Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

KRZĄTACTWO LITERACKO-KULTURALNE

A A A
Felieton
Ech, żeby tak w życiu mantr powszednich, w życiu rytualnie powtarzanych i odtwarzanych spraw chciała się sprawdzić narracyjna struktura świata, o której wspominała dobrych parę lat temu Olga Tokarczuk w „Szkole pisania”. Albo też żeby spełniał się narratywizm White’a dowodzący, że wszystko, co się wydarza, mieli, przelewa, jest domeną jakiejś zaokrąglającej się, większej opowieści – transcendentnej, pełniejszej wobec kolejnych dni, chwil, spraw, sprawek, spraweczek i rozrachunków materii z duchem, czasu z jego wypełnieniem. Niestety – pożera mnie różewiczowski „zawsze fragment”, „krzątactwo” a la Brach-Czaina. Pożera mnie i trawi banał, że na wszystko brakuje czasu, a powolność, spokojny oddech jest łaskawością bogów innego świata i cyklicznych klepsydr mitycznego koła. I jeszcze te pełne skruchy maile do Wojtka Rusinka, że następnym razem felieton do „artPapieru” będzie na czas, co więcej – będzie na długo przed wskazanym terminem. Gonię w piętkę, przeklinam własną „ponowczesność”, a moja doba wewnętrzna – systematycznie, kawałek po kawałku – kurczy się, maleje, jakby chora na anoreksję. Paradoksalnie im więcej robię, tym robię gorzej i mniej, a w miejsce głębszej perspektywy, i niekoniecznie od razu metafizycznej, czy eschatologicznej, pojawia się inna, implikowana słowem: deadline. Deadline dotarcia z miasta O do miasta Wu, i Ka, i Be, deadline odłożonej od miesiąca lektury, deadline zaaplikowania szczepionki dla dziecka, zaległych opłat i znajomości, i tak dalej, et caetera, et caetera… Trzeba by na wieś wyjechać, kupić poniemiecki dom i patrzeć, jak jesień składa do trumny lato, jak zima staje na odcisk jesieni, zostawiając po nocy białe ślady przymrozków.

Krzątam się – robię fiszki wewnętrzne, przypisy, notatki na marginesie, a robak fragmentu wyżera coraz większe korytarze w dniach, tygodniach, miesiąca. Bo o to muszę pamiętać, rozwinąć, nie uronić tych „fragmentów”, które czekają na rozwinięcie:

1. Najnowsza książka Igora Stokfiszewskiego „Zwrot polityczny”. Cóż za autorska, autonomiczna bajka o przygodzie współczesnej poezji i prozy ze społeczeństwem. Stokfiszewski idzie na przekór – jest problematyczny, używa literatury otwarcie, i choć używa sobie znaczoną ideą, jest to użycie szlachetne, użycie wytrącające z poczucia błogiej niefrasobliwości. Z takimi tezami trzeba coś zrobić, nie sposób przejść obok nich obojętnie.

2. A propos tej książki: podczas Czerwonego Października w Olsztynie kapitalna uwaga Darka Nowackiego, że skoro zakładamy performatywność języka – jego moc do stwarzania światów, to czyż każda wypowiedź nie jest kreacją, a więc formą bajania, bezczelnie otwartej konfabulacji, która niweczy jej przystawalność do rzeczywistości i jest na bakier z modernistycznym kryterium obiektywności i prawdziwości? Tak, to trzeba na spokojnie przemyśleć. Performatywność języka to jego zbawienie i przekleństwo zarazem.

3. Jeśli język jest całkowicie performatywny, co zrobić z wypowiedzią krytyczną, unikając podejrzeń o skrajną subiektywność, czystej wody intencjonalność oraz coś, co można by nazwać funkcjonalizacją literatury. Czy funkcjonalizując literaturę, odbieramy jej najważniejszy oręż – logikę estetyki.

