Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Jakub Steblik,

APARTHEID I KOSMICI

A A A
Czyniąc punktem wyjścia do omówienia „Dystryktu 9” teorie nader chętnie cytowanego ostatnimi czasy przez badaczy Slavoja Žižka, nie mam zamiaru literalnie przedstawiać poglądów słoweńskiego filozofa. Chodzi mi przede wszystkim o wykorzystanie sposobu podejścia do sztuki filmowej, jaki autor „Lacrimae rerum” preferuje. Traktuje on filmy (o dowolnym poziomie artystycznym) jako skondensowane źródła wiedzy o człowieku i epoce, w jakiej żyje. Filmy są odzwierciedleniami społeczeństwa, w którym powstały i reprezentacją natury człowieka. Można z tym twierdzeniem polemizować, jednak w przypadku „Dystryktu 9” wydaje się ono uzasadnione.

Powiedzmy od razu: film Neilla Blomkampa nie ma w sobie ani krzty artyzmu; co więcej, nie stara się obecności tej krzty nawet pozorować. Gra aktorska niczym się nie wyróżnia, efekty specjalne w porównaniu ze współczesnymi możliwościami są co najwyżej przeciętne. Momentami można odnieść wrażenie, że wiele ujęć wykorzystanych w scenach panoramicznych pochodzi z materiałów wykonywanych nie na potrzeby filmu. Dlaczego by więc nie potraktować „Dystryktu 9” jako jednej z wielu produkcji gwałtownie wybuchających na firmamencie kina i jeszcze szybciej zapominanych? Mimo wszystko jest kilka powodów, dla których warto dzieło Blomkampa obejrzeć.

Akcja „Dystryktu 9” rozgrywa się w czasach współczesnych. Ponad dwadzieścia lat temu na Ziemię przybyli kosmici, których statek z niewiadomych powodów zawisnął nad Johannesburgiem. Sami przybysze okazali się barbarzyńskimi istotami nie szanującymi ludzkiego prawa i obyczajowości, w związku z czym zostali odseparowani od mieszkańców miasta w tytułowym Dystrykcie 9, który w niedługim czasie przerodził się w strzeżone getto z całym towarzyszącym temu inwentarzem w postaci gangów, handlu bronią i kocią karmą (!), która dla obcych stanowi rarytas. Zatrzymajmy się w tym miejscu i nie uprzedzając dalszego ciągu akcji, skoncentrujmy się na swoistym dowcipie twórców, który wynika po pierwsze z odwrócenia dobrze znanej relacji, w której to kosmici wyposażeni w bardziej zaawansowaną technologię przegrywają konfrontację z ludźmi, ich heroizmem i wyższością etyczną. Po drugie, może nawet ciekawsze jest potraktowanie przybyszy w sposób kojarzący się ze statusem imigrantów w krajach wysokorozwiniętych. W tym kontekście reżyser w mistrzowski i jednocześnie prześmiewczy sposób przedstawia mechanizm rodzenia się nienawiści rasowej (tutaj w zasadzie gatunkowej).

Kosmici, z uwagi na swój wygląd nazywani Krewetkami, zostają poddani szeregowi restrykcji, które ograniczają ich wolność oraz ustanawiają ich symboliczną podległość wobec gatunku ludzkiego. Nie bez przyczyny miastem, w którym toczy się akcja, jest Johannesburg: synonim apartheidu i segregacji rasowej, która wprawdzie się skończyła, ale – jak chcą pokazać twórcy filmu – myślenie według jej reguł nadal stanowi immanentną ludzką właściwość, charakterystyczną tak dla białych, jak i czarnych. Pełnoprawni obywatele RPA oczekują separacji od obcych: skoro tamci nie mogą po prostu odejść do siebie, należy poddać ich nadzorowi i restrykcjom, by stłumić ich popędliwe i barbarzyńskie skłonności oraz regulować liczbę narodzin, by nie dopuścić do nadmiernego powiększenia się populacji. Brzmi to niemalże jak nazistowski plan, którego ostatnim ogniwem byłaby eksterminacja, i faktycznie tak jest przedstawione. Uzbrojone po zęby oddziały wojska palą jaja, z których mają się wylęgnąć młode osobniki i zabijają co oporniejszych, a wszystko to w aurze biurokratycznych reguł i formalności oczyszczających sumienie oraz dających wrażenie, że wszystko przebiega w majestacie prawa, zwalniając tym samym z poczucia odpowiedzialności osoby wykonujące rozkazy.

Kosmici – jakkolwiek zabrzmi to śmiesznie – są traktowani niehumanitarnie ze względu na swoje niezrozumiałe zachowania, odrażającą powierzchowność i nieumiejętność dostosowania się do ludzkich reguł. Tym samym przypominają trochę nielegalnych imigrantów. Rosnące niezadowolenie z obecności Krewetek prowadzi do decyzji o ich przeniesieniu do znajdującej się dwieście kilometrów od Johannesburga nowej siedziby, która przypomina obóz dla uchodźców z namiotami ogrodzonymi drutem kolczastym. Całość akcji ma być przeprowadzona pod auspicjami ogromnej korporacji o nazwie Multi-National United. Jest to moment przełomowy, rozpoczynający cały ciąg niekontrolowanych zdarzeń, które odwracają pierwotną ocenę moralną i intelektualną obcych i ludzi. Postacią, która na oczach widza jako pierwsza przechodzi taką mentalną transformację, jest główny bohater filmu, Wikus Van De Merwe (Sharlto Copley).

