ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (143) / 2009

Łukasz Iwasiński, Borys Kossakowski,

OPOWIEŚĆ O NIEDZIELI

A A A
Borys Kossakowski jest prozaikiem, poetą, menadżerem muzycznym gdańskiego klubu Żak, muzykiem. Sam aktualnie najsilniej identyfikuje się z tą ostatnią rolą. W listopadzie - nakładem Nasiono Records – ukazała się jego solowa płyta, pt. „Sunday Tracks”.

Łukasz Iwasiński: Na początek opowiedz o swojej działalności muzycznej, przedstaw projekty, w których się udzielasz.

Borys Kossakowski: Po pierwsze Towary Zastępcze (towary.art.pl), projekt muzyczno-poetycki zajmujący się produkcją koncept albumów („Ciche dni” i „Dolne Miasto”). Z założenia najbardziej ponury zespół świata, który najbardziej sobie ceni smutek wspólnego muzykowania i rozpada się po każdym koncercie. Po drugie Karol Schwarz All Stars, noise-urban-folkowy potworniak, którego twórczości nikt nie jest w stanie rzetelnie opisać, a którego dwie ostatnie płyty miałem okazję współtworzyć („100 filmów” oraz „Rozewie”). Do tego dochodzą trzy projekty poboczne, uruchamiane z rzadka, czyli Dub Zespół, Where is Marisol i Piano Solo. Wraz z Karolem Schwarzem i kilkoma innymi kolegami zawiadujemy kolektywem wydawniczym „Nasiono Records” (nasiono.net).

Ł.I.: Twoja najnowsza płyta, „Sunday Tracks” to swoista, zrealizowana na fortepianie solo, ścieżka dźwiękowa do niedzieli, muzyczny zapis wrażeń, emocji, jakie towarzyszą różnym częściom dnia. Opowiedz o idei płyty i pracy nad nią.

B.K.: Improwizacje fortepianowe pojawiły się moim życiu podczas przeglądów mistrzów radzieckiego kina niemego, podczas których miałem okazję zagrać do dzieł Wiertowa, Eisensteina, Dowżenki. Przez lata nie traktowałem tego grania poważnie. Dopiero trzy lata spędzone na obserwacji improwizatorów w Żaku skłoniły mnie do prób nagrania siebie solo. Sesje rozpoczynałem od kompletnego wyciszenia i wyrzucenia z głowy myśli i dźwięków. Wyrzucenia tego, co wiem o harmonii i rytmie. Podczas trzech sesji nagraniowych powstało około czterech godzin muzyki, której potem słuchałem i próbowałem ją odcyfrować, przetłumaczyć na język ludzki, ukonkretnić. Nie chciałem, żeby powstała kolejna płyta improwizowana z tytułami utworów typu track 1, track 2... Te pojedyncze zdania ułożyły mi się w opowieść o niedzieli. Przez kilka lat, gdy mieszkałem sam, ten dzień był dla mnie swoistą próbą sił. Pustka i cisza, która następowała po całym tygodniu pracy, studiów, koncertów i imprez zawsze stanowiła dla mnie wyzwanie. Trzeba było się zmierzyć z własnymi myślami. Z nie zawsze przyjemnymi wspomnieniami, frustracjami, wreszcie z pospolitym lenistwem. Wbrew pozorom nie jest to płyta przyjemna czy chilloutowa (w moim mniemaniu). Są tam konkretne emocje i zdania, wyrażone skrótowo w tytułach utworów. Dubowe delaye i pogłosy pojawiły się jako konsekwencja fabuły płyty. Oddają specyficzny stan zawieszenia. Obrazują zanikanie, rozpływanie, rozmywanie się i ponowne pojawianie się konkretnych myśli i uczuć.

Ł.I.: Na albumie słychać wszechstronne wpływy – od impresjonizmu, Erika Satie, minimalizmu, lirycznego jazzu, po współczesne eksperymenty z pogranicza klasyki i elektroniki. Inspirowałeś się jakąś konkretną postacią, kierunkiem, epoką w muzyce?

B.K.: Przede wszystkim Keith Jarrett i jego The Koln Concert. Przyjemnie mi się słucha afrykańskich płyt McCoy Tynera, lubię też, gdy przy fortepianie siada trębacz Don Cherry (np. na płycie El Corazon). Inspirowała mnie też muzyka repetytywna Steve’a Reicha, a w sposób zupełnie nieświadomy sięgałem po rytmy polskich tańców ludowych (co odkryłem post fatum). Duże wrażenie zrobił na mnie koncert solo młodego Izraelczyka Yarona Hermana. Jeśli chodzi o eksperymenty, to – jak wspomniałem - pojawiły się by podkreślić fabułę płyty, a nie dla samego eksperymentowania.

