. Pozostaje subtelna kwestia praktyki. Dlatego pytam, co pani potrafi? Kon-kretnie. W dokumentach każdy prezentuje się lepiej niż w rzeczywistości.

Realizowałam wiele zleceń....

Mianowicie?

Reklama zewnętrzna, od projektu po bezpośrednią realizację...

To znaczy?

Projekt, cięcie, wyklejanie...

Ploter?

Słucham?

Obsługuje pani ploter?

Tak, oczywiście.

Mimo tego „oczywiście”, a może właśnie ze względu na to, jak to słowo wypowiedziała, Kuehn był pewien, że nie miała pojęcia o obsłudze plotera. Bawiło go to, że cała jest „na wierzchu”. Że tak nieudolnie kłamie. I że kłamiąc, stara się zachować powagę.

No, dobrze... Pomówmy szczerze, zarówno pani jak i ja nie narzekamy na nadmiar wolnego czasu. Po co odwlekać to, co i tak musi nastąpić. Ma tu pani znajomą...

Znajomą?

Owszem. Proszę, to ułatwi nam rozmowę – zagrajmy w otwarte karty. Mnie jest zupełnie obo-jętne, kto to jest. Ma tu pani plecy, taka jest prawda. Nie realizowała pani wielu zleceń, nie ob-sługuje plotera – ale to niuans. Chce tu pani pracować – dla mnie to jest najważniejsze. Obsługi plotera się pani nauczy. Na moje oko – szybko.

Ja bardzo szybko się uczę – wtrąciła, w ostatniej chwili maskując uśmiech. Warto było zoba-czyć tę nieskrywaną radość. Pasowała do jej różowych rajstop, które odcinały się od ciemnej kloszowej spódnicy i dużych zielonych oczu.

Reasumując, chcę panią zatrudnić – Kuehn wrócił do przerwanego wątku. Ale na przyszłość wolałbym, żeby bardziej trzymała się pani faktów. Lubię wiedzieć, na czym stoję. Jeśli mam się rozczarować, to na własny rachunek.

Chodzi o to, że...

Pozwoli pani, ze dokończę. Byłem zadowolony z dotychczasowego grafika. Marek to ciekawy chłopak, może niezbyt rygorystycznie podchodził do swoich obowiązków, ale przy odrobinie dobrej woli z obu stron, nie mieliśmy kłopotów z dogadywaniem się. Niestety, musiał mu wy-starczyć kwadrans, żeby się spakować. Tak to jest, kiedy się nie ma pleców. Rażąca niekompe-tencja, brak zdolności do pracy w zespole, w warunkach długotrwałego stresu. Tymczasem chłopak po prostu zasnął, wycinając sześćdziesiąte dziewiąte logo naszej ukochanej firmy. Sześćdziesiąte dziewiąte na siedemdziesiąt, które miał wyciąć na targi w Toruniu. Musiałem go poinformować, że już tu nie pracuje. Taka sobie przyjemność. Z drugiej strony, nie walczę z wiatrakami. Lata temu zaprzestałem donkiszoterii.

Uśmiechnął się, wstał z fotela i podał jej rękę.

Dlatego witamy w zespole, pani...

Olu...

Otóż to, pani Olu.

Może po prostu Olu?

Może kiedyś. A teraz proszę się uśmiechnąć – lubi się pani śmiać, prawda?

Lubię – potwierdziła.

Zacznie pani w najbliższy poniedziałek. Dziś proszę pójść do kadr, niech pani podpisze, co trzeba, odbierze skierowanie do lekarza i pozostałe kwity. Zapomniałbym, to Mikołaj. Mikołaj odłożył „Wyborczą”, wstał i podał rękę Niekochanej. Nie interesowało go, czy dziewczyna z nimi zostanie. Przypominał weterana bez emocji lustrującego świeżo przybyłe na front mięso armatnie.

Chciałam tylko powiedzieć...

Tak?

Ja faktycznie szybko się uczę, bardzo szybko. Z ploterem nie będzie problemów. Jeśli czegoś nie będę wiedzieć, zapytam.

Wolałbym, żeby jednak pani wiedziała zamiast pytać. Zresztą, nie ma kogo. Ja nie lubię ani urządzenia, ani jego obsługi. Mikołaj podobnie. Pani musi je polubić.. Firma nie jest miejscem, w którym wyświadczamy sobie uprzejmości. Po prostu pracujemy tu. Potrzeba do tego jedynie trochę samozaparcia. Co do szybkiego przyswajania – bardzo dobrze. Tutaj trzeba szybko przy-swajać i jeszcze szybciej wykorzystywać zdobytą wiedzę. Wie pani, jak to jest, wszyscy prze-ciwko wszystkim.

