Teatr - recenzje

Karolina Brongiel

ŚMIERTELNIK NIEŚMIERTELNY

W "Kronikach - obyczaju lamentacyjnym" uczestniczenie



Napięcie sięga granic wytrzymałości. W skupieniu, wtłoczona w scenę Bytomskiego Centrum Kultury, nie oddychając, żeby czasem komuś nie przeszkadzać, czekam aż usadzą nas w rzędach, na poduszkach. Rozmieszczą ekonomicznie, posortują. Telefon nie dzwoni, wiem na pewno wyłączyłam. Mam chwilę żeby dookreślić przestrzeń zanim "kozioł zawyje". Ascetyczna scenografia. Z tyłu sceny zawieszono dwa pasma szerokiego, purpurowego płótna, po których "wlewa się" światło. Bloki drewniane układają się na kształt krzeseł z wysokim oparciem. Na środku, na jednym z nich leży skrzyneczka. Źródło głębokiego, jednostajnego dźwięku, który - jak się okaże - będzie jedynym obok tybetańskich dzwonków akompaniament pieśniarzy.

Światło gaśnie i już nikt nie śmie drgnąć. Następuje przejście w krąg sacrum. Na scenie znajduje się siedmiu aktorów. Wszyscy w płóciennych, ziemistych ubraniach. Mężczyźni, niczym strażnicy siedzą wyprostowani, w półkolu, na skrzydłach jakby okalających dwie kobiety w środku. Na każdą przypada dwóch. Z tyłu, za kobietami, a między "wojownikami", tuż przy tajemniczym instrumencie siedzi jeszcze jedna kobieta, która otwiera szkatułę i podaje dźwięk…Wszystko potoczy się teraz lawinowo.

Teatr "Pieść Kozła" przyjechał na Górny Śląsk ze stolicy Dolnego. W ramach Festiwalu Sztuki Kameralnej Ars Cameralis Silesiae Superioris w dniach osiemnastego i dziewiętnastego listopada 2003 mieliśmy okazję zobaczyć (czy raczej "doświadczyć") ich "Kronikę - obyczaj lamentacyjny". Sztuka powstała w 2001 roku, jest to owoc kulturowych poszukiwań grupy, wypraw badających obyczaje lamentacyjne w różnych kulturach świata. Artyści "Pieśni kozła" poszukiwali w lamentacjach pewnej struktury muzycznej, kanonu. Szczególnie zaciekawiła zespół stara tradycja albańska i grecka. Za sprawą tej inspiracji teatr wypracował specyficzną technikę gry. Spektakl opiera się na oryginalnej metodzie "odtwarzania" pieśni i ruchu. Grupa określiła obyczaj lamentacyjny jako technikę "fizjologii śpiewu", która przez płacz, lament przynosi oczyszczenie, katharsis.

Tworzywem literackim spektaklu jest - otwierający drogę do rozważań na temat Tanatosa - sumeryjski epos o Gilgameszu. Przedstawienie skupia się na pierwszej jego części. Opowiada o parze przyjaciół: dzikim Enkidu i królu miasta Uruk Gilgameszu. Mówi o ich przyjaźni, wspólnej walce, drodze i o końcu Enkidu, jego starciu z wielką boginią Isztar, która dzięki trzem grającym ją aktorkom przybiera różne twarze, przeistacza się, zaskakuje. Jest niebezpieczną kusicielką, rywalką, morderczynią. Gilgamesz odrzuca śmierć, neguje ją. Staje w opozycji do swojego kompana jako pierwiastek nieśmiertelności, duch w człowieku. W dwóch trzecich bóg, staje twarzą w twarz ze śmiercią, z lamentem po stracie i tu epos staje się pretekstem do zobrazowania żalu, do ukazania obyczaju lamentacyjnego, obyczaju służącemu pogodzeniu się z czymś, co jest nie do pogodzenia.

Ekstatyczny, zrytmizowany śpiew, ruchy w przód i w tył, wydzierają pokłady bólu z każdej organicznej części cierpiącego. Wprowadzają w trans, który - w tym przypadku - chciałabym żeby trwał wiecznie. Oglądamy biczowanie dzwonkami tybetańskimi, rozkołysanie, twarze przykryte chustami, białą i czarną symbolizującymi oczywiste przeciwstawienie: ducha i ciała, życia i nieśmiertelności. Taniec, polifonia, światło, ogień: takich środków zespół "Pieśni kozła" używa, aby pokazać tradycyjny rytuał smutku. Jest to przykład teatru misteryjnego, który wprowadza odbiorcę prostymi, wydawałoby się środkami, w mit i powoduje w nim uczestniczenie. Przestrzeń zmienia się w zależności od ustawienia drewnianych klocków. Podróżujemy razem z bohaterem, poruszamy się w wielu wymiarach. W scenie ukazującej czuwanie nad "trupem" Enkidu, lament po jego śmierci, w której w karkołomnym tańcu, lekkim, giętkim i sprężystym, mężczyźni przeskakują nad nim, odbijają się i bezszelestnie lądują na ziemi, dzianie się staje się niematerialne. Duch dołącza do nich. Widać jak unoszą się między światami, fruwają. To prawdziwie magiczna sekwencja.

Spektakl wymaga od aktorów dużych umiejętności: predyspozycji wokalnych, wspartych kontrolą oddechów, rozbioru dźwięków na struktury wyznaczone przez obyczaj, sprawności fizycznej i świetnie opanowanej sztuki koncentracji. Wszystko to razem daje bardzo precyzyjną technikę gry aktorskiej, bliską raczej szkole Dalekiego Wschodu niż europejskim wzorcom.

Ciepłe barwy ziemi jakby mimochodem wciągają w bieg wydarzeń scenicznych. Mamy do czynienia z teatrem antropologicznym. Sięgającym do wnętrza. Niesamowite napięcie wytworzone w aktorach, technika doprowadzona do perfekcji nie pozwala nawet na chwilę odetchnąć, nie nadążamy za rytmem rytuału, który rozgrywa się w każdym z nas, dotykając pierwiastków śmiertelnego i nieśmiertelnego. On jest tuż za nami, prawie nas dotyka, ale na razie to tylko uczestniczenie, rozumienie przyjdzie wraz z mądrością doświadczania.

Epos grany był częściowo po polsku, częściowo po angielsku i w języku międzynarodowym - języku ciała i bólu. Rozszerzało to jego uniwersalność, ale też powodowało umowność w ukazaniu drogi do oczyszczenia. Obyczaj lamentacyjny służy przecież nie tylko pogodzeniu się ze śmiercią, ale też przetarciu szlaków tym, którzy błądzą już w "nierzeczywistości". Pieśń Kozła prowadzi nas za rękę w tą drogę, prowadzi prosto w głąb śmiertelnika, idziemy tam boso, bezbronni, prosto ku…

Właśnie, ku czemu?

"Kroniki - obyczaj lamentacyjny". Teatr "Pieśń Kozła". Reż.: Grzegorz Bral. Bytomskie Centrum Kultury, 19 listopada 2003.