| |
Film - kino popularne
Grzegorz P. Kowalski
UŚMIECHNIĘTY BRIAN I KRZYCZĄCY GEORGE,
czyli kilka słów o kondycji kina gore

Kino gore narodziło się gdzieś na przełomie lat 60. i 70., funkcjonując początkowo na obrzeżach kinematografii czy wręcz w jej podziemiu. Choć realizowane w warunkach niezależnych filmy zdobywały sporą popularność już w latach 70., to jednak można stwierdzić, że gore przeniknęło do amerykańskiego mainstreamu dopiero w roku 1987 za sprawą "Powrotu z piekieł" Clive'a Barkera. Od tego filmu gatunek wiódł krótki, acz udany, żywot nie tylko w Hollywood, lecz również poza granicami USA (głównie we Włoszech i w Hiszpanii). Jednakże filmy, których głównym tematem jest destrukcja czy raczej dekompozycja ludzkiego ciała, a cały wysiłek twórców skoncentrowany jest na tym, aby ów proces ukazać w sposób jak najbardziej szczegółowy i obrzydliwy, nie mogły zbyt długo gościć w szerokim obiegu fabryki snów i szybko zostały wyparte przez bardziej przyjazne formy straszenia widza. Dlatego ostatnie naprawdę głośne dzieło tego gatunku - "Martwica mózgu" Petera Jacksona, wyprodukowane zostało w Nowej Zelandii.
Odnoszę jednak wrażenie, że gore przeżywa ostatnio swego rodzaju renesans. Po serii grzecznych i uładzonych horrorów dla dwunastolatków - rozpoczętej przez rewelacyjny "Krzyk" Wesa Cravena - realizowanych oczywiście z zamiarem zdobycia jak najszerszej publiczności, coś się zaczęło dziać. Pewne sceny z "13 duchów" czy "Smakosza" mogą przyspieszyć akcję serca co niektórych fanów filmowej rzeźni, jednak starzy wyjadacze dobrze wiedzą, że to jeszcze nie to. Z tego też powodu warto przyjrzeć się postaci reżysera, który przez całą swą karierę stara się realizować filmy będące ucieleśnieniem tego, co w gore najważniejsze, a jednocześnie ze sporym dystansem podchodzi do formuły horroru, nie obawiając się sięgać po pastisz czy (auto)parodię.

Brian Yuzna, albowiem o nim tu mowa, urodził się w roku 1951 na Filipinach, lecz wychowywał w kilku krajach Ameryki Łacińskiej. Już w dzieciństwie zdradzał spore zainteresowanie sztuką filmową, głównie zaś krwawym horrorem, z którego słynęła Hiszpania i który ciągle mocno zakorzeniony jest w Meksyku oraz innych krajach hiszpańskojęzycznych. Gdy więc tylko mógł sobie na to pozwolić, przeprowadził się do Los Angeles, by spróbować swych sił w przemyśle filmowym. W 1985 roku jako producent podjął się realizacji adaptacji prozy H.P. Lovecrafta "Reanimator" w reżyserii Stuarta Gordona. Film opowiada historię Herberta Westa - szalonego geniusza medycyny, któremu udaje się przywrócić do życia martwe ciała. Opowieść o nowym Frankensteinie jest dosyć przewidywalna i kończy się oczywiście tragicznie, lecz odważne i bardzo krwawe efekty specjalne zaskarbiły jej sympatię widzów oraz kasowy sukces.

Mogąc pochwalić się takimi osiągnięciami, Yuzna przystąpił do realizacji swego debiutu reżyserskiego, którym był niedystrybuowany w Polsce film "Society". To zdumiewające dzieło ukazuje różnice klas społecznych i dziwactwa bogatych Amerykanów, do historii kina przejdzie zapewne jako popis chorej wyobraźni specjalisty od efektów specjalnych Screaming Mad George'a (stałego wpółpracownika Yuzny) oraz przykład czarnego humoru reżysera. Kolejnym dziełem artysty, występującego tym razem w roli producenta, reżysera i scenarzysty, był sequel jego pierwszego filmu, a mianowicie "Narzeczona reanimatora". Można powiedzieć, że jest to już pełna realizacja unikalnego stylu Briana Yuzny, łączącego w sobie brak logiki w motywacjach bohaterów, hektolitry krwi i groteskowe dowcipy. Genialny West, zamiast doskonalić opracowaną przez siebie technikę przywracania życia, marnuje czas reanimując dziwaczne twory powstałe w wyniku zszycia ze sobą przypadkowych części ciała: trzech palców i oka, ręki i nogi, psa z ludzką dłonią w miejscu przedniej łapy. Jego przeciwnik nie wykazuje się jednak większą przebiegłością, gdy już zdobywa posłuszne swej woli ciało (początkowo bowiem jest tylko głową ze skrzydłami nietoperza) z radością zabiera się do cielesnych uciech z porwaną przez siebie dziewczyną. Dzięki takim scenom Yuzna wykracza poza formułę gatunkową gore i włącza się w nurt reprezentowanego przez Petera Jacksona i Sama Raimi, nowego, komediowego gore.

