ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (142) / 2009

Magdalena Boczkowska, Piotr Sobolczyk,

SUPERPIOTRKET, CZYLI KLEKS W KOSMOSIE

A A A
Z Piotrem Sobolczykiem rozmawia Magdalena Boczkowska.
Magdalena Boczkowska: W jednym z tekstów pomieszczonych w najnowszym tomiku napisałeś: „jak zdejmę tekst okularów / widzę siebie”. Ja również zawsze w Twoich tekstach widzę przede wszystkim Ciebie. Na ile zatem eksponujesz w swej twórczości – pozwól, że posłużę się terminologią Czermińskiej – „trzeci wierzchołek” autobiograficznego trójkąta? Mam bowiem wrażenie, że jest u Ciebie wiele z postawy wyzwania rzuconego odbiorcy...

Piotr Sobolczyk: Trafnie zwracasz uwagę na motyw okularów, soczewek, szkiełek, lusterek u mnie. Nie wyniknęło to z zaplanowania, ale zauważyłem powtarzalność, robiąc kolejne korekty tomiku. Podobnie jak zacząłem zauważać, że często powtarza się u mnie jako „sytuacja liryczna” rozmowa telefoniczna, i w tym tomie i w poprzednim. Przy czym moje przekonanie byłoby takie, że nikt z nas nie jest bez winy, tj. bez okularów. Każdy ma jakieś swoje soczewki, odbicia, nikt nie postrzega bez. Co do tego wiersza o efebach, to pamiętam, jak on powstał. Byłem umówiony z Wojtkiem Ligęzą w kawiarni (dość podłej) Convivium w Collegium Novum UJ na rozmowę o maszynopisie tomiku „Homunculus”, do której Wojtek, wówczas dla mnie Pan Wojciech, pisał posłowie, ale jak przyszedłem, On nie skończył jeszcze swojej rozmowy z prof. Zarębianką. Siadłem przy stoliku obok, wyjąłem maszynopis, ale zaczął mi się układać w głowie wiersz – więc szybko zapisałem go z tyłu wydruku. Efebów tam nie było, raczej nieświeże pierogi; ja sam mogłem jeszcze uchodzić za efeba, miałem ze 24 lata. Ten wiersz nie jest o mnie, jest hipotetyczny. Nie żebym nie widywał efebów. Ale, pomimo sporego astygmatyzmu, ja noszę okulary tylko do pisania, czytania i oglądania. Zresztą po zacytowanych przez Ciebie linijkach pada: „i zobacz w tym topos”. Odpowiadając Ci bardziej wprost, uważam, że pisanie o sobie jest uczciwe. Nigdy nie lubiłem stylów myślowych, które krytykowały pisanie o sobie, Ellioty, korelaty, Miłosze, tysiąc wierszy o sadzeniu grochu albo czystym cogito lub Dasein. Często kończy się to pisaniem o sobie na użytek „odbiorców”, w zawoalowanej formie, kreowaniem automitów. Mnie interesuje możliwość samopoznania (w różnych aspektach psychicznych, sytuacjach życiowych), a niekiedy najlepiej zrozumiemy coś, wysławiając to. Przy czym wiersze potrafią być dość zwięzłe.

M.B.: Tomik nosi tytuł „Dywan Pierrota”. Wariacje na temat Pierrota pojawiają się zresztą w całej książeczce dosyć często, a nie przypuszczam, że tylko z powodu Twojego imienia... Był on – jak wiadomo – bohaterem jarmarcznych teatrów francuskich i włoskiej komedii dell’arte, z czasem z postaci komicznej stał się jednak bardziej romantyczny. Czy utożsamiasz się w jakiś sposób z Pierrotem? Skąd pomysł na tytuł tomu?

