ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

,

COOL KIDS OF DEATH

A A A
„2006”. Sony/ BMG, 2006.
CKOD pojawił się nagle, agresywnie i „znikąd”, podbijając swoją muzyką i tekstami serca młodzieży w wieku około maturalnym. Zrobili sporo zamieszania w mediach i polskiej branży rozrywkowej. Przez jednych byli znienawidzeni lub wyśmiewani, przez innych uwielbiani. Było w tej sytuacji coś z ducha McLarena, menadżera New York Dolls, a później Sex Pistols. Prowokacje, manipulacje, skandale, plucie, przeklinanie i wyzywanie publiczności, szczególnie tej, która uważa takie zespoły jak Pidżama Porno za punk rockowe. Przeciwnicy grupy zarzucali jej brak szczerości i pozowanie na buntowników. Mówili, że wykształconym, pochodzącym z dobrych domów chłopakom, zachciało się zarobić na buncie. Film o zespole, „Generacja CKOD”, miał pokazać, o co tak naprawdę „Kulkom” chodzi, ale moim zdaniem jeszcze bardziej wizerunek grupy zagmatwał.

CKOD wystartowało z dobrej pozycji, która posiada tylko jedną, ale za to bardzo istotną wadę. Jej utrzymanie przez dłuższy czas jest nie lada wyczynem i wymaga dużego wysiłku i zdolności. Przy jakimkolwiek odejściu od wcześniej obranej linii działania mogą pojawić się opinie o zdradzie, tak jak kiedyś było w przypadku The Clash. Z drugiej strony, uporczywe trzymanie się młodzieńczych ideałów może doprowadzić do sytuacji, w której zespół stanie się własną karykaturą, szczególnie, że nikt nie jest wolny od upływu czasu.

Nowe wydawnictwo zespołu nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Nagrane w Hamburgu pod koniec ubiegłego roku klimatem przypomina płytę debiutancką. Małą odskocznię od całości stanowią utwory końcowe: „Człowiek Mucha” i „Niebieskie światło”. Trochę transowe, niepokojące i klaustrofobiczne. W dalszym ciągu w tekstach podmiot liryczny jest niezrozumiany i nie godzi się ze światem zewnętrznym, którego najgroźniejszą hydrę stanowi reklama i wszystko, co się z nią wiąże. Płytkość, zakłamanie, pozorność, powierzchowny sztafaż, a w dalszej konsekwencji alienacja, zamknięcie się w sobie i pokazanie innym wyciągniętego środkowego palca. Maniera śpiewania Ostrowskiego nie jest już tak drażniąca, jak na pierwszym krążku. Gitary oscylują pomiędzy Joy Division, Warsaw i wczesnym The Cure. Wszystko brzmi profesjonalnie i soczyście – ponoć nagrywane było na dobrych, lampowych wzmacniaczach, a wokalista śpiewał do mikrofonu, przez który kiedyś przemawiał Hitler.

W CKOD zamiast Kuby Wandachowicza grającego na basie, pojawił się tajemniczy Piotr Pusto, który jest również autorem większości tekstów na „2006”, a na zdjęciach występuje w masce potwora z sennych koszmarów. Ale coś mi się wydaje, że to tylko przekora i żart łódzkiego zespołu. Duży plus należy się CKOD za koncepcję zdjęć do wkładki. To, na którym widać cały zespół, kojarzyć się może z The Beatles z okresu psychodelicznego albo z Rolling Stonesami, z czasów, gdy wydali „Their Satanic Majesties Request”. Może poniosła mnie fantazja, a może rzeczywiście coś jest na rzeczy...