do strony głównej

Plastka - notatnik

Roman Lewandowski

NIE TYLKO MIŁOSNE AFERY
Szkic o Marioli Brillowskiej

Mieszkająca od 1981 roku w Niemczech Mariola Brillowska jest w Polsce stosunkowo mało znana. Artystka w swej dość różnorodnej formalnie twórczości wykorzystuje szerokie spektrum środków wyrazu, swobodnie poruszając się w świecie instalacji, performance'u czy malarstwa. Niezależnie od tego od lat zajmuje się pisaniem prozy oraz poezji, rysowaniem komiksów, tworzeniem słuchowisk i filmów animowanych. Tych ostatnich zresztą zrobiła kilkanaście (w tym jeden pełnometrażowy). Za swój pierwszy film pt. "Grabowski. Dom życia" artystka w 1991 roku otrzymała Międzynarodową Główną Nagrodę na prestiżowym festiwalu w Oberhausen. Jej kręcone na taśmie 35 mmm filmy epatują tematyką śmierci, seksu, występku, często prowokacyjnie ocierają się o horror, kicz, groteskę. Z uwagi na radykalizm i bezkompromisowość Brillowska działa właściwie przede wszystkim na niemieckiej scenie offowej. Swoje najważniejsze projekty - "Liv Ullmann", "Las Vegas Show", "Club Adorator", "Głupi sklep" czy jeden z ostatnich "Szpital polski" - pokazywała w Szkocji, Portugalii, Szwajcarii i Niemczech. W Polsce - jeśli nie liczyć przeglądu jej filmów w warszawskim CSW w 1999 r. - nie pokazywała swoich prac od wielu lat. Być może nieobecność ta wynika z faktu, że obrana przez nią estetyka "glamour" nie mieściła się w tym, co przez ostatnie dwie dekady pokazywały polskie galerie. Dominacja estetyki spod znaku "stajni" Grzegorza Kowalskiego wydawała się wiążąca i zawłaszczająca optykę wielu kuratorów. Sama Brillowska, co prawda, w swoich realizacjach również dość często penetruje tematykę ciała i ludzkiej seksualności, jednak czyni to nie bez ironii, pastiszu czy zabawy. Takie specyficzne, dadaistyczne podejście do sztuki sprawiło, że usytuowała się obok głównej sceny. Potwierdza to m.in. fakt, że występując ze swoim zespołem "Las Vegas", nie obawiała się gościć w klubach muzycznych o najdziwniejszej proweniencji.

Element artystycznej prowokacji i ostrze krytyki uderzającej w kulturę konsumpcyjną pozwalają porównywać tę twórczość z pracami amerykańskiego artysty, Paula McCarthy'ego. W obu przypadkach mamy do czynienia z podobnym wachlarzem środków wyrazu, zbieżnym repertuarem kontestowanej tematyki społecznej i odwołaniami do stylistyki mass mediów. Zarówno Brillowska jak McCarthy nie obawiają się sięgania do tematów tabu i z tego też gestu czynią jeden z podstawowych wyróżników swej twórczości.

Jedną z ostatnich prac Brillowskiej, która kumuluje dystynktywne cechy praktyk jej artystycznych, jest pokazywana w ostatnich dwóch latach realizacja pod nazwą - "Dzieci płaczą za nami (projekt artystyczny dla matki i dziecka)". Pojawiają się tutaj sparodiowane na obrazach postacie Adama oraz Ewy, a także cała menażeria lalek w białych (komunijnych?) sukienkach, która spełnia najwyraźniej funkcję ponowoczesnego ikonostasu. Centralnym jego punktem jest wideoinstalacja przypominająca ołtarz - prezentacja rysunkowej animacji i autorskiej piosenki wychwalającej uroki miłości. Całości towarzyszą wężowe neony w formie kolorowej aplikacji - "Future Art Project".