Warto w tym miejscu przywołać jeden ze wczesnych filmów Petera Jacksona, producenta „Dystryktu 9”: „Martwica mózgu” (1992) to niby-horror, niby-komedia opowiadająca o zombie, które zaatakowały małe miasteczko, a których pogromcą został niepozorny młody mężczyzna. Spośród wielości analogii, jakie można by sformułować, najważniejsza dotyczy aury, w jakiej rozgrywają się wydarzenia w obu produkcjach Jacksona, a którą charakteryzuje brak powagi i respektowania kanonu. Poprzez wyeksponowanie nierealności i braku autentyzmu, twórcy „Dystryktu 9” nie starają się przekonać widza: to, co oglądasz, naprawdę się wydarzyło. Zapraszają nas za to do innej gry: obaj wiemy, że to nieprawda, ale ja – jako reżyser – doprowadzę do absurdu pewne elementy, by cię rozśmieszyć. Nie tylko o śmiech jednak tutaj chodzi. Również pastisz, parodia czy inny postmodernistyczny bricolage nie wydają się ostatecznym celem Blomkampa. Sądzę, że chodziło o sformułowanie czegoś na kształt stwierdzenia: wprawdzie to, co widzicie, nie jest prawdą, ale prawdziwa jest natura człowieka i jego zachowania, które miałyby miejsce w takich okolicznościach. Komiczne przerysowanie charakterów i wydarzeń, które notabene jest o wiele bardziej wstrzemięźliwe i wysublimowane niż w topornej estetycznie „Martwicy mózgu”, zapewnia dystans do przedstawionego obrazu, w żaden jednak sposób nie czyniąc go mniej wiarygodnym.

Podobną rozgrywkę można obserwować w – co ciekawe, również nowozelandzkim – filmie „Orzeł kontra rekin” Taiki Cohena (2007), który opowiada o perypetiach emocjonalnych pewnej, delikatnie mówiąc, mało inteligentnej pary. Ich problemy są typowe, jednak z uwagi na nieporadność życiową bohaterów, urastają ponad zwykłą miarę. Wspólna dla obu nowozelandzkich produkcji jest właśnie owa gra nadmiaru i niedostatku: nadwyżki wydarzeń w stosunku do możliwości ich przyswojenia oraz niedoboru powagi w stosunku do dramatyzmu wydarzeń. Najciekawsze jednak wydaje się to, że oba filmy wciąż opowiadają dobrze znane historie, w które wierzymy pomimo szyderczej formy, w jakiej zostają podane.

Wikus Van De Merwe to postać, o której z całkowitą pewnością można powiedzieć, że niczym się nie wyróżnia. Jest przerażająco przeciętny. Zostaje jednak dowódcą akcji przesiedleńczej, którą stara się przeprowadzić formalnie jak najbardziej poprawnie. W trakcie jednej z rewizji dochodzi do dziwnego i najważniejszego dla filmu wydarzenia. Wikus najpierw zostaje zraniony w rękę przez Krewetkę, a następnie odkrywa dziwne pudełko. Dlaczego jest to kluczowe wydarzenie? Ponieważ staje się przyczyną przemiany naszego niepozornego i grzecznego chłopca w… kogo? Nie w mężczyznę. Pomysł twórców jest dużo śmielszy i nie ogranicza się do powielania utartego wzorca. Wikus najpierw doświadcza przemiany zewnętrznej: ku swemu przerażeniu przeistacza się stopniowo w obcego. Powierzchniowa transformacja skutkuje wykluczeniem bohatera z ludzkiej społeczności. Wikus zostaje przewieziony do laboratorium i poddany eksperymentom. Ucieka, ale nie mogąc znaleźć schronienia nawet u swojej rodziny, przedostaje się do Dystryktu 9. Zaprzyjaźnia się z jednym z kosmitów i razem z nim wykrada tajemniczy i kluczowy dla całej fabuły pojemnik z laboratorium, przy okazji odkrywając eksperymenty przeprowadzane na obcych, obejmujące cięcie, rozpruwanie, krojenie, szatkowanie, konserwowanie w formalinie i wiele innych pseudomedycznych sposobów analizy.

Dalsza część filmu to stereotypowa, długotrwała walka dobra ze złem, w której często dochodzi do zmiany wygrywającego. Jak można się spodziewać, Wikus w nowej postaci cielesnej odnosi zwycięstwo. Dochodzi w nim jednocześnie do wewnętrznej przemiany: nie akceptuje wprawdzie swojej cielesności, ale identyfikuje się z przybyszami z powodu pozycji, w jakiej się znalazł. Transformacja wewnętrzna i zrozumienie losu obcych stają się możliwe tylko dzięki wcześniejszej transformacji fizycznej. W tym też kryje się pewne przesłanie: sformułowanie „byt określa świadomość” aż ciśnie się na usta. Pozostawmy jednak Marksa na boku i zauważmy, że znalezienie się w tym samym miejscu „struktury społecznej” co kosmici sprawia, że Krewetki zyskują w oczach bohatera (i widza) głębię, osobowość i emocje.

Czy film sience fiction nie jest najzwyklejszą opowieścią o tolerancji, potrzebie zrozumienia i koegzystencji? Ryzykowne może się wydawać takie stwierdzenie w kontekście prześmiewczej formuły, w jaką „Dystrykt 9” został wpisany. Ciekawiej prezentuje się potraktowanie filmu jako przypowieści o dobru i złu, które w zgrabny i zaskakujący sposób zamieniają się miejscami. Z całą odpowiedzialnością polecam film z uwagi na zabawę, zdawałoby się, banalną i dobrze znaną formą, której dostarcza widzom.
„Dystrykt 9” („District 9”). Reż.: Neill Blomkamp. Scen.: Neill Blomkamp, Terri Tatchell. Obsada: Sharlto Copley, Nathalie Boltt, Sylvaine Strike. Gatunek: dramat / science fiction. Nowa Zelandia / USA 2009, 112 min.