P.S.: Po dwóch tomikach dość „poważnych” – za to po dwóch książkach prozatorskich raczej zabawnych – pomyślałem, że można by zebrać te wiersze z dominantą „błazeńską”, zmieszać z „poważniejszymi”, w ogóle zrobić trochę jarmark, trochę buffo. Pierrot tu bardzo pasował. Poza tym na kursie francuskiego wszyscy się do mnie zwracali per Pierre, czasem Pierrot (na kursie hiszpańskiego per Pedro, Tomek Charnas i Evita Ela Nowakowska, których znam nie z kursu, oczywiście, do dziś tak do mnie i o mnie mówią). Jak już tomik był gotowy, ułożony, przypomniałem sobie o wierszach Verlaine’a o Pierrocie, wybrałem jeden i – nolens volens – musiałem przełożyć. Zresztą brzmi prawie gładko. Mam ciekawe wydanie francuskie wierszy Verlaine’a z 1911 roku, ze wstępem jego przyjaciela i przeciętnego poety symbolistycznego, François Coppée, kupiony w klasie maturalnej za grosze w Bibliotece KUL, która pozbywała się dubletów. Współcześnie, mam wrażenie, trochę nie docenia się Verlaine’a na rzecz Baudelaire’a i Rimbauda. Ja chyba wolę Verlaine’a niż Rimbauda... Można by się zastanawiać, czy te Pierroty u niego nie mają podtekstu homoerotycznego. A „dywan” w tytule wziął się, oczywiście, z tradycji liryki arabskiej, przy czym do układu wierszy nawiązałem jednak nieco europeizująco, bo zamiast brać pod uwagę układ alfabetyczny o s t a t n i c h liter w rymie ostatniego wersu, ułożyłem alfabetycznie według pierwszych liter. Wywołuje to wrażenie równocześnie uporządkowania i kapryśności. Jedna znajoma ślicznie się wyraziła: jesteś w tym tomie jak taki (Pan) Kleks w Kosmosie.

M.B.: No właśnie. Tomik ma bardzo przemyślaną kompozycję. Składa się z pięciu części: „Pierrwsze koty za płoty”, „Autopierroty”, „Nie tylko w pierrwszej osobie”, „Pierrdy Pierrota”, „Pierrformyzmy” oraz „Pierrwszy i dostatni”. Pierwsza cząstka to tylko jeden prozatorski fragment o poecie, druga to swoisty autoportret, autobiografia, we wszystkich każdy tekst – jak sam wspomniałeś, europeizująco – zaczyna się od kolejnej litery alfabetu, a kolejne to wariacje na różne tematy, także krótkie aforyzmy, na przykład – mój ulubiony – „co kraj to obcy czaj”. Ostatni zaś to znowu tylko jeden, tym razem króciutki, wiersz. Zawsze tak skrupulatnie pracujesz nad tekstami, nad kompozycją całości?

