do strony głównej

Literatura - proza

Patrycja Pustkowiak

JEDNAK NIE

Powiedział, że chciał, żeby było dobrze, ale że ja znów wybrałam kurestwo. Że się starał i chciał ze mną zwyczajnie być, bał się mnie dotknąć i zabierał mnie na ławkę w parku i siedzieliśmy w słońcu, jak nawróceni grzesznicy, rozmawiając ze sobą godzinami, rzucając pod nogi papierki, plując na gołębie.

Myślałam, że tego właśnie chcę. Po okresach grzesznych, po okresach ciemnych, po okresach piwnic. Bo przedtem prowadzałam się wyłącznie z dziwkarzami. Z takimi, co chodzili się upijać i zdradzać żony na mieście. Chodziłam w czarnej, obcisłej sukience z piórami na szyi, kręciłam tyłkiem i chwytałam się silnych, męskich, pijanych ramion. Stukałam obcasami w bruk, śmiałam się białymi zębami przez smugi czerwonej szminki Shiseido, pociągałam Jacka Daniellsa ze srebrnej, ręcznie rzeźbionej piersiówki i było mi wszystko jedno.

A on właśnie postanowił, że musi mnie naprawić. Brał mnie do parku i na długie spacery i w ogóle mnie nie dotykał. Patrzyliśmy na biegające, rozwrzeszczane dzieci, na pływające po Wiśle łabędzie, na młode matki, pchające przed sobą wózki, na zakochanych, dotykających swoich rąk, chłopca biegnącego gdzieś z bukietem czerwonych tulipanów w spoconej dłoni, rowerzystów, przecinających alejkę tuż za naszymi plecami, na cały świat, który rozgrywał się przed naszymi oczami, który nas rozpraszał. I on mi kazał na to patrzeć, kazał się temu przyglądać i mówił mi o książkach, zdjęciach i filmach i co lubi robić i jeść i że w lecie nosi krótkie spodenki. Pokazywał mi swoje zdjęcia i kazał mi mówić, czy są ładne czy nie i ja musiałam coś mówić i to było jak nauka obcego języka. Mówił do mnie po czesku i ja pomyślałam, że to jest taki język, w którym nie można robić złych rzeczy i że to do niego pasuje, tak bardzo pasuje. Odprowadzał na przystanek i patrzył na mnie długo i czule łagodnymi oczami, uśmiechał się i spuszczał wzrok. Gdy wsiadałam do autobusu, to stał i długo jeszcze patrzył w okno, za mną. Lubił masło orzechowe, poranne kawy i herbaty. Lubił lipy i brzozy. Niekoniecznie poranne.

I jak się spotykaliśmy, to myślałam, że jestem już całkiem uleczona. I'm cured. Patrzyłam razem z nim na ten przemykający przed oczami świat. Mówiłam, co lubię. (Okazało się, że są jeszcze takie rzeczy). Patrzyłam na niego, dotykałam czasem jego ręki i się uśmiechałam. Cała utracona przeszłość powracała do mnie, jak syn marnotrawny, a ja ją przyjmowałam z milczącą pobłażliwością i zaczynałam w nią znowu wierzyć.

Ale raz, jak siedzieliśmy nad Wisłą, to przepłynęło przed nami ścierwo zdechłego ptaka i wtedy zrozumiałam, że wszystko będzie jednak źle. Że nie ucieknę od siebie, a to, co jest we mnie czarne, kosmate i chichoczące, że to tkwi już za głęboko. Być może był ostatnim, który mógł mnie uratować, ale nie wyszło, po prostu nie wyszło, jak większość rzeczy na świecie. I poczułam się, jakbym miała w kieszeni kartkę z grzechami do pierwszej spowiedzi, jakby przylgnęła do mnie na wieczność. I śniło mi się, że pluję lepką breją, napełniam nią cały basen, lepka, zielonkawa maź, której nie było końca. I zrozumiałam, że nigdy nie zdołam jej wypluć. Ona jest jak zupa baśni braci Grimm, zawsze jest od nowa i od nowa, nigdy nie widać dna.

Upiłam się i poznałam kogoś w knajpie i wziął mnie ze sobą. Chciał wkładać mi palce i język i chuja. A ja powiedziałam, że dobra, bo było mi wszystko jedno. Bo wiedziałam, że mój czeski chłopiec, ołowiany żołnierzyk, ludzik z plasteliny jest jak kolorowa bajka z dzieciństwa, mogę się przy niej wzruszyć, ale nigdy w nią nie uwierzę. I pieprzyłam się z tamtym, myśląc o wszystkich rzeczach, których już nie ma. W kiosku zobaczyłam pelerynę dziecięcą, przeciwdeszczową za 2,80 i przypomniałam sobie, że kiedyś taką miałam. Mieściłam się w rzeczy małe i proste. Biegałam w gumiakach po kałużach. Głaskałam psy.

I wszystkie te rzeczy skończyły się. Przyszedł dzień, obietnice bez pokrycia i świat wyjęty z kolorowej okładki ochronnej. A już prawie udało mi się wrócić na tą stronę, gdzie wpada się w przesiąkniętą słońcem ulicę, w uśmiechach, tłumnie. Już prawie mi się udało, ale jednak nie.




Patrycja Pustkowiak - ur. w 1981 roku w Krakowie. Studentka socjologii na UJ. Współpracuje z "Dziennikiem Polskim".

Autorka o sobie: Z fascynacji literackich na pierwszym miejscu Henry Miller, poza tym Erica Jong, J.D.Salinger, z ostatnich odkryć Etgar Keret. Z dóbr rodzimych: Gombrowicz. Z rzeczy do powieszenia na ścianie Tamara Lempicka i Modigliani. Mieszkam w Krakowie. Uwielbiam kawę. Jest to mój debiut.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | literatura | muzyka | kontakt | archiwum |