| |
Teatr - rozmowy / recenzje
MY DWIE I "TANGO"
Rozmowa szatynki z blondynką o spektaklu w Teatrze Śląskim
Ewelina Kosałka (szatynka): Czym jest tango? Zakazany taniec, opowiadający o kłótni kochanków. Pełny ekspresji, gwałtowności. Piękny, a do tego nieobliczalny. A jakie jest "Tango" Mrożka w realizacji Filipa Bajona? O tym możemy przekonać się na deskach teatru im. S. Wyspiańskiego, gdzie reżyser stworzył własną wizję dramatu Mrożka. Spektakl magnetyzuje. Nie wiem czy to zasługa Mrożka, czy reżysera. Widz jest zahipnotyzowany. Potwierdza się stwierdzenie, że ten sam tekst można odkrywać ciągle na nowo. "Tango" według Bajona jest na wskroś współczesne. Oprócz wymowy i przesłania autora (Mrożka), reżyser dołożył swoje spojrzenie na dzisiejszy świat. W rzeczywistości scenicznej uderza niezwykłe podobieństwo do współczesnego życia: bez zasad, zdegenerowanego. "Tango" jest lustrem, w którym niebezpiecznie można zobaczyć "za dużo".
Anna Dyląg (blondynka): Wydawać by się mogło, że "Tango", będące przecież lekturą szkolną, nie jest w stanie zdziwić czy zaskoczyć widza bądź czytelnika. Na deskach teatru jednak każde dzieło staje się NOWYM doświadczeniem, ponieważ aktorzy nadają bohaterom NOWE cechy, a scenarzysta realizuje swój pomysł zagospodarowując przestrzeń teatralną.
E.K.: Aktorzy - bez nich spektakl byłby martwy (nie bez wszystkich, niektórzy mogli poświęcić się czemuś innemu). Dlatego od nich zacznijmy krytykę.
A.D.: Osią utworu jest niewątpliwie postać Artura - młodzieńca, który za wszelką cenę pragnie przywrócenia tradycji i norm, od których niegdyś odeszli jego rodzice. Jest to niezmiernie ważna rola. Artur skłania bohaterów do działania, zatem można wyobrazić go sobie jako energicznego i porywczego młodzieńca. Jednak kreacji Marcina Steca brakuje dynamiki, która charakteryzuje dramatyczny pierwowzór.
E.K.: Zgadzam się, że czegoś zabrakło. Artur jest młody, przystojny, energiczny, lecz umknęła gdzieś wola buntu - element, który u bohatera dramatu Mrożka jest najważniejszy. Na tym powinna być zbudowana cała rola. W grze Marcina Steca buntu zabrakło i dlatego zostaje jakieś poczucie niespełnienia po tej postaci. Ciągle się czeka, że może zdobędzie się na gwałtowność, że pojawi się stanowczość działania. Nadaremnie.Krytyka przede wszystkim należy się jednak Ali, a ściślej odtwórczyni tej roli - Ewie Kutyni. Z całym szacunkiem dla jej talentu - oglądałam wiele spektakli z jej udziałem i w tym tkwi problem, że chyba za dużo.
A.D.: Głos Ewy Kutyni, przynajmniej po kilku wizytach w Teatrze Śląskim, kojarzony jest z pełnymi romantycznej beznadziejności bohaterkami romansów. Takiego wizerunku nie można pogodzić z postacią kobiety w pełni przeświadczonej, ze ciało jest jedynym narzędziem, które pozwala jej manipulować mężczyzną. Obecności Kutyni na scenie także nie zaznacza się w wyraźny sposób, co powinno mieć miejsce z uwagi na wagę decyzji, którą musi podjąć. Z ważnej postaci, której zdrada jest przecież bezpośrednią przyczyną śmierci Artura, aktorka stworzyła ledwie widzialny cień, który nie posiada w sobie dynamiki i nie jest przekonywujący.
