Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Izabela Ochman,

LUSTRO W KAMIENICY

A A A
Niezwykłą cechą obrazów Mariana Solisza jest ich idealna precyzja, osiągana bardzo skromnymi i prymitywnymi środkami: zwykła, dziecięca linijka łączy oddalone od siebie punkty. Jednak w związku z tym, że odległości te są przeważnie znaczne artysta posiłkuje się rozpiętą na przestrzeni płótna nitką. Przeważnie powstaje z tego całość kompozycyjna, w której szkielet wykreśleń architektonicznych, nasuwających skojarzenia związane z strunami jakiegoś delikatnego instrumentu (harfy?), dopełniany jest ekspresyjnością barw: jarmarcznych, kosmicznych, zestawionych nieco cyrkowo. Skromność bieli i szarości rozbija się z hukiem o zmysłowe bukiety spontanicznych barw. Matematyczna precyzja rozmawia ze swoją siostrą – poezją. Nie jest to wszakże romantyczna pogawędka, a pełen napięć dyskurs, w którym nic nie jest przegadane, gdyż podobnie jak używane przez malarza kolory są jednoznaczne, czyste, pozbawione półtonów, tak jego obrazy unikają sentymentalnej paplaniny.

Na obrazach Solisza słychać jak milczą masywne, zakurzone budynki, jak woda zamknięta w „pojemniku – domu” wyzbyła się swojego pluskotu. W tej ciszy trwa poszukiwanie domu: na moment staje się nim kamienica, betonowy blok, azjatycka w swym klimacie willa. Dokonuje się próba zadomowienia hybrydycznego tworu, ni to kamienicy, ni kościoła. Naszym oczom ukazuje się świątynia poprzecinana tysiącem prostych krzyżujących się pod mnogością różnych kątów. Krzyże, które powstają dzięki temu w różnych miejscach w przestrzeni mają chyba wypełniać lukę po krzyżu podstawowym, tradycyjnym, którego jako zwieńczenia wieży zabrakło. Budowla ta nie ma wnętrza, jest rodzajem pustego pasażu. Niepokojący jest także lichy fundament, jeden jedyny – jak patyczek z lizaka. Jednak jest w tym przestawieniu coś szalenie stabilnego, co sprowadza nas na ziemię i pozwala odetchnąć z ulgą. Interpretuję to jako ostatnią deskę ratunku: trzy stalowe, równo odmierzone stopnie, w które wyposażona jest, zwrócona do widza bokiem, wieża kościoła - kamienicy. Nasuwa się anachroniczne skojarzenie związane z trzystopniową drabiną bytów Tomasza z Akwinu. Natomiast w swej estetyce szczeble te odsyłają do tych, które ujrzeć można na basenach. Korzystamy z nich, jeśli nie stać nas na spontaniczność w przywitaniu z żywiołem wody. Podobne ukazują się naszym oczom, kiedy na ulicy przypadkowo spotykamy demontaż pokrywy studzienki kanalizacyjnej. Te tajemnicze schodki służą więc równocześnie do schodzenia w głąb, ku żywiołom, nieświadomości, do podziemi i piwnic, ale także umożliwiają szybkie i sprawne znalezienie się na powierzchni. Omawiana kreacja ostatecznie dąży jednak silniej ku symbolom mającym pobudzać w widzu niepewność i rodzaj rozchwiania, gdyż stanowi ona obraz miejsca zdekonstruowanego, pełnego niedoprecyzowań co do kierunku poruszania się po nim. Przedstawienie gra z czytelnikiem za pomocą form wytrącanych z przypisanych im kulturowo treści. I w tej perspektywie porozpinane w przestrzeni linie mogą kojarzyć się z linami, na których podskakują lekko i bez strachu akrobaci: żonglerzy, rowerzyści itp. Światy malowane ręką Solisza są wbrew powierzchownemu wrażeniu bardzo obficie zapełniane różnymi formami bytów, obserwujemy w nich cały wachlarz zachowań ludzkich, mrowie postaci archetypicznych: bajkowych, baśniowych, mitycznych. Jednym z nietuzinkowych sposobów, w jaki artysta puszcza do nas oko jest eksploatowany bardzo dogłębnie w jego twórczości motyw odbicia, czy to w szybie napotykanych budynków, czy w tafli wody, w lustrze. Jednak wraz z tym motywem uruchamia się cała machina koncepcji: w jaki sposób coś może się odbijać: jak obraz odbija się we wnętrzu patrzącego nań? Jak my odbijamy się w napotykanych obrazach? Następnie cała sfera cienia jako odbicia. Cień jest czymś, co frapuje artystę. Zupełnie jakby dopiero cień stanowił przypieczętowanie istnienia, chciałoby się zacytować Czesława Miłosza „co nie ma cienia, istnieć nie ma siły”. Zaraz za tym nasuwa się pytanie, czy przedmioty, które malarz uchwycił, są realne?