Po "Narzeczonej..." reżyser miał okazję spróbować swoich sił w czwartej części popularnego, lecz już nieco nudnawego cyklu horrorów pod wiele mówiącym tytułem "Cicha noc, śmierci noc". Także tym razem wykazał się sporą wyobraźnią i otwartym podejściem do utartych schematów, zmieniając standardowy młodzieżowy thriller spod znaku "Piątku trzynastego" w przepełnioną makabrą historię o tajemniczym egipskim kulcie. W filmie ponownie znalazło się miejsce dla popisów chorej wyobraźni Screaming Mad George'a, między innymi w scenie porodu, w której zamiast ludzkiego niemowlęcia pojawia się ogromny robak. Nie jest też niczym zdumiewającym fakt, iż film podzielił publiczność na dwie grupy: zwolenników klasycznych odcinków "Cichej nocy..." oraz miłośników niepokornego Yuzny.
Nie zrażony mieszanymi opiniami widzów artysta postanowił odświeżyć kolejny kultowy cykl, dodając do niego odrobinę nowych pomysłów. Mowa tu oczywiście o "Powrocie żywych trupów III". Dlaczego warto zwrócić uwagę na ten film? Po pierwsze, Yuzna rezygnuje z przyjętej w poprzednich częściach konwencji komediowej. Jego film jest skrajnie przygnębiający i w swej wymowie dużo bardziej przypomina oryginalną "Noc żywych trupów" George'a Romero, niż którykolwiek z "Powrotów...". Po drugie: po raz pierwszy w historii filmów o zombie tak bardzo zagłębia się w temat stosunków między ożywionymi zmarłymi i ich żyjącymi bliskimi. Przygląda się zmianom psychicznym zachodzącym w człowieku pod wpływem doświadczenia śmierci i choć oczywiście ociera się o banał, to jednak całość zdaje się być całkiem przekonująca. Po trzeciem, efekty specjalne są (jak na możliwości mocno ograniczonego budżetu) bardzo interesujące, wszystkie projekty plastyczne zdumiewają agresywnością przy jednoczesnym... pięknie. Pod tym względem najbardziej godna uwagi jest finałowa scena z udziałem wszystkich tworów - efektów rządowych doświadczeń.
W rok po "Powrocie..." ujrzał światło dzienne projekt Yuzny jako producenta, będący jednocześnie kolejnym spotkaniem z twórczością H.P. Lovecrafta. Film "Necronomicon" zawiera trzy nowele oraz swego rodzaju klamrę, ukazującą zmagania samego pisarza z mnichami chroniącymi tajemnicy Księgi Umarłych. Przedstawione historie są dosyć luźno oparte na prozie mistrza grozy, co zresztą nie ma chyba zbytniego znaczenia dla przeciętnego miłośnika krwi i flaków. Yuzna wyreżyserował ostatnią z opowieści, zatytułowaną "Szepty" - najbardziej krwawą, brutalną i oczywiście najmniej poważną, a także wspomnianą już klamrę. Warto zaznaczyć, że w rolę pisarza wcielił się w niej niezapomniany Jeffrey Combs, czyli dr Herbert West z cyklu "Reanimatorów".
Jednak dla wielu widzów najbardziej przerażającym dziełem reżysera na zawsze pozostanie "Dentysta" - historia znerwicowanego stomatologa i miłośnika higieny, który na skutek stresów zawodowych i niewierności żony wpadł w szał zabijania, oczywiście nie odmawiając sobie wcześniej przyjemności torturowania swych ofiar przy pomocy dentystycznych narzędzi. Siła tego filmu wynika z bliskości rozgrywającego się na ekranie koszmaru z codziennymi doświadczeniami widzów. Bo któż w swoim życiu nie przeżywał prawdziwych katuszy na stomatologicznym fotelu? Gwarantuję, że zbliżenia jamy ustnej traktowanej wiertłem i innymi koszmarnymi urządzeniami poruszą każdego. Silnego wrażenia, jakie wywołuje film nie są w stanie zniwelować nawet tanie efekty specjalne i naprawdę żenujące aktorstwo.
W drugiej części "Dentysty" dr Caine ucieka ze szpitala psychiatrycznego, w którym znalazł się w finale części pierwszej, po czym zakłada nową praktykę w małym, spokojnym miasteczku. Jednakże i tam dopada go obłęd, a koszmar zaczyna się od nowa. Film ten jest równie krwawy jak poprzedni, lecz co znaczące, ma dużo bardziej komediowy charakter. Kolejnym dziełem mistrza gore był thriller science fiction pod tytułem "Potomstwo", którego fabuła przypomina nieco "Dziecko Rosemary". Przy czym zamiast zła w postaci Szatana pojawiają się kosmici. Film pełen jest potworów, zdumiewających sennych koszmarów i innych dziwactw. Mimo miażdżącej krytyki pozostanie zapewne jednym z dzieł kanonicznych dla wszystkich fanów kina gore.

