do strony głównej

Literatura - recenzje

Martyna Markowska

WARSZAWKA I DWIE INNE STOLICE

Odziany w bojówki i pachnący Diorem Roland Barthes spaceruje ulicami Rygi w towarzystwie Kasi Nosowskiej, której nagle z torebki wypada numer "Życia na gorąco". Kolaż co się zowie, prawda? Kolaż rządzi przecież - kolaże plastyczne własnego autorstwa Agnieszka Drotkiewicz wplata między strony swojej debiutanckiej książki "Paris London Dachau", która cała utrzymana jest w kolażowej, "zmiksowanej" estetyce.

"Jestem ubrana w cytaty" mówi główna bohaterka powieści - Basia. Porzucona, ale nadal zakochana mieszkanka Warszawy, a raczej warszawki. Wyznawczyni luksusu ze wszystkimi jego atrybutami w stylu "mandarynkowych zapachowych świeczek" czy "peelingów owocowych", która z rozbrajającą szczerością przyznaje się, że po tym, jak jej chłopak (o znanym skądinąd nazwisku Różyc?) "uciekł" w kierunku Dalekiego Wschodu umożliwiając jej tym samym wsparcie szeregów stołecznych "lansowych trendy singli", tęskni, łka i pęka jej serce.

W cytaty ubrana jest cała książka. Stapiają się ze sobą, połykają się nawzajem, przeplatają i mieszają. Można odnaleźć całe zdania zbudowane z takiej oto mikstury (np. stan uczuciowy bohaterki oddany poprzez wymienienie obok siebie tytułu książki Jane Austen i fragmentu katolickiego wyznania wiary przypieczętowanego nazwiskami Wielkich Kobiet). W tym kalejdoskopie pojawia się strukturalizm, poststrukturalizm, dyskurs feministyczny, Zygmunt Bauman, PJ Harvey, a na okrasę Grażynka z "Klanu". Nic w tym dziwnego, w końcu Agnieszka Drotkiewicz to dziecko (lat 22) swoich czasów , i to dziecko wyedukowane. Zna słowa potlacz, logorea, omnipotencja, ale nie pogardzi i starym Heglem. Esencja, egzystencja, emanacja, bułka z masłem. Z językami obcymi też u niej w porządku. Oczywiście, jak na współczesne tendencje przystało, dotyka wszystkiego, ale po trochu. Napomknie o jednym, szybko przechodzi do drugiego. Kolejny (uwzględniając kategorie Umbero Eco) labirynt w postaci sieci, w którym brak środka i wyjścia, a zamiast tego gąszcz krzyżujących się dróg. To figurowe ślizganie się po powierzchni wychodzi raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Niektóre pomysły są może zbyt karkołomne i pretensjonalne ("Jestem rękopisem znalezionym w Saragossie, narracja szkatułkowa i polifoniczność to moje cechy dystynktywne"), niektóre nieco żenujące ("jesteś moją chemioterapią i naświetlaniem", choć w kontekście porównania zerwania do obozu koncentracyjnego zapewne dałyby się obronić...), na niektóre piruety spoglądam z sympatią, niektórym biję brawa, jednak ogólny efekt jest niezły. Po pierwsze dlatego, że rzadko można teraz trafić na książkę, a zwłaszcza napisaną przez tzw. "młodych, zdolnych, egzaltowanych", która nie nudzi, a Drotkiewicz ze swoim tempem nie tylko nie nudzi, ale i nie męczy. Ponadto, znamy chyba uczucie, że "dobrze się zaczęło, ale potem ...". W przypadku mojej lektury "Paris London Dachau", wraz z ilością przeczytanych stron, coraz bardziej się do niej przekonywałam, bawiłam się też coraz lepiej. Jednak to nie żonglerka cytatami, nazwami "miejskich" lokali, firm odzieżowych i kosmetycznych (owe Paris i London, jak się domyślam) i tytułami książek zainteresowała mnie najbardziej. Drotkiewicz, koleżanka Masłowskiej, zna warszawkę, tkwi w niej, przyznaje się do niej i ... ma do niej dystans. W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" wyznaje: "Warszawka nie jest sama w sobie zła, jeśli ktoś się tym bawi, traktuje lekko. Gorzej, gdy staje się to jego religią i zaczyna gardzić osobami, które nie wydają 400 zł na fryzjera"( http://www2.gazeta.pl/obcasy/1,25369,1916297.html, 2004-05-19). Autorka bawi się słowami, rymuje, "przeżuwa" humanistyczne biblie podane w sosie telewizyjnym i ma tego świadomość. Basia w ułamku sekundy rozpoznaje nosicieli "snobistyki stosowanej" i "pseudoerudycji", a to elementy nie tylko warszawskie, niestety. Wyśmiane, ale bez brutalności, tak jak dylematy studenckie i inne "okruchy życia codziennego". Odwołując się ponownie do Eco, ironia bowiem to przecież ostatnia szansa na bycie autentycznym w kulturze, w której wszystko już było.

Agnieszka Drotkiewicz mówi o fabule swej książki, że to opowieść o "miłości w czasach zarazy" (o tym, że lubi pisarzy latynoamerykańskich można dowiedzieć się z samej powieści, a także kogo jeszcze lubi poza nimi), niech tak będzie. Kogo nie kusi jednak lektura romansu, tym lepiej, bo skoncentruje się na innych motywach. Na przykład, jaki temat i program konferencji przygotowała Akademia Miłości Brutalnej albo co znajdziemy pod adresem sny-o-tobie.blog.pl? To bowiem jedne z najciekawszych pomysłów młodej autorki wychowanej i "wyuczonej" na wszystkim co trendy i cool, a wiadomo, że mody i tendencje to nie tylko domena strategii funkcjonowania centrów handlowych, ale również tak, jakby się wydawało skostniałej i "niewinnej" na tym polu dziedziny, jak nauczanie akademickie. Tożsamość, cielesność, dyskurs dowolny, wizerunek kobiety. Znamy to? Raczej tak. Mimo, iż nie mieszkamy ani w Warszawie, ani w warszawce.

Agnieszka Drotkiewicz: Paris London Dach. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2004.

 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka | literatura | kontakt | archiwum |