Rozumiem...

Nie sądzę.

Znów się uśmiechnęła.

Są jak morze, pomyślał o jej oczach Kuehn. Zdziwiło go to, a potem zaniepokoiło. Tyle samo w nich przyciągania, ile odpychania.

To ciekawe, pisałam...

Tak, rzeczywiście, kończyliśmy ten sam kierunek. Ale na tym podobieństwa się kończą. I nie mają najmniejszego znaczenia. Hermeneutyka nic tu pani nie pomoże.

Rozumiem... – powtórzyła, ale zupełnie inaczej.

Właśnie...

Przez chwilę milczała, wpatrując się w podłogę. Wyglądała na zasmuconą. Nie podobał się jej ton Kuehna i obojętność Mikołaja. Ten to ma spokój, pomyślała.

Kuehn poczuł, że wbrew sobie polubił Niekochaną. Satysfakcja płynąca z upokarzania innych mieszała się w nim z niechęcią do samego siebie.

Tymczasem dziękuję pani. Widzimy się w poniedziałek. Do zobaczenia – powiedział, żeby zakończyć spotkanie.

Do zobaczenia... – odpowiedziała.

Mikołaj nie podniósł wzroku znad „Wyborczej”.


Kuehn był jeszcze Kuehnem. Robertem Kuehnem. Dla znajomych Frantik. Niekochanej nikt jeszcze nie nazywał Niekochaną. Aleksandra Zbierska. Dla znajomych Ola.

Niekochana na początku miała Kuehna za palanta, a już na pewno za drętwego smutasa. Te jego pulowerki... Nie zmienia to faktu, że trzy miesiące po pierwszym spotkaniu kochali się w parku naprzeciwko bloku, w którym wtedy mieszkała. Był wczesny wieczór. Kuehn do dziś nie potrafi sobie wytłumaczyć, jak do tego doszło. Nic nowego pod słońcem.

Tamtego dnia wpadli na nas na Starym Mieście. Siedzieliśmy z Grekiem w ogródku piwnym, próbując złamać kaca z poprzedniej nocy. Z firmy urwaliśmy się godzinkę albo dwie wcześniej. Niekochana, Kuehn i Bielawa mieli drobną wyklejankę w mieście. Byliśmy nielicho zdziwieni, kiedy nagle przed nami stanęli. Niekochana powiedziała:

No, proszę, człowiek zabija się dla firmy, a firma baluje! – roześmiała się i zaraz dodała: – Można się dosiąść?

Jeśli musisz – Grek rzadko wypadał z roli. Jego szczurzą twarz rozjaśnił fałszywy uśmiech.

Kuehn nawet nie udawał, że spotkanie było mu na rękę. Niby jedna firma, ale rywalizowaliśmy. Nie lubiłem go. Irytował mnie. Mało mówił, robił swoje. Trudno było się z nim dogadać. Ko-niec końców jednak się przysiadł. Mikołaj jak to Mikołaj, od razu w siódmym niebie. Liczył, że przyjemne popołudnie szybko zmieni się w przyjemny wieczór.

Początek mieliśmy wyjątkowo drętwy. Takie tam gadki-szmatki. Opowiedziałem kawał o za-jączku, potem drugi, jak posunął lwa, ale spaliłem. Niekochaną bardzo to rozbawiło. Potem popłynęliśmy.... Po ósmym piwie zauważyłem, że Kuehn natarł na nią z impetem ciężarówki wyładowanej dynamitem. Doszedł do siebie, kiedy trzasnęły drzwi taksówki.

Dasz radę wysiąść? – zapytała, pochylając się nad nim. – Mieszkam niedaleko, ale do mieszka-nia cię nie zaproszę. Mój chłopak nie lubi nieznajomych. Możemy się kawałek przejść, jeśli chcesz...

Kuehn chciał. Nie byłby sobą, gdyby nie chciał. W tym podobny był do Greka. Marzyło mu się... Może nie? W każdym razie wydawało mu się, że może. Ale szybko się zmęczył. Usiedli na trawie, żeby odpocząć.

Ni z tego, ni z owego zapytał ją, czy czuje się szczęśliwa. Nagle stało się to dla niego zasadni-czą kwestią. Czy jest szczęśliwa. Sam oczywiście powiedział, że czuje się szczęśliwy. Wyjaśnił nawet, dlaczego. Sztuka kłamstwa, w tym był dobry! Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę to, ile ćwiczył.

A potem ją pocałował. W zasadzie chwycił jej głowę i mocno przyciągnął ją do siebie. Oni nie tyle się całowali, co ze sobą walczyli; jakby chcieli sobie zrobić krzywdę. Ale nie mogli prze-stać.