Projekt ten bez wątpienia nawiązuje do estetyki "przedszkola", co potwierdza sama artystka określająca siebie jako "misjonarkę niechcianych dzieci". Jej przeświadczenia i ich wizualne zobrazowanie to właśnie prezentacja nieco futurologicznej wizji świata, w której kobiety przestają rodzić dzieci, gdyż funkcję tę przejmują nowe generacje maszyn. Jednak - okazuje się - przedsięwzięta technologia nie jest w stanie umniejszyć roli macierzyńskiego instynktu i potrzeby miłości. Dla zrównoważenia skutków tego procederu Brillowska zdecydowała się więc powołać i zarejestrować rzutujący w przyszłość projekt społeczeństwa pod nazwą SNUPIEKULT. Jest to sekta, która zajmuje się wychowywaniem plastykowych zwierząt. Jak pisze artystka w swym manifeście o "SNUPIEKULT": "w ciągu dnia dziećmi opiekują się roboty przebrane za plastykowe zwierzaki. W tym czasie rodzice zarabiają na życie oraz realizują się osobiście. Wczesny wieczór jest przeznaczony na wspólne życie rodzinne. Po położeniu dzieci do łóżka rodzice zajmują się swoim hobby, a przede wszystkim aferami miłosnymi."

"SNUPIEKULT" wyrasta w dużej mierze z podglebia filozofii państwa nadopiekuńczego, które ubezwłasnowolnia jednostkę naddatkiem bezpieczeństwa, represyjnością komfortu, emocjonalną regresją w stylu MTV. Dlatego najnowsze prace Marioli Brillowskiej można także postrzegać jako radykalną krytykę podobnego systemu. Inną jest rzeczą, że artystka przy okazji całkiem świadomie mierzy własną twórczością w mit zachodniego konsumeryzmu, w jego patriarchalne fundamenty i idee fixe "wiecznej miłości". Brillowska w swych instalacjach ewokuje namiętności, które choć w kiczowatej oprawie, odwołują się do tego, co w człowieku pierwotne. Najlepszym tego przykładem są jej show-performances. Artystka, prowokacyjnie ubrana, śpiewa egzorcyzmując miłość, kobiecość, nieobecność szczęścia. Kiczowata oprawa jest w jej rękach niezwykle dowcipną i inteligentną metodą dystrybuowania krytyki obowiązującej estetyki i wizualności pop-kultury.

W przypadku twórczości Marioli Brillowskiej zwraca też uwagę jej sprawność i umiejętność konstruowania całościowej przestrzeni dzieła w oparciu o najrozmaitsze media. Z biegłością włącza je w swój obszar i ze swobodą przemieszcza się pomiędzy animacją, rysunkiem, rzeźbą bądź instalacją. Mimo to projekt "Dzieci płaczą za nami" pozostaje klarowny, czytelny i w żadnym razie nie daje się określać jako sztuka elitarna. Brillowska posługuje się przecież środkami, którym daleko do wyrafinowania i nadętej powagi. Bez wątpienia mieszanka liryzmu i erotyki oprawione dozą szyderstwa jest strawą przyswajalną szczególnie dla młodego odbiorcy, który zdążył już przywyknąć do "entertejnmentu, treszu i kiczu" kultury klubowej. Z drugiej jednak strony realizacja ta pokazuje też, że artystka angażuje się w nurt refleksji nad gwałtownie zmieniającymi się uwarunkowaniami współczesności - zwłaszcza zaś egzystencji pojedynczego człowieka. Ten bowiem, żyjąc w coraz bardziej stechnicyzowanej i zwirtualizowanej rzeczywistości, staje się ledwie trybem w technologicznych rozgrywkach wielkich korporacji, które fundują nam ingerencję w najbardziej głębokie struktury - ich procedury dotykają już nie tylko wizerunku ciała, ale wnikają w funkcjonowanie kodu DNA. Klonowanie i zastępcze matki są tylko jednymi z wielu modułów takiego globalnego dyktatu, który Mariola Brillowska kontestuje i krytykuje.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka |