ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (137) / 2009

Michał Płaczek,

HEAVY PETTING

A A A
Nie da się tego nie zauważyć: konflikt postaw w polskiej prozie artystycznej jeszcze nigdy nie był tak wyraźnie zarysowany. Linię demarkacyjną dzielącą nie tylko artystyczne orientacje autorów, ale i wagę ich utworów można przeprowadzić w następujący sposób: pierwszą grupę stanowią pisarze stosunkowo popularni wśród czytelników i cenieni przez doraźną krytykę literacką za to, że ich literatura ma walory publicystyczne i wykazuje się pewnym szczególnym typem łatwo przyswajalnej wrażliwości moralnej. Pisma autorów z tej grupy są dodatkowo umieszczane w dyskursach krytycznych (zazwyczaj zaangażowanych bądź pozostających pod wpływem krytyki zaangażowanej) tak, że zdają się odpowiadać obiegowym poglądom na literaturę – na to, czym ona jest, bądź jaka musi być, by być tą „prawdziwą” literaturą.

Inaczej sprawa się ma z pisarzami i pisarkami z – tak to nazwijmy – drugiej grupy. O ile tych pierwszych możemy nazwać ambitnymi pisarzami użytkowymi, to drugich – artystami pozornej bezużyteczności. Większość z nich możemy kojarzyć z kręgiem artystycznych wyborów Henryka Berezy. W skrócie: są to twórcy, dla których kwestie literackie, pewien artystyczno-egzystencjalny puryzm są nadrzędne względem przedmiotu opisu. Stosując kryteria Berezy (choć na prawach łagodnego nadużycia), można powiedzieć, że są to pisarze „z urodzenia”, nie – „z wyboru”.

Do grupy tej zalicza się niewątpliwie Janusz Rudnicki. Pisarz ten od początku swojej literackiej działalności z godnym podziwu uporem uprawia pisarstwo maksymalnie spersonalizowane, unikatowe; takie, którego moc (moc pisania) z samej swojej natury obala czytelnicze przyzwyczajenia. W swoich krótkich formach, które opanował do perfekcji – a jego najnowsza książka „Śmierć czeskiego psa” jest kolejnym tomem krótkich próz – Rudnicki wypracowuje zupełnie nowy typ pisania, który można by nazwać prozą meta-faktu czy prozą meta-eseistyczną. W „Śmierci czeskiego psa” mamy cały znany sztafaż jego chwytów: przepisanie, zapis pseudoautobiograficzny, wreszcie „narrację czującą”, ustrukturyzowaną przez moralną wrażliwość, objawiającą się tworzeniem pierwszoosobowych „narracji wglądowych”.

„Śmierć…” stanowi więc kontynuację wątków doskonale znanych z poprzednich książek autora – „Mój Wehrmacht” czy „chodźcie idziemy” – z tą różnicą, że kwestie moralne i historyczne (rzutowanie kluczowych wydarzeń historii najnowszej na relacje wewnątrznarodowe i między narodami Europy Środkowej, głównie Polski, Czech i Niemiec, w których Rudnicki od przeszło dwudziestu lat mieszka) wysuwają się w tej książce na pierwszy plan, są o wiele ostrzej postawione. Chociaż z drugiej strony można się poważnie zastanawiać, czy da się napisać cokolwiek, co byłoby bardziej radykalne niż tekst „Obóz”, poświęcony obozowi w Łambinowicach, który autor zamieścił w codzie poprzedniej książki.

Rudnicki wie, że można napisać dokładnie wszystko, jeżeli tylko umie się to zrobić, wielokrotnie już tego dowiódł. Koronnym, obrośniętym małą literacką legendą, przykładem na to jest słynne „koło chuja mi to lata”, jakie włożył [sic!] w usta Marii Dąbrowskiej. Henryk Bereza, znawca i wielbiciel twórczości Rudnickiego, zresztą patron jego literackiego debiutu na łamach „Twórczości”, stwierdził po lekturze „Jak czytałem dzienniki Nałkowskiej i Dąbrowskiej”, że może i Dąbrowska takiego zdania nie napisała, ale skoro napisał je w jej imieniu Rudnicki, to jest ono obowiązujące; trudno polemizować w tej materii z kimś, kto był przez Dąbrowską testamentowo ustanowiony członkiem komitetu, który miał zająć się spuścizną po pisarce.

