| |
Film - rozmowy
BRUNO SCHULZ NA 35 MM
Z Benjaminem Geisslerem rozmawia Anna Mielech
W trakcie pierwszej edycji Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego "Żydowskie Motywy HA-MOTIV HA-JEHUDI", która odbyła się w dniach 18 -27 kwietnia w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki, zaprezentowano ponad 60 filmów poświęconych narodowi żydowskiemu, jego tradycji, historii, tożsamości narodowej i kulturowej. Gościem festiwalu był Benjamin Geissler - niemiecki dokumentalista, odkrywca drohobyckich malowideł Brunona Schulza.
Drohobyckie obrazy to jeden z najbardziej kontrowersyjnych nabytków muzealnych w ostatnich latach. Namalowane na ścianach pokoju dziecięcego w domu zajętym przez oficera SS Feliksa Landaua, przez pół wieku pozostawały ukryte przed ludzkim wzrokiem. W lutym 2001 roku malowidła odkrył Geissler. Trzy miesiące później przedstawiciele Muzeum Pamięci Ofiar Holocaustu Yad Vashem z Jerozolimy nielegalnie wywieźli ich część z Ukrainy. Kompozycja Schulza została rozbita, a jej części narażone na niemal pewne zniszczenie.
Film Geisslera "Odnaleźć obrazy" dokumentujący poszukiwania, odkrycie i nagłe zniknięcie dzieła, został zdobywcą pierwszej nagrody na warszawskim festiwalu.
Anna Mielech: Co sądzisz o Warszawskim Festiwalu Filmów Żydowskich?
Benjamin Geissler: To bardzo dobry pomysł. Impreza ta uświadamia nam, jak różnorodny może być świat żydowski. Szkoda tylko, że festiwal organizowany jest w momencie, gdy tak niewielu Żydów mieszka w Polsce. Nawiązując do mojego filmu - to pokazuje nam, jak ważne jest stworzenie dialogu pomiędzy kulturami w rzeczywistości, w której Żydzi są wciąż obecni. Przecież w zachodniej części Ukrainy nadal mieszka ich ponad 10.000. Tam nie ma żadnej imprezy tego typu.
A.M.: Czy uważasz, że możliwa jest organizacja podobnego festiwalu na Ukrainie?
B.G.: We Lwowie, czemu nie?
A.M.: Czemu nie, ale powinno być jednak jakieś zainteresowanie np. ze strony rządu...
B.G.: Osobiście nie wierzę w organizacje rządowe, wierzę w organizacje pozarządowe. Z doświadczenia wiem, że działają w nich dobrzy ludzie. W każdym razie, bardzo spodobał mi się pomysł, by wyprowadzić festiwal z pewnego rodzaju getta i organizować projekcje filmów również w niewielkich miastach [np. w Górze Kalwarii - przyp. A.M.].
A.M.: Jesteś szczególnym uczestnikiem festiwalu - nie każdy film miał dodatkowe pokazy poza Warszawą.
B.G.: Oczywiście, trzeba poszukiwać tematów, które się sprawdzą w takiej sytuacji. Nie każdy film będzie funkcjonował w tych warunkach. Uważam, że powinniśmy się starać się budować mosty łączące nas z innymi. Wciąż istnieje przecież wiele stereotypów, w każdym narodzie: polskim, żydowskim, niemieckim... Należy budować mosty, poznawać indywidualne jednostki. Jednym z tego sposobów może być oglądanie dobrych filmów dokumentalnych lub fabularnych. Wierzę w ten rodzaj rozpowszechniania kultury. Niestety, w naszych czasach, z każdym dniem poznanie staje się coraz bardziej powierzchowne.
A.M.: Czy znasz twórczość jakiś polskich dokumentalistów?
B.G.: Tak. Znam i lubię Marcela oraz Pawła Łozińskiego. Oczywiście, bardzo cenię Krzysztofa Kieślowskiego. Zarówno jako autora dokumentów, jak i filmów fabularnych. W Polsce powstało dużo dobrych dokumentów; w niektórych filmach podobają mi się drobne rzeczy, niewielkie fragmenty.
A.M.: Który film Kieślowskiego wywarł na tobie największe wrażenie?
B.G.: "Podwójne życie Weroniki" - nie znam jednak całej jego twórczości. Lubię także "Trzy kolory" oraz wcześniejsze prace Kieślowskiego. Bardzo podoba mi się pierwszy film fabularny Polańskiego "Nóż w wodzie". Problem tkwi w tym, że telewizja nie pokazuje takich filmów. Zamiast produkować - szczerze mówiąc - chłam, mogłaby przejrzeć swoje archiwa. Jest tam przecież mnóstwo dobrych rzeczy.
A.M.: Wspominałeś o problemach z wyświetlaniem swojego filmu w Izraelu. Czy mógłbyś skomentować tę sytuację?
B.G.: Spotykam wielu żydowskich filmowców. Jeśli produkują filmy o izraelskich władzach lub kontrowersyjnych sytuacjach - mają problemy z pokazywaniem ich w Izraelu. To bardzo smutna sytuacja. Wierzę, że bardzo ważne jest prowadzenie dialogu, również pomiędzy Żydami i Palestyńczykami. Nawet podczas tego festiwalu pokazywane były dokumenty, będące rodzajem propagandy, a nie analizy sytuacji. Jako reżyser filmowy, obserwujący losy obrazów Schulza i ingerencję Yad Vashem, uważam, że należy zajmować stanowisko, które zmusza ludzi do myślenia, a nie produkować filmy będące potwierdzaniem stereotypów.
A.M.: Czym jest projekt filmowy "Lost Pictures"?
B.G.: Chcę nakręcić film pod takim tytułem. Jeśli mi się powiedzie - będzie to pewnego rodzaju wirtualna rekonstrukcja obrazów Schulza. Chciałbym połączyć materiały, które posiadam, w zupełnie inny sposób, pokazać inne oblicze tego, co się wydarzyło. Mam sporo interesujących materiałów - nakręciłem ponad 90 godzin... Teraz zajęty jestem innym scenariuszem i pracę nad "Lost Pictures" rozpocznę nie wcześniej niż w 2005 roku. Zobaczymy, co wydarzy się w przyszłości.
A.M.: Czy realna rekonstrukcja malowideł Brunona Schulza jest możliwa?
B.G.: Wierzę, że tak. Mam nadzieję, że tak się stanie. Obwinianie poszczególnych osób nie jest teraz istotne. Ważniejsza jest refleksja - jak zmienić smutny koniec historii obrazów Schulza w szczęśliwe zakończenie. Jeśli malowidła pewnego dnia zostaną zrekonstruowane, mam nadzieje, że pokazany zostanie ślad ich wywiezienia. Byłby to pewien znak. Pęknięcia pomiędzy poszczególnymi kawałkami pokazują przecież jak trudno jest się pojednać i dlaczego warto budować mosty.
A.M.: Dziękuję za rozmowę.
|
|