P.S.: Ten „czaj” powstał chyba na wycieczce po Syrii i Jordanii, gdzie zresztą napisałem cały cykl podróżny „100% Arabica”, połowę wydrukowała „Fraza” (2009, nr 1-2), kilka prezentujemy w tym numerze „artPAPIERu”. Jestem fanatykiem herbaty. W Polsce, uważam i zauważam, kultura herbaty jest bardzo niska, podczas gdy kultura kawy bardzo się poprawia. W 90% knajp czy nawet restauracji dostaniesz „markowe” torebki. Nie torebka jako taka jest problemem, ja też używam papierowych filtrów, ale wiem, co do nich wkładam i ile. Otóż w „markowych” torebkach zwykle jest tzw. „pył herbaciany”, czyli czwarta lub piąta kategoria, „odpadki ze stołu”. „Szaj po arabsku” w Syrii i Jordanii to zwykle porządny chiński Yunnan z listkami świeżej mięty (robię ją często w domu, jak jest sezon na świeże zioła). Ale na pustyni Wadi Rum dostaliśmy czarną herbatę z szałwią. Popularna jest też herbata z kardamonem lub cynamonem (w utartych laskach oczywiście). W Maroku pije się zieloną herbatę z tzw. miętą marokańską, czyli nie pieprzową, zwykle słodzoną, choć ja wolę nie. W Turcji wszędzie częstują gości czy klientów „apple cay” w małych szklaneczkach, mam dwie takie w domu. Poza tym pijają tzw. „rize cay”. Czesi mają sporo herbaciarni. Brytyjczycy dbają o herbatę. W Rosji na zadupiu na północy, w przerwie w rejsie Moskwa-Petersburg, piłem podwędzaną herbatę z samowara z niezwykłymi ziołami i chyba wódką lub spirytusem. Nie szanują herbaty natomiast Hiszpanie, uważają ją za coś w rodzaju środka na trawienie, ale gdy tam mieszkałem, pijałem z Latynosami miłą mate. W Chinach i później Japonii uważano herbatę za napój poetów; cóż, raczej tę wysokiej jakości. Tak więc krajem z dość obcym czajem jest dla mnie, niestety, Polska. Ale „czaj” w tym wierszu to oczywista nie tylko „herbata”. Teraz, co do kompozycji, ona zawsze jest później, nigdy nie piszę wierszy „pod”, bo będzie pasowało, do planu. Można je było ułożyć tak albo inaczej, akurat miałem pomysły na te tytuły cykli z wibrującym „rr” i „Pierrotami”. Prawdopodobnie moim wewnętrznym archetypem „architektonicznego tomu poetyckiego” jest „W mroku gwiazd” Micińskiego, kompozycja niesamowita, i mając taki wzorzec też próbuję układać wiersze w układy. Już w „Homunculusie” była architektonika. W „Samotuleniu” nie bardzo, przy czym jest tam parę wierszy, których zupełnie dobrze mogłoby nie być – ale jako debiutant człowiek nie zawsze ma to „wyczucie” co później – zwłaszcza że miałem też inne, niektóre wykorzystane choćby w „Dywanie...”, jak „Egzorcyzm”czy wiersz o mieszkaniu wynajmowanym u dominy, albo „Nie-dziela po-wiela śmier-dziela”; a niektóre z aforyzmów to w ogóle sięgają szkoły średniej, czyli pierwszych tzw. „prób poetyckich”. Po prostu wtedy, w 2001, chyba nie chciałem takiego tonu nieco buffoniastego. Przez dwa F.

M.B.: W wierszu „Pan Piotruś” piszesz: „czekam na powrót czarodzieja / choćby prospera w płaszczu (...)”. To tekst o narodzinach, czujesz się czasem wiecznym Piotrusiem Panem, który nie chce dorosnąć? I co wtedy byłoby Twoją Nibylandią? Poezja? Czy też może raczej jesteś jak Ariel, czekający na uwolnienia właśnie przez Prospera?

P.S.: Nie lubię mitu Piotrusia Pana i tłumaczenia (się) facetów w ten sposób. Miałem na myśli raczej takie sytuacje, w których człowiek ma opóźniony, powiedzmy, start w niezależność. Jeśli bowiem po 24 latach życia na koszt rodziców, decyduje się na robienie doktoratu – i to porządnego doktoratu – w jednostce, która nie wspiera żadnymi kwotami, to wejście w „dojrzałość” mu się przedłuża. No i bywa, że jego „nagrodą” jest n i c w płaszczu Prospera. Zresztą, żeby to Prospera, czasami. Choć ten wiersz nie dotyczył bezpośrednio tego, o czym teraz mówię. Można go powiązać z nurtem „efebim” czy chęcią wyglądania młodo – lub lękiem przed starzeniem się – a to nie ma nic do rzeczy z kwestią (uzyskiwania) dojrzałości mentalnej. Zresztą nie należy do moich ulubionych. Prosiłem jednak pewnych przyjaciół o konsultacje i oni byli ZA.