Pomyłką byłoby jednak uznanie, że Rudnicki, skoro wie, że (jak każdy) może napisać wszystko, a literatura jest sprawą egzystencji i umiejętności, pozwala sobie na tanie prowokacje. Jego strategia literacka – strategia pisania „bez znieczulenia” – jest właśnie o tyle prowokująca, że autor pozwala sobie na nazywanie wprost rzeczy najbardziej bolesnych, żenujących; wieczna nieudolność, chorobliwe tułactwo jego bohaterów jest znakiem konkretnego poglądu na istnienie, jego przygodność. Sens jest tam, gdzie go nie ma: w utracie, w gubieniu rzeczy istotnych, istotowych. Chociażby poczucie wspólnoty – w opowiadaniu tytułowym – jest dla bohatera, polskiego emigranta żyjącego w Niemczech, możliwe do odzyskania tylko w obcowaniu ze zniedołężniałym i patologicznie sentymentalnym dziadkiem Czechem (właścicielem psa), a potem z grupą koczujących na terenie byłego Obozu Zagłady Cyganów (z którymi, po licznych perypetiach, tego psa zjada).

Rzeczywiste wypadki stające się kanwą narracji Rudnickiego w pierwszej części książki to nieodmiennie wydarzenia transgresyjne, absurdalne tragedie, śmierci i złamania życiorysów wynikające z idiotycznych pomyłek, braku dobrej woli, ze złej woli, z braku woli wreszcie, bezwładu wypadków. Tak jest też w najlepszym opowiadaniu w tomie – „Na wzgórzu” – które jest w zasadzie modernistyczną par excellance narracją graniczną. Oto bohaterem staje się pies (psy, jak zresztą zauważył sam autor, mają w tej książce pokaźną nadreprezentację), zdający się zrazu mimowolnym sprawcą drogowego wypadku (policjant wjechał w grupkę dzieci stojących na przystanku), jednak z akapitu na akapit coraz bardziej oczywiste staje się, że nie ma tu mowy o mimowolności: pies, skundlony wilczur, okazuje się nośnikiem czystego zła, które w dodatku nie ma w sobie nic nadprzyrodzonego. To bardzo ludzkie zło, zupełnie sprawdzalne. I skuteczne. „Na wzgórzu” zamyka pierwszą część książki wirtuozowsko, jednocześnie odbierając wszelkim niedolom opisanym wcześniej (bezprawne uwięzienie z szowinistycznych pobudek, uwięzienie na wyciągu rodem ze „Stroszka”) nadziei na jakąkolwiek sankcję metafizyczną. To, co ludzkie, jest w tych wypadkach właśnie psie, albo na odwrót: to, co zwykle określane jako psie, jest najzwyczajniej ludzkie, do bólu.

Drugą część książki zapełniają teksty, które Rudnicki tworzy na zasadzie prze-pisania, za wyjątkiem laurki-manifestu dla Henryka Berezy, zapisu służącego uczczeniu wieloletniej przyjaźni łączącej pisarzy. To też apoteoza oddania literaturze, oddania, z którego Henryk Bereza uczynił sens swojego życia (vide – anegdota o Czeszce). Są tu dwa teksty najzupełniej doskonałe, o Almie Mahler i o Andersenie. „Rudnickie” biografie tych postaci są bezlitosne i czułe, choć niejeden czytelnik tego drugiego aspektu, współodczuwania, zapewne nie zauważy, przytłoczony brutalnością zapisu. Niestety, blado na tle tych tekstów wypada ostatni, poświęcony sposobom, na jakie pisarze walczą o byt. Rudnicki wpada tu miejscami w ton potępienia, pisze jakby jednostronnie, jedną miarkę przykładając do Heinego, Walsera i Joyce’a, trzech zupełnie różnych indywidualności twórczych, z których najsłabiej zrozumiany jest przez niego Walser. Bije z tego opowiadania jakiś rodzaj naiwności, na którą trudno się zgodzić. Do tego w partii poświęconej Joyce’owi znaleźć można drobne usterki rzeczowe. Cały tekst wyraźnie nie dostaje poziomem do pozostałych. Ale cóż, jak dobrze by było, gdyby inni nasi prozaicy pisali właśnie tak swoje słabsze teksty. Chociażby takim językiem, cóż, marzenie ściętej głowy.

Dwa razy w tym tomie znalazło się określenie „heavy petting”. To właśnie stosunek Rudnickiego ze światem, balansujący na granicy ostatecznego przekroczenia; jak pisze Marta Podgórnik: „łapczywość jest wulgarna, język traci smak”; Rudnicki wie o tym i nie traci poczucia smaku, bardzo wyrafinowanego, ani na moment.

Jak skończyć? Przeczuciem: to będzie pewnie najlepsza polska książka prozatorska wydana w tym roku, i raczej pominięta. Spotka ją los jak z opowiadania własnego autora: nie zdarzy się żadna recepcyjna tragedia, raczej głupawe nieporozumienie albo aprobujące przemilczenie, podczas gdy pięć minut owacji będą brały powieści o umierających na raka gejach, głodnych lesbijkach i medytacje podróżne miłych państwa, którzy dziwią się światu.
Janusz Rudnicki: „Śmierć czeskiego psa”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009 [seria: „archipelagi”].