Świat tych obrazów nasycony jest niezwykłością i nie pozwala się porównywać do świata zwykłego, gdyż jest światem specjalnie powołanym do życia. Artysta nie silił się na konstruowanie odbicia rzeczywistości zastanej, tej wokół siebie: miast w których bywał, domów, dróg. Lustro od zawsze było przedmiotem magicznym, bo czym w istocie jest rzeczywistość w nim ujrzana? W powietrzu wisi pytanie o realność tej rzeczywistości. Nad płótnami Mariana Solisza krąży duch tego pytania. I cichym echem odbija się przez kolejne cienkie ściany obrazów porozwieszanych na metalowych konstrukcjach industrialnej galerii w byłym Szybie Wilson. Świat lustra jest nieprzystępny, bo choć przeróżne filmy naszpikowane fantastyką karmiły nas wizją możliwości przekroczenia progu lustra, po latach uderzaliśmy nie raz w lśniącą, przedziwną barierę, szkłem raniąc sobie głowę. Czasami do krwi. Jako dojrzali odbiorcy sztuki stajemy przed obrazami Mariana Solisza świadomi pewnych granic. I to nas ratuje przed całkowitą porażką w odbiorze tych przedstawień. Ich świat jest zamknięty, stanowi miarę sam dla siebie, jest zwartym bytem, do którego nie można nic dodać, nic ująć.

Marian Solisz buduje nową jakość z tych klocków, które nie tyle otrzymał w dziedzictwie przechodzącym z dziada pradziada, co sam tworzy razem z innymi kreatorami XXI – wiecznymi: projektantami, architektami. Jeśli spojrzeć na jego obrazy przez pryzmat realnej rzeczywistości: świat w nich zaklęty jest zatrzymany w bezruchu, wszystkie jego elementy zastygły przez moment w kontemplacyjnym geście: kominy, nowoczesne latarnie, dźwigi, słupy wysokiego napięcia, prąd biegnący w kablach. Wszystko to zdaje się kontemplować samo siebie. Na obrazach widzimy rzeczy zastygłe w procesach, pogrążone w przypisanym im trwaniu. Jeśli żelazko służy do prasowania, to nigdzie nie może być bardziej żelazkiem niż na obrazach Solisza. Jest to zgoła zupełnie inne spojrzenie na rzecz niż te zaproponowane przez Martina Heideggera. Myśliciel ten twierdził, że rzecz najbardziej naszpikowana jest dziwnością, kiedy wyrzuci się ją z przypisanego jej kontekstu. Natomiast twórca omawianych tu kreacji proponuje nam niezwykły teatr czarów bez potrzeby pozbawiania rzeczy ich codziennej funkcji, gdyż właśnie ta funkcja jest dla artysty najbardziej wartościowym materiałem.
Marian Solisz „Rzut. Mapa. Plama”. Galeria Szyb Wilson, wystawa czynna od 10 września 2009.