Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Tomasz Mizerkiewicz,

NIEWYMIENNOŚĆ NARRACJI. W SPRAWIE „POLSKI DO WYMIANY” RAZ JESZCZE

A A A
Przemysław Czapliński po stanowczej polemice („artPAPIER” 1.09.2009) z moją recenzją jego książki zaproponował, byśmy już o tym tomie nie rozmawiali. Oznaczałoby to, że udanie i ostatecznie rozwiał różne wątpliwości wyrażone w moim, jak to nazwał, „pojedynczym tekście wątpliwej wartości”. Odegrałbym w tym sporze anegdotyczną rolę niepoważnego harcownika krytycznoliterackiego i na tym by się skończyło. Oczywiście takim harcownikiem poniekąd się poczułem podczas lektury artykułu Czaplińskiego, artykuł ten posiada bowiem znakomitą siłę retoryczną oraz imponujący rozmach problemowy (dla takiej odpowiedzi warto było recenzję pisać!), to bardzo przekonująca wypowiedź, skutkiem czego zacząłem zachodzić w głowę, jak też mogłem popełnić tyle „niedo- i nieporozumień” oraz przekręceń wymowy „Polski do wymiany”. Wbrew sugestiom Czaplińskiego wróciłem do owej książki, by, niestety, umocnić się tylko w swoich zastrzeżeniach i oporach jedynie sygnalizowanych przez tekst skromnego omówienia. Obszerna i świetna odpowiedź krytyka uświadomiła mi przy tym, jak dokładniej określić (a raczej dobitniej nazwać, bo w recenzji już o tym pisałem) powód spierania się z Czaplińskiego metodą czytania polskiej literatury ostatnich dwudziestu lat.

„Polska do wymiany” to książka, z którą łatwo się zgodzić, łatwo przejść na jej stronę, kiedy jednak to zrobimy, poczuć możemy, że coś jest nie tak, jak powinno być, że ktoś dokonał przesunięcia nas w miejsce, które nie jest nasze, ani może nie jest nam współczesne. Opowieść Czaplińskiego była mi w wielu miejscach bardzo bliska, tyle że co i rusz czułem potrzebę korekty poszczególnych wniosków. Te impresyjne wrażenia podpowiadają, że problemem była ogólna perspektywa opisu przygód polskiej literatury współczesnej i zestaw pojęć, poprzez które zostały one uchwycone. W swojej recenzji podkreślałem, że zasadniczym powodem polemiki z „Polską do wymiany” było pominięcie w niej przemożnej i coraz bardzo represyjnej roli ponowoczesności (z jej ekonomicznymi, medialnymi i politycznymi instytucjami oraz praktykami) w życiu polskiej literatury po roku 1989. Powtórzę to i teraz, mówiąc może precyzyjniej: powodem nadal trwającej we mnie niezgody na wizję zaproponowaną w „Polsce do wymiany” jest podejście autora do kwestii późnej nowoczesności oraz jej relacji z ponowoczesnością. Rozpocznę przy tym od spostrzeżenia, że relacja ta jest w książce… nie do końca wiadomo jaka. Czapliński narzeka, iż nierzetelnie streściłem jego wywód i cytuje obszernie fragmenty przeczące mojej rekonstrukcji jego poglądów, co jednak zrobić z tym, że w jego pracy nieustannie pojawiają się odmienne dookreślenia owej – jak sądzę, kluczowej – relacji między późną nowoczesnością a ponowoczesnością. Na wstępie czytamy: „Późna nowoczesność to swoista poczekalnia narracyjna, tygiel opowieści, który daje nam złudzenie, że ponowoczesność jeszcze nie nadeszła. A może: daje nam czas, by na przyjście ponowoczesności jakoś się przygotować” (s. 18) Niby to drobne wahanie, a przecież o dalekosiężnych konsekwencjach, czym innym jest czekanie na ponowoczesność, a czym innym łudzenie się, że jej jeszcze nie ma. Jakie jest właściwie stanowisko autora, tego nie wiemy. Jeszcze mocniej niejasność dotyczącą owej relacji widać np. na s. 345 (przepraszam za cytaty, ale tę metodę wymusił polemista), gdzie interpretacja zachowania bohaterów z powieści Sieniewicza prowadzi do wniosku: „Przekształcając supermarket w agorę własnej politycznej aktywności, wytworzyli późną nowoczesność. Ich okrzyki czynią z nich nie wrogów modernizacji, lecz bojowników o lepszą ponowoczesność…” (s. 345), z czego wynikałoby, że ludzie walczący o „lepszą ponowoczesność” są wewnątrz pewnej ponowoczesności, tj., jak czytamy zdanie wcześniej, wytworzonej przez nich późnej nowoczesności, a zatem: późna nowoczesność równa się ponowoczesność. Tymczasem na tej samej stronie poniżej pojawia się sąd: „Na tym, jak się zdaje, polega późna nowoczesność – na równoczesnym występowaniu zbiorowych zachowań z różnych epok: plemienna jedność, nowoczesna agitacja polityczna, ponowoczesna wspólnota konsumentów”; w zdaniu tym późna nowoczesność ogarnia kilka formacji kulturowych, w tym także ponowoczesność. Niejasności związane z tym problemem komplikują się w trakcie lektury książki, gdzie czytamy jeszcze np. o tym, że człowiek ponowoczesny to jeden z typów odmieńca represjonowanego przez normę polskiej późnej nowoczesności. Zapytam więc: jak można spójnie streścić pogląd Czaplińskiego na tę kwestię? I odpowiem: tylko dokonując streszczenia interpretującego przyczynę niespójności (szczegóły podam za chwilę).

