do strony głównej
Teatr - recenzje

Magdalena Kędzierska

ROLA ŻYCIA

Gdy dwie kobiety mieszkają w jednym domu czterdzieści dwa lata, wiedzą o sobie niemal wszystko i prawie wszystko mają wspólne. Cóż jednak, gdy wspólny okaże się również mężczyzna ich życia.... Walczą o niego nawet, gdy ten opuści już ziemski padół. "Walentynki" - sztuka Iwana Wyrypajewa, którą proponuje w kwietniowym repertuarze Teatr Śląski - to obraz jednego wieczoru z życia Walentyny i Katii. Bohaterki obchodzą 60. urodziny Walentyny, ale równocześnie 20. rocznicę śmierci Walentyna - męża Katii i kochanka Walentyny. Kameralne przyjęcie, pełne wspomnień, przepychanki słownej, zamienia się w coroczny rytuał dwóch kobiet, oszukanych przez los.

Reżyser Beata Dzianowicz przenosi widza w czasie i przestrzeni za pomocą nagrania filmowego wyświetlanego na ekranie. W ten sposób poznajemy fakty z przeszłości, które miały miejsce poza pokojem Walentyny. Wspomnienia związane z mieszkaniem bohaterki obserwujemy jako graną na żywo, bezpośrednią projekcję z pamięci kobiety. Zapoznając się z tematyką dzieła, można by spodziewać się, że będziemy świadkami długich monologów o cierpieniu, braku miłości, emocji z gatunku "a ja jestem proszę pana na zakręcie". Nic podobnego. Kobiety wprawdzie pielęgnują w sobie różne żale (które czasem znajdują ujście), jednak ich przeżycia związane z ukochanym mężczyzną mają raczej wymiar nieustannej walki, licytacji uczuć Walentyna. Niewiele mówi się o przeżyciach, akcja skupia się na wspomnieniach wydarzeń, budujących konflikt.

Teresa Kałuda w roli Walentyny ukazuje bohaterkę, jako osobę bardzo zdystansowaną do przeszłości, sprawiającą wrażenie zmęczonej nieustannym wspominaniem, rozdrapywaniem ran i obecnością zapijaczonej Katii. Trudno zatem o argumentację sceny desperackiej próby zastrzelenia "rywalki". Postaci brakuje cech kobiety, nie akceptującej wielu faktów, żyjącej miłością z przed czterdziestu lat i cierpiącej, jak gdyby dziennie traciła ukochanego na nowo.

Młoda Katia - Alina Chechelska pokazuje nam całą gamę uczuć kogoś świadomego, że jest niekochany i sukcesywnie zdradzany przez małżonka. Bohaterka stara się zachować godność, oszukuje się, "zauważając" jedynie dobre chwile. Próbuje nie myśleć, zapominać, natomiast w samotności odkrywa przed widzem całą rozpacz. Katia współczesna - wdowa, bliska sąsiadka Walentyny pokrywa negatywne wspomnienia nieustanną krzątaniną, potokiem słów. Wciąż czci pamięć zmarłego męża, czasem zachowuje się jakby Walentyn wyszedł tylko na chwilkę. Postać kreowana przez Bogumiłę Murzyńską doskonale ukrywa prawdziwe emocje pod pozorami. Kobieta, która z uśmiechem i pieśnią na ustach świętuje urodziny "przyjaciółki", w rzeczywistości, kryje w sobie nienawiść, bezradność, pogardę dla całego świata i siebie samej. Niezwykły wdzięk postaci pozwala nam w pewien sposób usprawiedliwiać postępowanie bohaterki.

W roli Walentyna Mirosław Kotowicz, nie wykazuje szczególnej empatii, w stosunku do walczących o jego względy niewiast. Szybko znajduje lekarstwo na swe cierpienia w ramionach to jednej, to drugiej. Sam daje sobie prawo do brutalnego oceniania młodej żony, do zadawania ran według własnego uznania. Agresją rekompensuje nieumiejętność ogarnięcia skomplikowanych emocji dwóch pań. Cały (trwający niespełna 90 min) spektakl zamyka się w niezwykle małej przestrzeni sceny kameralnej, zamienionej przez scenografów Izabelę Wądołowską i Marcela Sławińskiego, w pokoik Walentyny. Sceneria charakteryzuje postać, jako romantyczną, zapatrzoną w przeszłość (na ścianach strzępki starych listów miłosnych) i samotną. Pomieszczenie urządzone prosto, stanowi zupełne przeciwieństwo zagmatwanych wydarzeń mających w nim miejsce.

Świat zewnętrzny- ukazany na ekranie - jest mało rzeczywisty, malowany ręcznie. Bohaterzy przemieszczają się, ze sceny na ekran i odwrotnie, tworząc jeden obraz w dwóch przestrzeniach. Jest to ciekawy zabieg artystyczny, aczkolwiek odciąga uwagę widza od istoty przedstawienia - wydarzeń, dialogów. Czasem (szczególnie końcowe sceny) przywodzi na myśl dobranockę - aktorzy latający nad rysowanym kredkami miasteczkiem.

Oprawa muzyczna, stworzona przez Krzysztofa Suchodolskiego, jest tłem wydarzeń, nastrojów bohaterów. Dla Katii szczególne znaczenie ma gra na akordeonie, w ten sposób wyraża emocje nie chcące zamienić się w słowa. Warto zwrócić uwagę na manipulacje strzelbą, które ożywiają akcję i wprowadzają w nieuważnego widza odrobinę zamętu. Nie sposób pominąć również obecności innego, żywego rekwizytu - czarnego kocura. To piękne zwierzę wykazuje niezwykłą cierpliwość w uścisku aktorki, dodaje końcowej scenie nieco magii, potęguje wrażenie świata nierealnego. Z pewnością ta rola życia będzie najwyraźniej zapamiętana przez odbiorców sztuki.

"Walentynki" to kolejna obok "Beztlenowców" i "Kto się boi Virginii Woolf?" konfrontacja uczuć z rzeczywistością, z naturą ludzką i nieprzewidywalnymi scenariuszami życia. Tak różne oblicza miłości, historie tak niepodobne do siebie, a wszystkie uświadamiają jak łatwo zaprzepaścić najpiękniejszy pierwiastek naszej egzystencji.

Iwan Wyrypajew: "Walentynki". Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Reż. Beata Dzianowicz. Scen.: Izabela Wądołowska i Marcel Sławiński. Premiera 16 kwietnia 2004.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka | kontakt | archiwum |