| |
Literatura - rozmowy
"ŚWIAT KOŃCZY SIĘ TAM, GDZIE NIE MA MIŁOŚCI"
Z Hubertem Dobrzanieckim rozmawia Anna Wójcik

Anna Wójcik: Czy pańska powieść "Stacja Bielawa Zachodnia" traktuje o oczekiwaniu na cud?
Hubert Dobrzaniecki: "Stacja Bielawa Zachodnia" jest książką o poszukiwaniu, oczekiwaniu na wolność i miłość. O spełnianiu marzeń o znajdowaniu miłości i wolności w przeróżnych miejscach - nawet w więzieniu! Wolność, miłość, marzenia stanowią tutaj jedność, mogą, potrafią egzystować w pewnych momentach książki samodzielnie. Poczucie wolności, miłości i marzenia są stanami cudownymi, wiele postaci z książki oczekuje na cud. Oczekiwanie na cud jest bardzo ludzkie, każdy z nas czekał nań, czeka lub będzie oczekiwać.
A.W.: Z Bielawy do Reykjaviku, od teologii do filologii islandzkiej. Znalazł pan wreszcie swoje miejsce na ziemi?
H.D.: Odnalezienie miejsca na ziemi nie jest trudne jeśli człowiek kieruje się głosem serca. Ja swój skarb wykopałem, więc i miejsce na ziemi się znalazło.
A.W.: Po co się studiuje teologię? Po co człowiek ogranicza się do przestrzeni, która zamyka się na inną rzeczywistość? Czy to dlatego trafił pan na filozofię, do świata który obok Akwinaty pozwala zatrzymać się także dłuższą chwilę nad Feuerbachem?
H.D.: Teologię studiuje się w różnych miejscach i z różnych powodów. Niektórzy studiują ją z chęci zysku, inni bo im mama kazała, inni bo utracili wiarę, jeszcze inni bo uwierzyli, że ją mogą nabyć, są tacy, którzy chcieliby ją pogłębić, a jeszcze inni, aby potwierdzić, że Boga nie ma... Tomasza z Akwinu poślubiłem z miłości, Feuerbacha z rozsądku. Życie się różnie układa. Po przerwaniu studiów teologicznych stanąłem przed wyborem (nie był wielki): albo wojsko, albo filozofia, takie były czasy. Nigdy nie przepadałem za braniem udziału w zabawie w strzelanego prawdziwymi nabojami, mój współczynnik agresji też nie był tak wysoki, aby stać się częścią Ludowego Wojska Polskiego kierowanego w owych czasach przez garstkę wariatów, alkoholików i sadystów. Wybrałem Tomasza. Feuerbacha i innych, to było dużo ciekawsze.
A.W.: Na ile bliskie jest panu twierdzenie Lutra, że "wolna wola służy wyłącznie do sprzeciwiania się bożym planom"?
H.D.: Kalwin całkowicie zaprzeczył wolnej woli, co jest i było kompletną bzdurą, wystarczy zaobserwować ludzi, to co robią... Luter przedstawił ją jako narzędzie do sprzeciwiania się woli bożej, co jest prawdą - ale tylko połowiczną, jej częścią. W moim mniemaniu wolna wola służy nie tylko do sprzeciwiania się Bogu, wolna wola służy również do zmiany dobrego w jeszcze lepsze, a jeszcze lepszego w idealne, jak również złego w gorsze, a gorszego w najgorsze.
A.W.: Co pan powie na sugestię, iż tytułowa część powieści przywołuje w pamięci obrazy z "Pociągów pod specjalnym nadzorem"? Cieszy pana porównywanie "Stacji Bielawy Zachodniej" z Hrabalem?
H.D.: Ta sugestia bardzo mi pochlebia. Uwielbiam Hrabala. Już ktoś kiedyś napisał, że moja proza to takie ciepłe, czeskie pisanie z humorem.
A.W.: W recenzji ze "Stacji
" napisałam: "prawdziwe granice istnieją w naszych umysłach i to je musimy nauczyć się przekraczać". Zgodzi się pan z tym zdaniem?
H.D.: Zgadzam się. Wszelakie szufladkowanie naszego umysłu prowadzi do straszliwych pomyłek. Te pomyłki prowadzą do następnych, tamte zaś kończą się katastrofami. Tak jest ze wszystkim co ograniczone, zaczynając od granic państwowych, a kończąc na miedzy mojego dziadka nieboszczyka.
A.W.: Sugeruje pan, że końcem świata nie jest Bielawa pozbawiona czarnej lokomotywy, bo "Agnieszka mówi, że koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się miłość". Jednak pokazuje pan starą, samotną Niemkę Inge. Czym więc jest Bielawa z jej perspektywy?