Kłopot z zaakceptowaniem opowieści snutej przez autora „Polski do wymiany” leży zatem w przyjętym przezeń założeniu, iż należy opisywać zdarzenia literackie ostatnich kilkudziesięciu lat z perspektywy późnej nowoczesności, która byłaby faktem naraz zanotowanym i skonstruowanym przez polską literaturę w owym czasie. Tym, co stanowiło o dynamice całej literatury czytanej socjologicznie, byłby spór zwolenników dalszej szybkiej modernizacji oraz stronników nowoczesności tradycjonalistycznej, powolniejszej, bardziej uważającej na koszty modernizacji. Kłócą się oni nieustannie (m.in. za pomocą odmiennych obrazów literackich) o to, jak należy wcielać w życie idee nowoczesnej wolności, równości i braterstwa, obecnie zaś czynią to znowu, tyle że spór ten jest już kompletnie jałowy. Wszyscy, dopowiada Czapliński w tekście polemicznym, popadamy w impasy tych nierozwiązywalnych aporii późnej nowoczesności, dlatego, jak pisał w książce, „czas wymienić narracje” (s. 368). Powiedziałbym przeto, co następuje: przyczyną kłopotów opisanych przez krytyka nie jest wcale nowoczesność, gdyż późna nowoczesność przezeń przedstawiona to co najwyżej reakcja urazowa, za której powstanie odpowiedzialna jest ponowoczesność. Zauważmy, iż literatura tak opisana, jak to proponuje Czapliński, dałaby się zepchnąć w powtórkę z historii, w której wszyscy udają, że omawiane przez nich problemy nie są od dawna każdemu znane. Dlatego napisałem w recenzji, że narracja „Polski do wymiany” nazbyt przypomina dysputy modernizacyjne lat 20. i 30. Oczywiście, że wolność, równość i braterstwo muszą być wówczas tak przerobione przez literaturę, by dojść do impasu, gdyż w podobnym ujęciu przyjmujemy, że literatura prawie w ogóle nie włącza się w krytyczne omawianie ponowoczesnego dyskursu definiującego owe pojęcia. A dokładniej: tak stawiając sprawę, krytyk przypisuje literaturze naiwność, która być może i cechuje pewną jej część, ale zarazem uniemożliwia to dostrzeżenie, iż polska literatura po roku 1989 również coraz bardziej nieprzejednanie dokonuje rozrachunku z ponowoczesnymi ujęciami wolności, równości i braterstwa widzianymi m.in. jako przyczyny urazu modernizacyjnego. Tego ostatniego procesu Czapliński nie śledzi, powiada za to, iż człowiek ponowoczesny okazuje się innym zagłuszonym przez represyjne normy późnej nowoczesności… Widać zatem, jak bardzo nasze odmienne wstępne założenia czy perspektywy widzenia relacji późnej nowoczesności z ponowoczesnością muszą w końcu całkowicie oddalić odczytania moje i Czaplińskiego. Podkreślę przeto raz jeszcze: moje wątpliwości zgłoszone w recenzji biorą się z tego, iż inaczej postrzegam znaczenie czy rolę ponowoczesności, która jest w moim przekonaniu dominującym dyskursem ideologicznym ostatnich dwudziestu lat, dyskretnie dyscyplinującym każdą nieponowoczesną definicję wolności, równości i braterstwa.