Po realizacji "Potomstwa" Yuzna przeniósł się do Hiszpanii, gdzie wraz z Julio Fernandezem założył wytwórnię filmową The Fantastic Factory, specjalizującą się (jak sama nazwa wskazuje) w kinie szeroko pojętej fantastyki. Pierwszym filmem zrealizowanym pod nowym szyldem był "Faust", adaptacja serii komiksowej "Faust: Love of the Damned" autorstwa Tima Vigila i Davida Quinna. W dziele tym na szczególną uwagę zasługują efekty specjalne - mimo niewysokich kosztów produkcji reżyser unika tanich obecnie technologii CGI na rzecz lateksu i innych klasycznych technik. Największe wrażenie robi finałowa sekwencja pojawienia się ogromnego demona, jakby żywcem wyjęta z filmów klasy B z lat 80.. Niestety nie da się też nie zauważyć innego zjawiska: w stosunku do komiksu film okazuje się być bardzo łagodny - brakuje w nim wyjątkowo ostrych scen przemocy i rozbuchanego erotyzmu. Mimo pozornej wolności od pruderyjnych zasad Hollywood twórca jakby amerykanizuje swe dzieło.
Podobne zarzuty dotyczą ostatniego reżyserskiego projektu artysty - trzeciej części cyklu przygód szalonego Herberta Westa. Akcja "Beyond Reanimator", bo taki tytuł nosi omawiany film, osadzona jest w więzieniu, w którym główny bohater serii odsiaduje wyrok za swe wcześniejsze przewinienia. Nadal jednak prowadzi swoje eksperymenty, tym razem wprowadzając w nie element "transplantacji duszy". Mimo całkiem udanych efektów specjalnych i ciekawej wizji plastycznej film cierpi z powodu ograniczenia scen przemocy i bezsensownej fabuły. Zdaje się, że z przyjemnością obejrzą go tylko najzagorzalsi fani serii oraz Jeffrey'a Combsa. Warto zaznaczyć, że niezdrowe poczucie humoru reżysera objawia się szczególnie podczas napisów końcowych, wzbogaconych o scenę pojedynku między szczurem i... ożywionym penisem.
Ostatecznie zauważyć trzeba, że mistrz z wiekiem łagodnieje, ukazując swoim widzom coraz mniej wnętrzności, za to coraz częściej z nich żartując. Warto jednak wspomnieć, że oprócz reżyserii Yuzna często zajmuje się produkcją filmów, między innymi kolejnych adaptacji prozy Lovecrafta oraz remake'ów filmów japońskich, takich jak "Guyver" czy "Wybrany". Chociaż jego dzieła miewają różną wartość, potrafią straszyć lub śmieszyć, ale bywają też irytujące, polecam je wszystkim spragnionym krwawej jatki, w oczekiwaniu, aż prawdziwy gore ponownie zagości w kinach.
|
|