M.B.: Znam niestety z autopsji sytuację, o której mówisz. Dlatego z wielkim zainteresowaniem przeczytałam tekst „Z poradnika dla doktorantów”, dedykowany ministerstwu. Czy często piszesz, by tak rzec, z rozgoryczenia? Co najczęściej Cię inspiruje?

P.S.: Naprawdę, wierzcie lub nie, mówcie, że to stary mit, ale sytuacje rozgoryczenia, pewnie dlatego, że przyczyniają się do kumulacji energii w ogóle (co z tego, że raczej złej), wytwarzają taki stan napięcia, który potrafi ujść „twórczo”. Znaczy: frazy lecą bez wysiłku. Niestety, kiedyś osiągnąłem taką kumulację energii goryczy, że w trakcie rozmowy telefonicznej, zamiast napisać wiersz, krzyczałem i jakimś swoim biopolem doprowadziłem do pęknięcia żarówki w drobiazgi, a w konsekwencji zwarcia, którego nie umiałem usunąć. Zdaje się, że sytuacja z wiersza o spaleniu się kineskopu miała podobne podłoże. Krótko mówiąc: dla świata lepiej, abym pisał wiersze, bo jeszcze stałbym się jakimś Zeusem. Ale są sytuacje odwrotne energetycznie, człowiek jest w tak świetnym nastroju, że dostrzega znacznie więcej – tym samym, więcej tematów i ich ujęć – i wszystko go śmieszy, we wszystkim dostrzega dowcip. Na przykład wiersz o „wypsaniu się jak wyspaniel” jest efektem przelewania się we mnie takiej energii. Myślę, że dokładnie o tym pisała Świrszczyńska w „Szczęściu istnienia: gębo nadmiaru, krzycz, gębo”. Są jeszcze nastroje smutku, przejęcia się czyjąś sprawą, wtedy się pisze, jakby się mówiło coś do przyjaciela. Wszystko to sprowadza się jednak do kwestii „kumulacji energii” i jej kanalizowania. Po napisaniu – wyrzyganiu z siebie – takiego wiersza bywa, że z człowieka uchodzi „para”, klapnie. Niekiedy nawet zaczynam czuć głód albo ręce mi się trzęsą, jak po noszeniu jakiejś szafy. Dotyczy to także szybkiego pisania prozy w euforynie.

M.B.: W ankiecie zatytułowanej „Twórczość w godzinach nadliczbowych” powiedziałeś niegdyś, że do prozy trzeba przysiąść, natomiast poezja przychodzi sama. Poetą się jest czy się nim bywa? A Ty, wolisz pisać prozę czy poezję? I kim bardziej się czujesz – prozaikiem czy poetą?

P.S.: Nikim bardziej. Wprawdzie prozę pisałem wcześniej, bo od 14. roku życia, a tak zupełnie ściśle biorąc, to od trzeciego jakieś książeczki z bajkami, choć wierszyki wtedy też, w wieku 12 lat napisałem horror „Bagno” i „Bagno II”. Jak jest pomysł na wiersz, to zapisuje się go, ewentualnie trochę chodzi się z nim (np. w tramwaju czy po mieście). Mam takie pomysły na prozy, które noszę latami. W tej chwili kończę powieść, mam około 400 stron. Ale zanim ją zacząłem pisać trzy lata temu, miałem pomysł na taką mini-powieść czy powiastkę, a także na inną książkę prozatorską. Mam nadzieję, że będę je sukcesywnie realizował, do każdej jednak trzeba – właśnie – przysiąść. Kwestia dylematu „jest czy bywa”, jak „być czy mieć”, mnie nie interesuje. To nie ma znaczenia zresztą.

M.B.: W „Dywanie Pierrota” widać wyraźnie rozmaite wpływy, przywołujesz różne tradycje literackie – między innymi z literatury hiszpańskiej, angielskiej, francuskiej, także polskiej, na przykład świetny tren „wielkieś pustki uczynił w domu moim / mój drogi kineskopie tym spaleniem swoim”. Ale czy czytujesz kolegów po piórze? Czy twórczość kogoś z tzw. roczników siedemdziesiątych wywarła na Tobie silne wrażenie?