Ulubionym chwytem dyskursu ponowoczesnego staje się oczywiście oskarżenie przeciwstawnych koncepcji czy formacji o to, że ktoś nie przerobił lekcji nowoczesności, że z niej jeszcze nie wyszedł i musi do tej szkółki wrócić, by dojść do ponowoczesności. Nieczęsto zdarza mi się zgadzać z poglądami Slavoja Žižka, ale pod tym akurat względem podzielam jego diagnozę sytuacji społeczno-politycznej w Polsce postawioną w rozprawie „W obronie przegranych spraw” (wspominam o tej sytuacji społeczno-politycznej z racji tego, iż „Polska do wymiany” proponuje socjologiczne ujęcie dziejów literatury polskiej po roku 1989). Słoweński humanista powiada tam, że błędem jest nabrać się na spór polskich zwolenników postępowej modernizacji ze spowalniającą unowocześnienie reakcją, z tego sporu należy się wyłączyć, gdyż w razie jego podjęcia musimy dojść do wniosku, że nie dla nas jest dyskusja o współczesnym świecie, gdyż najpierw musimy przejść wcześniejsze fazy modernizacji, a dopiero potem możemy wypowiadać się na temat ponowoczesności. Czapliński ten błędny, moim zdaniem, gest wykonuje w swojej książce, tj. przyjmuje, że naszym problemem jest ciągłe mozolne i nieudane wychodzenie z nowoczesności, stąd podsuwane przezeń remedium stanowi – ponowoczesność.

Twierdzenie to wymaga ode mnie natychmiastowego wyjaśnienia, gdyż autor „Śladów przełomu” łatwo mógłby mi odrzec, że wcale tego nie powiedział, że to, o co się upomina, zawarte jest w finałowym: „czas wymienić narracje”. To rozwiązanie jednak jest właśnie w pełni ponowoczesne! Pod względem przyjętego rozumienia narracji Czapliński okazuje się krytykiem ponowoczesnym, np. na wstępie powiada zdecydowanie: „Wszystko, co mamy, to narracje i instytucje służące do ich wymiany…” (s. 17). Zmiana rzeczywistości w tekst, a każdej ideologii w narrację to naczelne aksjomaty postmodernistycznej świadomości, w międzyczasie wszakże coś się przecież już zdążyło zmienić w naszym podejściu do ponowoczesnego narratywizmu. Wszystko, co mamy, to narracje? Chyba już niekoniecznie, skoro do jakości „wystających” spoza tekstu urosły nam takie realności jak doświadczenie, pamięć, trauma itp. Raczej dyskutujemy dziś nad ograniczeniami i słabościami radykalnego ponowoczesnego narratywizmu (Czapliński nie jest tu zresztą konsekwentny, np. w interpretacji „Lubiewa” Witkowskiego powiada, że oprócz tekstu pozostają w nas śmieci po PRL-u – zgadzam się z tym twierdzeniem, o ile nie są to tylko śmierci narracyjne).

