| |

Teatr - recenzje
Anna Szczęch
DLACZEGO NIE ZACHWYCAĆ SIĘ FORMĄ?
"Krzesła" w reżyserii Piotra Bikonta zachwycają formą. Kryje się w tym jednak pułapka, w którą większość daje się złapać. Bo o czym jest ten spektakl, czemu służy tak silnie zaakcentowana "wizualność sceniczna"? Na scenie przypominającej arenę cyrkową otoczoną z trzech stron widownią, oglądamy dwóch starych ludzi - kobietę (Maria Kotowska) i mężczyznę (Bernard Krawczyk). Starych nie tylko ze względu na swój wiek, lecz przede wszystkim dzięki działaniu formy. To iście barokowo przesadna charakteryzacja tworzy te dwie postacie, wszystkie te falbanki, żabociki, monstrualne peruki, bielone twarze. Od razu widać, że Starzy są "nie z tej bajki", że w przestrzeni, w której się znaleźli są "ciałem obcym". To wrażenie opiera się na kontrapunkcie pomiędzy ascetycznie zasugerowaną cyrkową areną, na której pojawiają się retro- postacie, i stosem wściekle zielonych plastikowych krzeseł ogrodowych. W efekcie mamy do czynienia z całkowitym chaosem konwencji i wynikającym z tego potężnym zgrzytem (brawa dla scenografa- Joanny Braun!).
Stary i Stara toczą rozmowę, jaka zapewne odbywa się każdego wieczoru, jest rytuałem, który popycha jakoś czas do przodu. Wspominają "dawne czasy", odgrywają ulubione scenki z przeszłości, by na chwilę zapomnieć o miałkości obecnej egzystencji. Ale dzisiejszy wieczór różni się od innych: dzisiaj mają przyjść dostojni goście, którym Stary chce przekazać swoje posłannictwo, przesłanie dla ludzkości. Z powodu tremy zatrudnił zawodowego mówcę, który zabierze głos w jego imieniu - jego również spodziewają się na przyjęciu. Jak na zawołanie zaczynają schodzić się wirtualnie (widziane tylko przez postacie) tłumy i zalewają sceną zajmując tytułowe krzesła. Wszystko wydaje się gotowe do odczytu, brakuje tylko mówcy... I tu właśnie pojawia się najmocniejszy "akord" w spektaklu Bikonta. Na scenę wkracza oczekiwany krasomówca (Bronisław Duży), aktor o powierzchowności "każdego", szary człowiek w płaszczu, mający zdaje się status przechodnia. Postać ta, tak różna od stworzonego przez Ionesco Mówcy (w stylu modernistycznego artysty z bródką, który w kulminacyjnym momencie okazuje się głuchoniemym, niezdolnym do przekazania czegokolwiek) całkowicie przesuwa akcenty "Krzeseł". Kiedy para głównych bohaterów, pewna, że Mówca wygłosi orędzie i okryje ich chwałą, popełniają samobójstwo, znikając pod stosem krzeseł, tajemniczy przechodzień niespiesznie wyciąga puzon i zaczyna minikoncert...
Tak rozegrane "Krzesła" są więc nie tylko opowieścią o starości, przegranym życiu i jego iluzoryczności, ale przede wszystkim - przynajmniej dla mnie - dyskursem o teatrze, czy nawet o sztuce w ogóle. Reprezentowana przez parę głównych bohaterów, stara, skostniała forma sztuki musi odejść, a jej miejsce zajmie czysta sztuka symbolizowana przez najczystszą ze sztuk - muzykę.
W spektaklu Bikonta zdarzają się wprawdzie zupełnie nie potrzebne "gagi", "łatwizny", które na zasadzie mrugania do widza mają za zadanie zjednać go i połechtać (co zresztą czynią, o czym świadczą rozbrzmiewające na widowni śmiechy). Takim przykładem grania pod publikę jest opowieść Starych o mieście młodości i szczęścia, które w przedstawieniu zamienione zostało na Katowice (w oryginale jest Paryż). Jednak mimo tych "ścieżek na skróty" katowicki spektakl jest w sumie stonowany, ascetyczny, bez efekciarstwa dąży do finałowego przesłania. Dodatkowym atutem jest również doskonałe aktorstwo, szczególnie subtelnie wycieniowania postać Starego poruszająca się na obszarze pomiędzy bezsilną rozpaczą o ekstatycznym natchnieniem.
Po obejrzeniu "Krzeseł" pozostaje tylko zastanowić się, czy takie przesłanie może być proroctwem dla polskiego teatru, czy nadszedł czas czystej sztuki, tak chętnie manifestowanej przez młodych twórców...
Eugene Ionesco "Krzesła". Reż. Piotr Bikont. Scen.: Joanna Braun. Występują: Marta Kotowska, Bernard Krawczyk, Bronisław Duży. Teatr Śląski im. Wyspiańskiego w Katowicach, Scena Kameralna. Premiera: 13 grudnia 2003.
|
|