Potem kazał jej wstać, zdjęła majtki, położył ją na trawie, ściągnął spodnie i szybko w nią wszedł...

Rozmawiałeś z nim o tym?

Tak.

Poważnie?

Sam mi powiedział, w Szklanym Baranie. Że w niej utonął. Po prostu w niej utonąłem – coś takiego.

Dziwne...

Może.

Powiedział, że to było niewiarygodnie blisko śmierci. Serce?

W ogóle.

Co później?

Ubrała się i pobiegła do domu.

Ten jej?

Nie mam pojęcia.

Nie wiedział?

Wtedy nie wiedział.

A potem?

Potem chyba tak. To szczeniak był.

Szczeniak?

Tak, była od niego starsza o pięć lat. Zawsze miała młodszych od siebie. Aż znalazła Kuehna i sytuacja się odwróciła.

Dlaczego młodszych.

Czy ja wiem?

Co dalej?

Następnego dnia przyszła do pracy spóźniona, ale nikogo to nie zainteresowało. Nie przywitała się, tylko od razu siadła przy komputerze. Kuehna to rozbawiło – ta ostentacja. Rozumiem go. Po co udawać? Zdarzyło się – koniec, kropka. Nie ma o co kruszyć kopii.

Mieliście dużo zleceń?

Kiedy?

Wtedy.

Oni? Nie wiem... Ja Kuehnowi w drogę nie wchodziłem. Kiedy widziałem tę jego teczkę, kra-wacik, garniturek... Nie moja bajka. My mieliśmy mało, jak to latem. Więcej czasu spędzaliśmy w pubach niż w firmie. Ciepło, ogródki. Jazz-Park był czynny. Autko było. Rozbijaliśmy się trochę.

No i?

No i nic.

Bez żartów...

Nie chce mi się...

Chyba nie chcesz, żebym cię prosił?

Niekochana zajmowała się głównie reklamą prasową. Kuehn dał je gotowe wzory; tylko je mo-dyfikowała. Przygotowywała też nowy katalog. Chciał, żeby się wykazała, ale poszła w takie klimaty... Wiedział, że to nie przejdzie.

Grek?

Sympatyczny nie był nigdy, wiadomo. Dziecko nie swoje wychowuje. Żona go zostawiła. Tamten musiał być w wielkiej potrzebie, bo ładna nie jest. Był na swoim, ale splajtował. Samo-chód mu ukradli. Któregoś razu obudził się na molo w Świnoujściu. W podobny sposób przez parę miesięcy. W końcu wylądował u Kuehna, na początku trochę się rzucał, ale przestał, kiedy zorientował się, że Kuehn też nie wszystko może. Holding to był bajzel. Wystarczyły trzy dni, żeby się zorientować. Kuehnowi Grek pasował, bo nie bawiła go przygotowalnia, w ogóle nic go już nie bawiło, chciał mieć spokój. Przyjęcie Greka było ceną, którą gotowy był za to zapła-cić.

Kuehn?

Chodzi, mówi coś, ale w środku jest martwy. On tylko udaje, że żyje. Niektórzy się nabierali, ale... Znam takich. Widziałem paru. Mnie nie nabrał. Nawet nie próbował. Zresztą, prawie się nie krył z tym, że ma dość.

Nie rozumiem...

Czego?

Skąd biorą się ci wszyscy ludzie?

Normalka, w tygodniu tak zawsze. W soboty pustki, ale w tygodniu – lepiej nie mówić.

Nic mnie tak nie uspokaja, jak woda. Czasem myślę, że mógłbym być rybą. Nic, tylko bym patrzył.

Patrzył?

Tak, lubię patrzeć. Ale coś takiego jak dziś, to porażka.

Jak to jest, że nagle wszyscy chcą pływać? Wchodzisz do sauny, to samo. „Dzień dobry”. Może i dobry, ale dlaczego z tym do mnie? Ostatnio wszedłem do parowej, a tam parka. Po trzech minutach miałem dość! Zebranie firmowe sobie urządzili. Gość zasuwał jak z automatu. Bra-kowało tylko megafonu.

Nie uciekniesz...

Spójrz na te kobiety...

Aerobik w wodzie ...

Jezu...

Te cycki...

Raz, dwa, trzy! Raz, dwa trzy! Obrót i w górę rączki! Jeszcze raz! Bardzo dobrze! Raz, dwa, trzy! Raz, dwa, trzy!

Strasznie gruba. Jak ona może uczyć?

Widać, może.

Musiałem coś maksymalnie spieprzyć, że to oglądam.

Wystarczyłby miotacz ognia. Krótka akcja – i po wszystkim.