W moim rozumieniu sytuacja wygląda zatem w taki sposób: represjonująca inne koncepcje ponowoczesna konceptualizacja wolności, równości i braterstwa wymusiła na części polskiej literatury (oraz części metod interpretowania tej literatury!) urazową reakcję w postaci wycofania się w pozorny, bo bardzo znajomy konflikt zwolenników szybkiej modernizacji i modernizacji spowolnionej. Czapliński proponuje przeto ponowoczesną kurację w postaci wymiany narracji, zrozumienia performatywnego charakteru tożsamości itp., zamiast prześledzić ruch krytyczny polskiej literatury, która przecież niekiedy „wie, co się dzieje”, tj. próbuje podejrzliwie analizować ponowoczesne ujęcie owych trzech kategorii widzianych jako przyczyny urazu modernizacyjnego. Czy nie jest czasem tak, że obecne w „Lubiewie” wycofanie się ze świata ponowoczesnych gejów w stronę żartobliwie tęskniących za PRL-em ciot jest chęcią zrobienia psikusa ponowoczesnej poprawności politycznej, której regułki wolności, równości i braterstwa deklamują na plaży „liberalni” geje?

Pora powrócić do kwestii mojego streszczenia interpretującego przyczyny niespójności relacji późnej nowoczesności z ponowoczesnością w „Polsce do wymiany”. W tekście polemizującym z moją recenzją autor zarzuca mi wielokrotnie, iż nieuczciwie przypisałem mu zamiar walki o tolerancję, podczas gdy on starał się jedynie uczciwie opisać toczący się w polskiej literaturze gwałtowny spór między zwolennikami modernizacji szybkiej i modernizacji tradycjonalistycznej, a nawet bezlitośnie obnażył zjawisko obskurantyzmu postępowców. Odpowiem na to, iż przypisałem Czaplińskiemu ów tolerancyjny zamiar nie z powodu upodobania do upraszczania zawiłych kwestii, lecz z upodobania do komplikowania zawiłych kwestii. Owa „tolerancja”, której nie może mi krytyk darować, jest nieco prowokacyjnym nazwaniem tego, czego dokonała „Polska do wymiany” na poziomie rozstrzygnięć pojęciowych. Chodzi mi mniej więcej o to, że Czapliński uczciwie i obiektywnie opisuje spór osób niechętnych szybkiej modernizacji z obskurantami postępowości, ale czyni tak przy użyciu kategorii ponowoczesnego lewicowego dyskursu postępowego. W książce Czaplińskiego obok ponowocześnie zdefiniowanej „narracji” znaleźć możemy inne elementy owego postępowego słownika. Autor „Polski do wymiany” np. dziwnie dobrze wie, jak rozwiązać problemy późnej nowoczesności z tożsamością, gdyż wyjaśnia za Judith Butler, na czym polega performatywność tożsamości, którą to prawdę pora nareszcie zrozumieć, by nieco wybrnąć z impasu późnej nowoczesności. Współcześnie wszakże wszystkie te pewniki podawane są w wątpliwość, ponowoczesne ujęcia owych kategorii (oraz wolności, równości i braterstwa) okazały się niegdyś zbawienne, ale w międzyczasie zostały przechwycone przez grę ekonomiczną, strategie medialne i wyobcowujący rodzaj polityki, stąd muszą być oglądane krytycznie, co bywa, jak sądzę, także udziałem naszej literatury (interesującym przykładem krytycznej analizy medialności ponowoczesnej i jej postępowej ponowoczesnej lewicowej ideologii może być chociażby „Paw Królowej” Doroty Masłowskiej).