P.S.: E, wiadomo, że czytuję, bo pisuję o nich. Natomiast bez cienia autokreacji mogę powiedzieć, że twórczość nikogo z roczników 60., 70., 80., 90. i 2000. nie wywarła żadnego wpływu na moją własną. Podoba mi się to i owo u tej lub owego (patrz: recenzje), ale nie będę o tym mówił, bo to nie ma związku z moją poezją. Dla mnie oni są równolegle.

M.B.: Jesteś również krytykiem, teoretykiem i historykiem literatury. Czy owo swoiste „wtajemniczenie” pomaga czy raczej przeszkadza we własnej twórczości?

P.S.: Mnie nie przeszkadza. Nasuwa się przysłowie o złej baletnicy.

M.B.: Jaką ocenę Piotrowi Sobolczykowi-poecie wystawiłby w takim razie Piotr Sobolczyk-teoretyk literatury?

P.S.: Oczywiście wysoką. W przeciwnym wypadku powinien porzucić teorię literatury na rzecz pedagogiki lub filozofii moralnej!

M.B.: William Szekspir napisał, że „życie jest tylko opowieścią idioty, pełną wściekłości i wrzasku, ale nic nie znaczącą”. W jednym z wierszy również mówisz „wyśnił mi dawno życie idiota”. Czy można sobie z tym jakoś poradzić? Co byłoby lekarstwem albo sposobem na uwolnienie się z tego snu, na obudzenie? Pisanie?

P.S.: To jest wiersz o „ciotach”, więc przywołana przez Ciebie fraza z parafrazą Szekspira ma znaczenie bardzo dosłowne – ci, którzy uważają, że wyśnili osobom LGBT jakiś model życia, są idiotami. O tej banalnej lecz nierzadko przykrej heteromatrix mówię. „Dawno” – bo postuluję ją jako przeżytek i residuum. Uwaga, wywołuję skandal: jeśli ktoś sądzi, że to niejaki „Bóg” wyśnił ludziom życie, w którym osobom LGBT nie należy okazywać szacunku, to ja mówię, że tym idiotą śniącym był „Bóg”. Uwaga, osłabiam skandal: nie wierzę w „Boga”, mówiąc więc „idiota”, odnoszę się do kulturowego konstruktu jakichś grup ludzi. Oczywiście to jest przykład liryki roli lub maski, bo jako porządny teoretyk literatury zawsze to mylę, takiej modelowej postaci, bo nie mówi o mnie. Mnie nikt nawet nie próbuje mówić, jak mam żyć, bo zwykle tego żałuje. Co gorsza, obawiam się, że mało kto uznałby mnie za wampa.

M.B.: Jednym z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów jest bez wątpienia wiersz „Obóz reinkarnacyjny”. Lubisz prowokować? Szokować? Wywoływać skandale?