H.D.: Agnieszka ma rację. Świat kończy się tam, gdzie nie ma miłości, gdzie jej nie było, gdzie się skończyła. Miłość jest niezbędnym składnikiem wolności, wolność jest atmosferą marzeń. Bielawa nie jest końcem świata dla Inge, Bielawa jest, stała się rezerwatem jej walki o wolność. W Inge
jest ciągle dużo miłości. Pomimo straszliwych obrotów koła historii ona wciąż jest w stanie kochać, odwzajemniać uczucia, tak było ze znajomością z Ukraińskim przesiedleńcem, który nagle umiera, tak jest z miłością do dzieci. Co prawda truje kucyka, ale my wszyscy popełniamy błędy w życiu. Inge nie jest tu wyjątkiem, jest tylko człowiekiem. Nie uśmiercam Inge w powieści, choć jest stara i schorowana, żyje, sprawa jest otwarta. Agapito popada w niełaskę u sekretarza komitetu miejskiego, być może będę się chcieli wyprowadzić z Bielawy, może Inge odkupi od nich dom!? Tutaj pozostawiłem wielkie pole manewru czytelnikowi.
A.W.: Proszę powiedzieć jak wygląda życie literackie w Islandii? Czy tam w ogóle jest jakieś życie?
H.D.: Życie literackie na Islandii istnieje (sam wydałem tam 3 książki) od chwili zasiedlenia jej przez
pierwszych ludzi. Początkowo byli to mnisi z Irlandii, którzy pisali po łacinie, później wikingowie z Norwegii. Islandia ma doskonale spisane swoje dzieje od samego początku po dzień dzisiejszy i to w swoim własnym języku. Tego można dowiedzieć się z sag, które obecnie spoczywają w podziemiach gmachu filologii islandzkiej, której to studentem miałem zaszczyt być. Bez trudu jestem w stanie je czytać. Język islandzki nie zmienił się prawie od wczesnego średniowiecza. Życie na Islandii jest, choć miejsce to przypomina czasami Marsa. 275 000 ludzi to cała populacja wyspy. Na każdego mieszkańca przypadają 3 owce. Czasami ludzie zachowują się tu jak stado owiec, jeszcze nigdy nie zauważyłem żeby owce zachowywały się jak ludzie... Na Islandii mieszka wielu pisarzy i poetów o lokalnej sławie. Główną wadą Islandczyków jest nepotyzm. Zajęcie przechodzi z ojca na syna. Ojciec pisze lub pisał, więc syn też będzie. Czasami syn pisze lepiej od ojca, wtedy przestaje być wydawany i wysyłają go na studia filmowe do Łodzi lub Pragi. Wraca po kilku latach i zaczyna kręcić reklamy baraniny dla TV, potem przestaje i zostaje politykiem, a jak ojciec umrze, zabiera się z powrotem za pisanie dostając stypendium po ojcu od państwa. Oczywiście pisze marnie, bo nie musi się wysilać - i tak go wydadzą, wypłatę dostaje; w tym właśnie momencie zaczyna pisać jego syn i wszystko zaczyna się kręcić od nowa. Islandczycy mają nawet swojego noblistę. Nazywał się Haldor Laxness. Żył prawie 100 lat, umarł w 98 roku. Byłem na jego pogrzebie. Nie miałem z tym problemów, bo prawie nikt nie przyszedł go pożegnać. Bardzo ich, jako naród, krytykował w swojej twórczości, a oni krytyk nie znoszą, nie mając zdrowej przeciwwagi, żyjąc w oddaleniu, w swoim własnym islandzkim świecie.
A.W.: Islandia to niemalże koniec świata. O Islandii media milczą. Nie docierają stamtąd wieści o konfliktach narodowościowych ani też o korupcji polityków. Co to za kraj, ta Islandia?
H.D.: Islandia jest ciekawym tworem. Kraj jeszcze w Europie, ale już jedną nogą w Ameryce Północnej. 60 km od Reykjaviku biegnie rów tektoniczny oddzielający platformę europejską od amerykańskiej. To kraj ognia i lodu. Jest tu wiele czynnych wulkanów, gejzerów, są lodowce i regularne trzęsienia ziemi. Nie jest popularna wśród turystów, ale jest bardzo droga i dzika, świat kończy się za Reykjavikiem... O Islandii można pisać wiele, dobrze i źle, tak jak o innych krajach, miejscach. Jedno jest pewne: nigdzie w Europie nie zobaczycie tak pięknego nieba, nie odetchniecie tak czystym powietrzem, nie napijecie się tak czystej wody i tak drogiego piwa!!!
A.W.: Pisze Pan nową książkę? O czym będzie?
H.D.: Piszę nową książkę, mam nadzieje ją ukończyć latem. Myślę, że będzie na tyle dobra, że ktoś ją zechce wydać. Wiele nie mogę teraz ujawnić, powiem tylko, że pewne epizody rozgrywają się w naszych okolicach. A nasze okolice to: Broumov, Nachod, Nowa Ruda, Kudowa, ale i Praga, Sardynia, Islandia, Irlandia
A.W.: Na zakończenie wypadałoby się przedstawić. Proszę o kilka słów na temat: Hubert
Dobrzaniecki.
H.D.: Hubert Dobrzaniecki odmładza się, choć przybiera na wadze i w latach. Jest optymistą, bardzo szczęśliwy, zakochany, ma marzenia, kocha ludzi, wierzy w ludzi, wierzy w wolną wolę, Boga, w siebie samego, lubi siebie samego, lubi to, co pisze i poleca innym.
A.W.: Dziękuję za rozmowę.
|
|