4. Warsztaty literackie w Brzegu w ramach Pory Prozy. Ich sensowność, zasadność jest wielce problematyczna. Do sławetnych, amerykańskich creative wiriting podchodzę jak pies do jeża, a przyszło mi prowadzić coś analogicznego, choć obarczonego bezradnością i przeświadczeniem o niewykonywalności zadania. Gdy idzie o warsztat pisania, zanurzam się w bezradnej sferze intuicji, nie umiem zracjonalizować motywów, obrazów, tych niezrozumiałych podszeptów, które przeobrażają się w prześladujący obraz. Jak o tym mówić, nie uprawiając taniej metafizyki pisarstwa? A z drugiej strony: bardzo poważna uwaga Jakuba Winiarskiego, że szkielet, kompozycja, kościec fabularny i dramaturgiczny da się wręcz matematycznie obliczyć, czego dowodzą bestsellery wyhodowane na podręcznikach. Wreszcie samo Hollywood jako fatalne memento natchnienia.

5. A wcześniej podróż do Brzegu via Wrocław. Czytam program tegorocznej Pory Prozy i wyobrażam sobie tych wszystkich pisarzy pielgrzymujących przez kraj. Od Bałtyku po Tatry, zdanych zazwyczaj na łaskę i chimeryczność PKP, z tymi wszystkimi dworcami, przesiadkami, rozklekotanym taborem i fajką wypalaną przy kiblu, byleby oszukać dłużącą się podróż o kolejne pięć, dziesięć minut.

6. Rozmowa z reżyserem, przygotowującym „Twórców obrazów” Enquista. Ponad godzinę wsłuchuję się w hermeneutyczne analizy, w których roi się od mnóstwa humanistycznych haseł i pojęć. I jeszcze, że miłość, namiętność, samotność. I zaraz zaczynam czuć, że hermeneutyka, jeśli się ją przegada, umożliwia całkowitą bezkarność, że operuje tak pojemnymi pojęciami, że aż przestają one w jakikolwiek sposób korespondować z konkretem dzieła literackiego.

7. Polański. Blamaż warszawkowego mainstreamu, podszytego mizoginią, koterią, relatywizmem. Niedowierzanie, przecieranie oczu, sen o patologicznych rozmiarach. Słucham i nie wierzę. Zanussi, Olbrychski, Holland, Stalińska. I tylko ten jeden Krauze, ze spuszczoną głową, który szeptem mówi w TVN 24, że jego środowisko chyba się zagalopowało. Jaką odległością mierzyć język Leppera, gdy rechocze, że nie można zgwałcić prostytutki, od języka twórcy „Życia rodzinnego”, który z nieskrywaną lekkością i wzgardą rzuca epitet o trzynastoletniej prostytutce.

8. Nowa powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego „Reczy pierwsze”. Jeszcze nie przeczytałem, bo jeszcze nie dotarła do Olsztyna. Ale wywiad z Hubim w „Dużym Formacie” pyszny. Zwłaszcza opleciony gawędziarską swadą obraz Bjork nawalonej pod barem. Hubi to jeden z ostatnich, co tak pięknie „robi w oralu”.

Piszę i czuję, że lista może nie mieć końca.

Krzątactwo to stygmat dzisiejszych czasów, mało chyba wyjęzyczany przez literaturę piękną. A tkwi w nim niedostrzegalna tragiczność, która torpedując serią zdarzeń, czynności i powinności, skrywa o wiele groźniejsze demony – pustkę, nieistotność i pozór. Jak to wszystko poukładać, jak oddzielić ziarno od plew, jak stworzyć sobie hierarchię wewnętrzną i nadać powszedniości znamiona logicznej opowieści? Rzeczy odległe sąsiadują blisko siebie. Istotnie walczą o lepsze z pozbawionymi większego znaczenia. Żeby choć wskrzesić w sobie determinację i wiarę Prousta. Niestety, tylko ruch, kalejdoskop, szkicowość. Zamiast myśli – jej fantom, butoniera refleksji. A rozwinięcie, namysł i rozmach epicki gdzie? W...