Ł.I.: Płyta zaskakuje ze względu na jej ton – stronisz od ironii typowej dla pozostałych projektów, w których się udzielasz.

B.K.: Sama muzyka jest raczej na serio, choć okładka, na której widać włosy pod pachami i bokserki już nie do końca. To, czego najbardziej nie lubię w muzyce, to patos (albo szerzej: trójka muszkieterów, o których pisze poeta Bartosz Muszyński: Etos, Patos, Bigos) i staram się go unikać jak ognia.

Ł.I.: Jesteś menadżerem muzycznym gdańskiego klubu Żak. Praca w charakterze animatora kultury niezależnej to niełatwe zadanie. Traktujesz to jako swoistą misję? Jaki jest odzew współczesnej publiczności na organizowane przez ciebie imprezy? Jakie masz prognozy dla muzyki/ kultury niezależnej w Polsce?

B.K.: Pracę w Żaku traktuję przede wszystkim jako... pracę. To jedyne stałe źródło dochodów mojej rodziny. Oczywiście, bez poczucia misji trudno pracować w kulturze, choć niektórym misjonarstwo pada na oczy i zaciemnia obraz rzeczywistości. W Żaku staram się być jednak down-to-earth, pracować przede wszystkim rzetelnie i uczciwie, bez promowania kolesiostwa i brzydko pachnących układów. Frekwencję na koncertach mamy nienajgorszą, choć wpływ na nią ma nie tylko program Żaka, ale też wizerunek i klimat klubu, który nie wszystkim odpowiada (koncerty odbywają się w sali, w której nie wolno palić i pić). Jeśli chodzi o prognozy, to nie chciałbym się bawić we wróżkę, ale generalny trend (to nie jest żadne wielkie odkrycie) jest taki, że coraz większa liczba zespołów, płyt i koncertów, powoduje naturalny spadek poziomu artystycznego (zespołów, płyt, koncertów) i równie naturalny spadek liczby zainteresowanych licząc średnią na zespół (bo publiczność się nie rozmnaża tak szybko, jak zespoły).

Ł.I.: Jesteś też literatem. Traktujesz którąś działalność priorytetowo?

B.K.: Gdy byłem nastolatkiem wydawało mi się, że mogę robić wszystko na raz: być poetą, prozaikiem, fotografikiem, psychologiem i muzykiem. Dzisiaj twierdzę dokładnie odwrotnie, także jestem przede wszystkim muzykiem, a twórczość literacką ograniczyłem do pisania tekstów piosenek.

Ł.I.: Czyli literatura i muzyka to nie są dla ciebie autonomiczne, niezależne obszary, pozwalające ci realizować różne aspektu osobowości?

B.K.: Nie. Człowiek to nie komputer, do którego osobno się podpina klawiaturę, a osobno kartę dźwiękową. Wszystko raczej działa razem na zasadzie naczyń połączonych.

Ł.I.: Zapewne nie traktujesz więc muzyki i literatury jako dziedzin jakościowo zupełnie odmiennych – np. niektórzy twierdzą, że muzyka jest bardziej emocjonalna, a literatura – intelektualna; muzyka bardziej abstrakcyjna, a literatura – konkretna; muzyka często kolektywna (choć akurat twoja ostatnia płyta temu przeczy), a literatura – zawsze prywatna, subiektywna?

B.K.: Nie zgodzę się. Muzyka może być bardzo intelektualna (np. współczesna kameralistyka, czy twórczość Steve’a Colemana, którego koncert miałem okazję ostatnio wysłuchać), a literatura wybitnie emocjonalna (jak wiersze Poświatowskiej) lub wręcz mdła i ckliwa (Paulo Coelho). Muzyka na pierwszy rzut oka może wydawać się abstrakcyjna, bo słuchacz jej nie widzi i nie może dotknąć. Ale ma bardzo konkretny rytm, melodię, harmonię, fakturę brzmienia, czy wreszcie tekst (jeśli to piosenka). Literatura zaś bywa abstrakcyjna, ale przeważnie faktycznie operuje na konkrecie. I dalej – muzyka, nawet ta odtwarzana kolektywnie, ma przeważnie swego autora (koncepcji, melodii, słów) i raczej jest prywatna. W literaturze kolektywizm twórczy występuje rzadko, ale też się zdarza (choćby „Orchidea”, ostatnia książka Grina, Grzegorzewskiej i Świetlickiego, czy wiersze pisane przez Internet pod wodzą Michała Zabłockiego, śpiewane przez niejakiego Czesława).

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.