Wydanie bieżące

15 września 18 (138) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

RZECZYWISTOŚĆ JEST PASSE

A A A
Felieton
Dotychczas żyłem w przekonaniu, że podstawowym pytaniem, jakie musiał sobie zadawać twórca (jeśli tego nie zrobił, wcześniej czy później zadawali mu je inni: czytelnicy, krytycy, dziennikarze, ciotka i wuj na niedzielnej herbatce), było pytanie o związek jego dzieła z tzw. rzeczywistością. Rzeczywistością rozumianą instynktownie i jednocześnie potocznie, będącą wyrazem bezpośredniego doświadczania teraźniejszego życia i paktu wspólnoty zawiązanego z przeszłością. Ów związek oddawały w skrócie słowa mojej babki: „Wnusiu, czy aby to prawda, co wypisujesz w książkach?” Oczywiście odpowiedzi mogło być bez liku, zależnie od kontekstu i taktu. Jednak rzeczywistość stanowiła swoisty probierz, lakmus, legitymację twórcy i jego dzieła. Bo i ludzie (czytelnicy, krytycy, dziennikarze, ciotka i wuj na niedzielnej herbatce, a niejednokrotnie samo sumienie twórcy) oczekiwali prawdy o życiu, moralnej i realistycznej sankcji. Bo ludzie, bez względu na okoliczności, chcieliby mieć „Ziemię obiecaną” swojego czasu.

A twórca cierpiał. Cierpiał ogromnie. Z jednej strony nie mógł ignorować potęgi rzeczywistości, jej nagiej prawdy, autentyczności i zaśpiewu w czystej postaci, z niej przecież powstał, z drugiej – ciągnęło go do fantazyjnych i bezkarnych gier z rzeczywistością, do wyimaginowanych krain, totalnego zmyślenia w krańcowym stadium konfabulacji, ponieważ wielki i mały realizm zdawały się niewystarczające. To rozdarcie było solą dzieła, wynikało z poczucia odpowiedzialności, a sam twórca niczym sędzia bokserski prowadził walkę metafikcji ze zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu i nie miał zdecydowanego faworyta. Obawiałbym się postawić pytanie o rolę zmyślenia i intertekstualnej gry Różewiczowi, Borowskiemu, Herlingowi-Grudzińskiemu i innym twórcom dwudziestowiecznych traum. Posłaliby mnie, moje pytanie i zmyślenie na deski.

Świat jednak idzie do przodu i – cytując „Polskę do wymiany” Czaplińskiego – może nie mamy do czynienia z kryzysem Lyotardowskich „wielkich narracji”, lecz „przede wszystkim z kryzysem wymiany narracji”, dodajmy – narracji o rzeczywistości. Pojawia się bowiem coraz liczniejsze pokolenie późnych wnuków Oscara Wilde’a. Rzeczywistość w ich dziełach jest projekcją i transpozycją gry, jaką prowadzą język, wyobraźnia i estetyczny żywioł. Język wyzbyty granic, wreszcie uwolniony od desygnatów i realistycznych horyzontów, wyobraźnia ocierająca się surrealny kalejdoskop flashbacków, żywioł estetyki sprowadzony do kampu i popkulturowych wariacji. Rzeczywistość musi naśladować sztukę, jeśli chce zajmować jakiekolwiek miejsce w kulturze. Coś się porobiło dziwnego – nie chcę orzekać: dobrze czy źle – ale „prawdziwość” rzeczywistości, jej obecność w dziełach, przestaje nas zajmować. Wystarczy wspomnieć o najgłośniejszych nazwiskach młodej literatury. Twórczość Masłowskiej jest tak naprawdę tryumfalnym pochodem języka, który wznieca semantyczne pożary i pozostawia po sobie zgliszcza archaicznej, pretensjonalnej z dzisiejszej perspektywy, zgodności przedstawianego i przedstawiającego. Jakkolwiek by nie patrzeć na literaturę Witkowskiego, rządzi nią strategia ustawicznej mistyfikacji, zapełniają ją zmienne figury ruchomej i nieciągłej tożsamości. Jeśli „Lubiewo” wychodziło z opowieści, posiłkując się nawet konwencją „reporterskiej” relacji, tak kolejne książki zmierzają już prosto do wyzwolonej wyobraźni, do spotęgowanej fikcjonalizacji świata. Książki Jacka Dehnela są literackością czystej wody, zanurzoną w bibliotecznej rzece toposów, parafraz i odwołań do klasyków literatury wysokiej. To dekonstrukcja modernistycznej aksjologii i stylu. W kontekście tych twórców pytanie o rzeczywistość zdaje się schodzić na dalszy plan. Owszem, można o nią pytać, ale czytelnik czuje, że nie jest to pytanie najważniejsze.

Pamiętam liczne zastrzeżenia, jakie zgłaszali krytycy najnowszej literatury, zwłaszcza w jej młodej odmianie, gdy próbowali zweryfikować wiarygodność świata przedstawionego. Najczęstszym wnioskiem było odkrycie inercyjnej skłonności autorów do eskapizmu. Począwszy od groteski, przez oniryczne „umyki”, po surrealizm i język, który przejmował władzę nad światem fabuły, stając się jej głównym narratorem i bohaterem. Widziano w tym wadę, nieumiejętność wiarygodnego opisu rzeczywistości. Tymczasem „wada” staje się pochodną o wiele szerszych kulturowych przemian, i nie literatura, jej projektowana „słabość” jest tutaj rozstrzygająca. Literatura, jak sądzę, polegnie ostatnia.

Pierwsze skrzypce gra w orkiestrze przemian popkultura, wyznacza tendencje, uchodząc za kreatora obowiązujących wzorców. Oddala nas od rzeczywistości, tworząc fantomowy substytut realnego świata, gdzie panuje totalna dowolność. Przykład pierwszy z brzegu: przeczytawszy kilka wywiadów i artykułów poświęconych „Bękartom wojny” Tarantino, dowiedziałem się na przykład, że jeśli przeszłość stoi w konflikcie z jego „artystyczną” wykładnią, to tym gorzej dla przeszłości. Że rzeczywistość jest w gruncie rzeczy nudna i nieciekawa, jej potencjalne prawdy są mało atrakcyjne, że prawdziwy nerw emocji i uczuć można odnaleźć jedynie w sztucznym świecie – retuszowanym, hiperbolizowanym, mozaikowo składanym do kupy w imię rozrywki. Wszystko zaczyna być umowne, ironicznie bezkarne. Miłosz i Gombrowicz z dwóch różnych stron – ale jednak – przewracają się w grobie. Narzędzia, które były dotychczas narzędziami do opisu rzeczywistości, wybiły się na niepodległość – uzyskały swą autonomiczność i podmiotowość. Pytania o realność trącą irytującym patosem, a dystans, jaki wytwarza się między „zwykłym światem” a fajerwerkową sztuką, pełną konceptów, fikołków, spektakularnych gestów i prowokacji, powoduje rodzaj niebezpiecznej schizofrenii.

I znowu, jak parę dekad temu, dochodzimy do puenty o świecie nieprzedstawionym. Świadomie przerysowuję te słowa, ponieważ obawiam się, że ów świat tracimy z oczu. Rzeczywistość, poza biologiczną koniecznością, zaczyna przedstawiać sobą bezużyteczną wartość.