Film - recenzje

Małgorzata Grabowiecka

STRZASKANA KOLUMNA

Przestrzeń, powietrze, kolor, zapach, smak... Zmysłowość świata, jego intensywność, piękno i brzydota, uczucia, ludzie, miejsca, chwile radości i cierpienia, chwile przeżyte wśród ludzi i te samotne - wszystkie zawsze równo szanowane. Żyć - to odczuwać. Ale człowiek nie zawsze jest tak silny, by przyjąć na siebie wszystko to, co proponuje mu życie. Bywa, że strumień zdarzeń, emocji zalewa nas, nie dając szans na odnalezienie się w nim. W tej sytuacji intensywność przeżywania świata przez ludzi wrażliwych, przez artystów, zamiast darem boskim, staje się dla nich przekleństwem. Siła oddziaływania świata staje się im nieznośna, łamie ich i wypala od środka. Będąc niszczonymi niejako przez samych siebie, dają nam jednocześnie najcenniejszy dar - swoją twórczość, cząstkę własnej osoby utrwaloną w dziele sztuki. Niestety prawda ta dotyka wielu artystów, z pewnością dotyczy także "Fridy".

Tytułowa "Frida" to meksykańska malarka Frida Kahlo. Julie Taymor realizując film biograficzny o tej właśnie artystce, stawia widza w nieco kłopotliwej sytuacji. Śledząc bowiem losy bohaterki, zaczynamy żyć jej życiem, jej miłością do malarstwa, do męża, jej cierpieniem wywołanym chorobą. Biorąc pod uwagę konstytutywny dla kina proces projekcji i identyfikacji, nie ma w tym jeszcze nic dziwnego, jednak w miarę upływu filmu widz, z pozycji niewinnego obserwatora w zasadzie szczęśliwego życia malarki, staje się niemym świadkiem powolnego procesu jej umierania. Umierania, które wydaje się nie tylko konsekwencją choroby i utraty sił życiowych. Przedwczesna śmierć jest dla artystki ceną, którą musi zapłacić za proces twórczy, a nawet więcej - za ów niezwykle intensywny odbiór świata, za głębsze niż w przypadku zwykłego śmiertelnika przeżywanie rzeczywistości, za nieomal całkowite zespolenie się z otaczającym światem. Oglądamy film, świadomi, dokąd prowadzi życie Fridy. Chcemy zapobiec temu procesowi, nie pozostaje nam jednak nic innego, jak milcząca zgoda na to, co ma nastąpić.

Świat Fridy, to świat pełen sprzeczności i kontrastów. Radość i smutek, ciepło i samotność, ale przede wszystkim górujące nad innymi: wielka miłość i wielkie cierpienie. Ukochany mąż, także artysta malarz, Diego Riviera, to zarazem największe szczęście, ale i przyczyna klęski bohaterki. Angażując w uczucie i związek z mężczyzną całą siebie, Frida coraz bardziej rezygnuje ze swojej osoby, zaczyna żyć nie dla własnego dobrego samopoczucia, lecz dla uczucia, które między nimi zaistniało. I tu znowu przeciwko niej obraca się jej osobista wrażliwość. Bo mąż wcale nie respektuje świętości małżeństwa, zdradza żonę z jej własną siostrą. Świat zbudowany na wierności i zaufaniu drugiej osoby wali się. Już wtedy we Fridzie coś zaczyna umierać, proces ten postępuje następnie coraz szybciej i gwałtowniej, i nie przerwą go ponowne oświadczyny byłego małżonka, na które decyduje się po uprzednim rozwodzie.

Artystka nie tylko percypuje świat. Rzeczywistość wkracza w jej życie bardzo brutalnie: będąc jeszcze w szkole malarstwa, Frida ulega wypadkowi, który naznaczy cierpieniem całe jej późniejsze życie. Cierpienie staje się dla niej nieodłącznym elementem istnienia. Do fizycznych zmagań dołączają bowiem również i inne - te wspomniane wyżej (spowodowane zdradą męża), i te będące konsekwencją dalszych wydarzeń (związek z Lwem Trockim, zaangażowanie w polityczną działalność, pobyt w Nowym Jorku i Paryżu). Każdą chwilę Frida przeżywa tak samo mocno, ale o ile bardziej wszystko to głęboko dotyka artystkę. I nie można chyba powiedzieć, że owo cierpienie w tym wypadku jest potrzebne, gdyż uszlachetnia człowieka, sprawia, że staje się on silny i na wiele rzeczy odporny. Frida, stopniowo łamana bólem, traci siły, jest coraz słabsza. Dla ludzi jest jej coraz mniej, za to rozkwita w swoich obrazach. Począwszy od jej pierwszych rysunków, gdy unieruchomiona w łóżku rysuje swą stopę, aż do pełnych dramatyzmu ostatnich dzieł, jej malarstwo to przejmujący autoportret, historia zmagania ze światem, ze sobą, z cierpieniem. Jakby przeczuwając nadchodzący koniec, utrwalała siebie w kształcie o wiele doskonalszym niż ludzkie ciało - w obrazie, w dziele sztuki. Nieprzypadkowo pierwszymi słowami, które słyszymy w filmie z ust Fridy są: "Ostrożnie, to ciało jeszcze oddycha..." Wypowiada je w chwili, gdy pewna jest już nadchodzącej śmierci, ale jednocześnie doskonale już na początku Julie Taymor uzmysławia nam dystans, jaki ma do samej siebie artystka: ciało to tylko środek, dzięki któremu możliwa jest twórczość, który dostarcza jedynie materiału na dzieło, i którego istnienie tak naprawdę nie jest istotne, jak zresztą prawdopodobnie wszystko, co zewnętrzne, a nie duchowe. Kahlo chłonie rzeczywistość tak intensywnie, by przywołać ją później na płótnie w formie, która oddaje ogromną wrażliwość, emocjonalność towarzyszące jej życiu.

Malarstwo łączy i przeplata się z rzeczywistością także w sferze rozwiązań formalnych filmu. Doskonały pomysł reżyserki, by obrazy Fridy, dzięki powolnemu przenikaniu, stawały się prawdziwymi kompozycjami żywych ludzi-aktorów i rekwizytów, potęguje wrażenie nierozerwalności sztuki z życiem malarki. Oglądamy na ekranie sztukę, która stała się życiem, i życie, które stało się sztuką. Tak oto twórczość Fridy jest w filmie Taymor pomostem, łączącym szczęście i cierpienie istnienia poprzez miłość do malarstwa.

"Frida". Reż.: Julie Taymor, scenariusz: Clancy Sizal, wg Haydena Herrery, zdjęcia: Rodrigo Prieto, muzyka: Elliot Goldenthal. Występują: Salma Hayek, Alfred Molina, Geoffrey Rush, Antonio Banderas, Valeria Golino. USA 2002, 117 min.