Przyjrzyjmy się na tym tle dokładniej finałowemu „czas wymienić narracje”. Wniosek Czaplińskiego bierze się z założenia, iż problemem głównym polskiej literatury współczesnej jest „kryzys wymiany narracji” (s. 16), niezdolność do tworzenia nowych opisów świata, a w przypadku szczegółowo przezeń rozpatrywanym – do tworzenia bardziej zróżnicowanych narracji o wolności, równości i braterstwie w późnej nowoczesności. Mam w tej sprawie znowuż odmienne zdanie, gdyż dostrzegam trwającą wciąż wcale udaną wymienność narracji w polskiej literaturze: świetnie zmieniającą się prozę feministyczną, ciekawie ewoluującą literaturę zaangażowaną, śmiałe eksperymenty z formą literacką, ale i przybierające na sile tak ciekawe zjawiska, jak polska proza powstająca na terenie Niemiec itp. itd. Kwestie wolności, równości i braterstwa stawiane są tam bardzo różnorodnie i specjalnego kryzysu wymiany narracji w nich nie widzę. Natomiast przekonanie o istniejącym „kryzysie wymiany narracji” wymagającym szybkiej „wymiany narracji” ponownie odsyła do podstawowej różnicy między Czaplińskiego i moim widzeniem relacji między późną nowoczesnością i ponowoczesnością. W moim przekonaniu jest to zalecenie mylnie sformułowane, gdyż wcale nie trapi nas kryzys wymiany narracji, lecz coś przeciwnego – otaczające nas praktyki nadmiernie szybkiej wymiany narracji. Z dnia na dzień mamy się fascynować podstawianymi nam co rusz odmiennymi tematami, estetykami, politycznościami i ten płynący zewsząd nakaz wymiany narracji jest dowodem na to, iż swego czasu mądra oraz prawdziwie emancypacyjna ponowoczesna idea zmiany narracyjnej została już znaturalizowana i przechwycona przez instancje różnorakiej władzy. Dlatego procesem, który wypada dostrzec w literaturze, jest przybierający w niej na sile opór przeciw idei wymiany narracji, a dokładniej: rozwijana i sprawdzana na wiele sposobów niewymienność narracji. Patronką tak widzianej koncepcji literatury można uczynić wydaną przez paroma laty „Gomorrę” Roberta Saviano, powieść-reportaż o neapolitańskiej mafii, której autor nie tylko podał prawdziwe imię i nazwisko, ale także zamieścił swoje zdjęcie, czym wystawił się na zemstę mafii. Wszystko po to, aby nie można było tej narracji wymienić na żadną inną, aby uwiązać siebie, swoje życie przy tym jednym przekazie. Jakiekolwiek będą losy tego pisarza, nigdy nie będzie można odłączyć ich od tej jednej publikacji.

Rzecz jasna, ułatwiam sobie sprawę, podając przykład włoski, więc przywołam książkę z naszego podwórka, gdzie niewymienność narracyjna sprawdzana jest od innej strony. Sięgnijmy znowuż po drobną książeczkę „Dojczland” Stasiuka, o które to dziełko tak wdzięcznie się z Czaplińskim spieramy: on odmawia mu większej wartości, dla mnie nawet tam istnieje możliwość ożywczego poruszenia interpretacyjnego. Nie dla czczej przekory wracam do niej, ale po to, by zauważyć, że odkrywczy aspekt tej książki (nie przeczę, że nie ma w niej mielizn, przecież nie mogłem wszystkiego opisać w recenzji) polega m.in. na zauważeniu zjawiska niewymienności narracji. Stasiuk oparł opowieść na tym, co uparcie opiera się wymianie – przesądach społecznych. Powtarza i inscenizuje stereotypy antyniemieckie, sprawdza moc i upór tych powtarzanych w nieskończoność fabuł oraz obrazów, bada siłę ich zakotwiczenia w samym sobie i pyta – o ich pozytywną rolę (!). Przypomnijmy najpierw, że ulubionym sposobem ponowoczesnej krytyki społecznej było wskazywanie na fatalne skutki uprzedzeń i zabobonów wobec innych, obcych, nietutejszych. Chętnie przytakiwaliśmy takim emancypacyjnym krytykom, pora wszakże zapytać, czy czasem nie wmanewrowaliśmy się w fiksację wytworzoną przez wroga wymyślonego przez ponowoczesny narratywizm. Rzekomo zbawcza wymienność opowieści zalecana przez tych teoretyków narracji musiała wytworzyć sobie wroga, którym były wszystkie mechanizmy niewymienności narracyjnej, stąd ponowoczesna interpretacja przesądu była tegoż przesądu radykalną inkryminacją. Ponowoczesność opowiadała więc nieustannie o zbrodniach spowodowanych przez siłę stadnych uprzedzeń, na tym tle nowość książek takich jak „Dojczland” polega na odwadze powiedzenia, iż przesąd zawiązuje wspólnotę z tymi, których rzekomo stygmatyzuje. Restytucja tej wspólnotowej roli przesądu używanej jako krytyka ponowoczesnego projektu wspólnotowości (i spajającej ów projekt ponowowczesnej korelacji wolności, równości i braterstwa) powiada, iż nie ma wspólnoty bez słowa rozumianego jako zaczepka, przezwisko czy krzywdząca „łatka”, jaką jest przesąd i każda w ogóle nazwa. Trzeba na przekór całej ponowoczesnej retoryce ujrzeć w przesądzie otwarcie komunikacyjne, ową zaczepkę, która nie znosi bierności, pragnie zmusić innego czy obcego do reakcji (sama jest też konieczną reakcją na bliskość obcego), „chce pogadać”, także pośmiać się ze swych uproszczeń (ten typ ironicznego traktowania stereotypu zauważa w „Dojczland” również Czapliński, tyle że odmawia mu znaczenia).