E.K.: W ustach Ali, słowa "O co ci tak właściwie chodzi" - brzmią identycznie jak w spektaklu "Beztlenowce" Ingmara Villquista, w którym aktorka także gra. Bardzo razi identyczna interpretacja. Perełką, a raczej największą perłą spektaklu jest Stanisława Łopuszańska (Eugenia). Niektórzy aktorzy są jak wino, im starsi tym lepsi. Łopuszańska niewątpliwie do nich należy. Trudno jest opisywać fantastyczną grę, łatwiej jest krytykować, niż wychwalać. Lecz wszelkie pochwały za kreację Eugenii są jak najbardziej zasłużone. W tej roli nie ma nic z pojawiającej się czasami teatralnej sztuczności. Babcia Eugenia wzrusza, bawi - jest naturalna i prawdziwa. Dla widza to ogromna radość móc oglądać pokaz wybitnego kunsztu aktorskiego - nie zdarza się to często.
A.D.: Osobą, która bezsprzecznie jest najbardziej naturalna i swobodna, jest Eleonora. Gra Violetty Smolińskiej rzeczywiście odzwierciedla postawę matki. Zamykając oczy w trakcie spektaklu można wyobrazić sobie, że oto jest się w autentycznym domu - ten sam sposób intonacji, ta sama matczyna miłość w każdym słowie. Eleonora jest jednak nie tylko matką, ale przede wszystkim wyzwoloną bojowniczką o wolność własnego pokolenia, co genialnie manifestuje strojem.
A.D.: Postacią wprowadzającą nieład do całości utworu jest Edek. W zasadzie w samym utworze jego obecność zaznacza się wyraźnie jedynie na końcu. Grzegorz Przybył przykuwa uwagę, czego w początkowych scenach robić nie powinien. Wygląda i porusza się jak postać rodem z serialu "Świat według Kiepskich", co niekoniecznie jest pozytywnym aspektem aury jego bohatera.
E.K.: Dla mnie Edek to "swój chłop": prosty, prymitywny. Ogromnie ekspresyjna gra Grzegorza Przybyły pokazuje obraz współczesnego, przeciętnego "cwaniaczka". Nie budzi on jednak wstrętu, tylko sympatię. Nawet zabójstwo głównego bohatera nie zmienia mojego stosunku do niego.
Magię spektaklu współtworzy scenografia a także gra światła na scenie. Filip Bajon zaprosił do współpracy Zofię de Ines - wybitną scenografką (współpracującą z licznymi scenami warszawskimi m.in. Ateneum, Teatrem Wielkim, Powszechnym, Rozmaitościami), dzięki której scena sprawia wrażenie usytuowanej gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Wszystko jest niby kolorowe, a jednak szare. W scenografii wykorzystane są proste elementy, którym zostaje przypisana wyjątkowa rola. I tak stara maszyna prasowa jest katafalkiem, a zasłonę oddzielającą kuchnię od salonu stanowią połączone wydania "Trybuny Ludowej". Do tego całego klimatu lekko "socjalistycznego" należy dołączyć grę światła. Wyostrza, momentami przejaskrawia bohaterów - jest przewodnikiem widza, a momentami narzuca właściwy sposób odbioru.
A.D.: Nie zauważyłam w scenografii niczego szczególnie godnego uwagi. Ponieważ Mrożek dokładnie zaznaczył w didaskaliach jak powinna wyglądać scena, de Ines nie mogła popisać się fantazją i umiejętnościami. Niewątpliwie spadające kartki z napisami "Głosując popierasz komunistów, którzy zabijali bezbronnych robotników w 1956, 1970, 1980, 1981!" stanowią element zaskoczenia wywołującego uśmiech widza (ponadto może ową karteczkę zabrać sobie na pamiątkę).
E.K.: Przy takiej sztuce jak "Tango" nie można pominąć choreografii, która stanowi kulminacyjny moment spektaklu. Finałowe tango to synchroniczne połączenie muzyki i ciał. Takie tango można oglądać i oglądać...
Czy warto poświęcić 120 minut i obejrzeć "Tango"? Na pewno bardziej przemawia sceniczna interpretacja niż sama lektura dramatu. Bezcenne jest skonfrontowanie własnego wrażenia z wizją artystyczną reżysera i aktorów.
|
|