P.S.: To wiersz o, by tak powiedzieć, „wyzwoleniu zwierząt”, jak w książce Petera Singera. Wątek wegetariański i praw zwierząt jest w tym tomie zresztą szerszy, a kwestia wegetarianizmu powtarza się u mnie wielokrotnie w prozach („Opowieściach”, „Españii”, ostatnio w opowiadaniu w „Pograniczach” 2009, nr 2, a nawet wcześniej w prozie „sportowej” w „Redzie”). Co tu jest szokującego? Chyba to, że ludzie unikają refleksji o tym, co „za ścianą” (miasta) wyrabia się z istotami czującymi. Każde przypomnienie czy wypomnienie tego uznają za „szokujące” czy „drastyczne”. „Estetyczny” kawałek piersi kurczaka, zwanego w procesie przetwórstwa przemysłowego brojlerem, zawinięty w folię na tacce, leżący w chłodnej lodówce sklepowej – nie szokuje. Pytanie, czy lubię prowokować wydaje mi się nieco nieadekwatne do mojej osoby czy konstrukcji psychicznej, a prawdopodobnie najlepsza odpowiedź na nie brzmi: nie znoszę hipokryzji i umywania rączek. I zmówek milczenia. Czasami ktoś musi się odezwać! Moja Mama jak widzi złodzieja kradnącego w autobusie z czyjejś torebki, to zaraz robi raban, czy jak ktoś leży na ulicy lub był wypadek, to nie idzie dalej, tylko zaraz reaguje, podbiega. Coś się u Niej jak gdyby włącza, ma zastrzyk energii. To wspaniałe. Ja w takich życiowych sytuacjach czasami reaguję podobnie, niekiedy jednak mam jakieś dołki, wycofania się, blokady itd. i, niestety, bywa, że nie zaangażuję się. Potem się wstydzę za siebie. Z drugiej strony są różne rodzaje „odwag”. Zauważyłem np., nie mówię teraz o Mamie, że ludzie, którzy natychmiast reagują w sytuacjach życiowych, często mają opory, by zabrać głos w sytuacji publicznej. Ja – żadnych. Byliśmy kiedyś razem na konferencji, to wiesz. Mama nieraz wolałaby, żebym się „nie wychylał”, ale to wynika z troski o mnie, że sobie zaszkodzę itp., nie dlatego, żebym mówił coś niesłusznego, a przecież to druga strona tego, co i Ona robi. Niezgody na obojętność.

M.B.: W „Dywanie Pierrota” widać wyraźnie, charakterystyczne dla Ciebie, cechy poetyki z poprzednich Twych tomików – „Samoutulenie” i „Homunculus” – takie jak na przykład kwestionowanie obowiązujących reguł językowych, mnóstwo neologizmów, przerzutni, metafor, zbitek słownych. Jeden z krytyków nazwał to nawet Twoim osobistym „postlingwistycznym entouragem”. Jednak nowy tomik jest „odświeżony”, bardzo dojrzały i bardziej przemyślany, napisałeś nawet wiersz zatytułowany „Epitafium...” Czyżby koniec z poezją? Jakie są Twoje najbliższe plany pisarskie?

P.S.: Tak. To ja może powiem na wszelki wypadek coś o neolingwizmie, choć właściwie nie do końca pytany. Ja tak po postu pisałem od dawna pod wpływem Białoszewskiego. Kiedy miałem debiutować, w ogóle nie znałem tzw. „młodej poezji”. Z artykułu „Bądźmy szczerzy” Leszka Szarugi w „Rzeczpospolitej” o Cyranowicz, Mueller i mnie dowiedziałem się, że i inni kombinują ze słowami. Potem oni się zorganizowali w „warszawski” (neolingwizm) i pewnie w stosunku do nich na tym braku etykietki jako indywiduum straciłem, bo do dziś na hasło „neolingwizm” oprócz interesujących poetów wymienia się parę nazwisk delikatnie mówiąc wątpliwych, a o mnie nieczęsto pamięta się przy jakichś klasyfikacjach pokoleniowych, szkicach przekrojowych. Może zorganizujmy jakąś „krakowską szkołę arabską” poezji, napiszę manifest „Dywany w górę!”, będziemy używać czcionki arabskiej a w wywiadach zwracać się do rozmówcy per „habibi”. Naszą wielką zaletą będzie religijny zakaz picia alkoholu. Imprezy poetyckie przy herbatce i sziszy – wyobrażasz to sobie, habibi? Będziemy też pachnieć ekskluzywnymi perfumami kupionymi na sukach (bazarach) w Damaszku lub Marrakeszu. A czytając wiersze, będziemy się targować. Tygodniki zrobiłyby reportaże! Ze zdjęciami! Może nawet dołączyłyby próbki perfum.

„Epitafium” było drukowane sześć lat temu w „Tygodniku Powszechnym”, a ja ciągle żyję, tfu, piszę. Natomiast ten wiersz pokazywałem wcześniej różnym osobom, powiedzmy o nich ogólnie, że cenią Miłosza a i Zagajewskiego, i wszyscy troje mówili, że słowo „pucuły” burzy tam decorum, jest w gorszym guście. Mija sześć lat, myślę, że widać już, że miałem rację (poetycką). Profesor Stala nawet, kwalifikując ten wiersz do druku, spodziewał się, że oburzeni czytelnicy katolickiego pisma będą słać listy, bo na symbol Chrystusa nakłada się tam symbol Buddy. Poprosiłem redaktora Franaszka, aby mi je pokazał. Niestety – pucuły czytelników nadęły się obojętnością wobec tak ewidentnego skandalu.

Najbliższe plany pisarskie? Wydać powieść, ona jest najważniejsza! Mam gotową książkę podróżną, proza i wiersze arabskie, pomysły na dwie książki wspominane wyżej. W tej chwili mógłbym ułożyć dwa tomiki wierszy, jeden miłosny (tytuł roboczy: „Ty i Ovo”), drugi o wiele mówiącym tytule: „Wydechy z bezrybocia”. Krótkie tomiki, do ok. 40 wierszy. Mam też cykl wierszy jogiczno-medytacyjnych. Poza tym mógłbym zebrać opowiadania fikcyjne (powiedzmy pod tytułem „Idolino”) i prózki „życiowe” (rozważam tytuły: „Hydroprofity” lub „Może zawierać śladowe ilości jaj, orzechów i innych alergenów”). Więcej tego niż zainteresowanych wydawców, niestety! Może inaczej: „Dywanem...” zainteresowanych było przed „Tyglem Kultury” czterech wydawców, rzecz rozbijała się o nieszczęsne dotacje.

M.B.: Ostatnio nagrałeś również płytę. Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

P.S.: Powiedziałem Krysi Stołeckiej z „Tygla Kultury”, że chciałbym dołączyć do tomiku takie CD z „Best of”. W młodości chciałem być piosenkarzem (między innymi) i wyobrażałem sobie, jak wydaję płyty „Best of”, szybko nagrywam jakieś szmiry, kolejne albumy, żeby wreszcie mieć z czego wybierać te „best”. Na płycie są wiersze i fragmenty próz z wszystkich moich książek, a niekiedy utwory drukowane w prasie lub premierowe. Całość trwa 58 minut. Jako młodzieniec komponowałem, ale miałem wtedy komputer Amiga, niestety na tym nie umiem, ściągnąłem jakiś program z sieci, ale tam nie ma instrumentów, trzeba by jakąś instrukcję czytać, uczyć się programować dźwięki, odechciało mi się. Gdybym pokomponował, mógłbym też wyśpiewać niektóre wiersze. Uczyłem się śpiewu kilkanaście lat, mam dużą skalę. Ale nie wszystkim się mój styl podoba. Jako nie dość, kurwa, męski. A mój styl czytania jest generalnie chwalony.

M.B.: Płyta będzie dodana do „Tygla Kultury”?

P.S.: Nie, do stu egzemplarzy tomiku. Czyli, uwaga, bo tak jak moim fetyszem jest fraza „best of”, tak i ta: „limitowana edycja”. Albo jeszcze ładniej: „edycja de luxe”. Ale jak się ta „edycja” skończy, a znajdzie się czytelnik złakniony nagrań i do mnie napisze, to pewnie dogadamy się, że mu wyślę.

M.B.: „w służbie autoironii gotów / jestem znosić egocentryzm / (swój)”. Jesteś egocentrykiem?

P.S.: Naturalnie. Kulturalnie. Naturowo. Kulturowo. Naturystycznie. Kulturystycznie.

M.B.: (śmiech) Dziękuję za rozmowę.

P.S.: Ja dziękuję. Cała przyziemność po mojej stronie.