Tak widziany przesąd jest zatem otwarciem komunikacyjnym, które uniemożliwia innemu obojętność, a zarazem nie udaje, że jest w stanie całkowicie udanie poznawać innego, „strukturalnie” pamięta o jego obcości. Wbrew pozorom żartobliwie utylizująca przesądy opowieść chce zobaczyć to, co inne, wejść z innym w prawdziwą relację, tyle że poza ponowoczesnym układem spokojnie koegzystujących, udających równość, a w gruncie rzeczy autarkicznych podmiotów. Ponowoczesny narratywizm nie tworzył udanej wspólnoty komunikacyjnej, gdyż zmieniał ową wspólnotę w zbiorowość obojętnych, nie stykających się ze sobą jednostek. W „Dojczland” natomiast pojawia się relacja, którą nazwałem połączeniem bliskości i obcości: opowiadający jest „za blisko” Niemców, cały czas odczuwa dotkliwie ich obcość, która nie daje mu spokoju, musi o niej gadać językiem wyrażających ową obcość stereotypów niemieckości. Podobnie prowadzona opowieść nie układa się wszakże w „próbę asymilacji, a potem odepchnięcie”, jak napisał Czapliński. Jest dokładnie na odwrót, nie pojmuję wręcz, skąd wziął się podobny wniosek krytyka, gdyż w moim przekonaniu przebieg relacji Stasiuka z innością niemiecką układa się następująco: pojawia się próba asymilacji, prowadzi ona do estetycznego oswojenia Niemiec (obrazy Berlina utrzymane w konwencji malarstwa Chagalla i sztuki filmowej Fritza Langa), sympatyzowania (niechętny opis pomnika sowieckiego sołdata w stolicy Niemiec) aż wreszcie dochodzi do wręcz zbyt łatwego zbliżenia. Opowiadacz Stasiuka ogląda na lotnisku w telewizorze Benedykta XVI klęczącego w Auschwitz (kamień węgielny nowego pojednania), a chwilę później spogląda na słońce posyłające znad Niemiec promyk jasności ku odlatującym do Polski pasażerom. Uważam, że jest to słabe, metafizykujące zakończenie opowieści, ale jakkolwiek by go nie oceniać, w żadnym razie nie następuje tam „odepchnięcie”. Broniłbym zatem tezy, iż „Dojczland” Stasiuka to książka, która uchwyciła pozytywną wspólnotową wartość zjawiska niewymienności narracyjnej, wygrała jego antyponowoczesne znaczenia, choć przesłoniła nieco wartość tego odkrycia pospiesznym, nazbyt poprawnościowym akcentem łatwego pojednania w zakończeniu.

Wróciłem do „Dojczland” także i z pewnego „strategicznego” powodu. Spierając się z odczytaniem tej książeczki przez Czaplińskiego, chcę odpowiedzieć na jego pytanie, które to współczesne książki uważam za rewelatorskie. Odpowiem po prostu: prawie wszystkie, o ile porzucimy przyjętą w „Polsce do wymiany” definicję późnej nowoczesności i zawarte tam ujęcie jej związku z ponowoczesnością.