| |
Plastyka - recenzje
Roman Lewandowski
RECEPTURA Z INNEJ IDYLLI

Dwie łódki, 2003
Krakowska galeria Zderzak - po niedawnym pokazie prac Stefana Gierowskiego - pokazuje teraz obrazy kolejnego utytułowanego, polskiego malarza. Tym razem możemy zobaczyć Jarosława Modzelewskiego, nota bene, ucznia profesora Gierowskiego. Nieco wcześniej, bo przed paroma miesiącami, w Zderzaku prezentowano prace Jana Młodożeńca. Ten wybór jest dość znaczący i pokazuje, że kierowana przez Martę Tarabułę oraz Jana Michalskiego galeria konsekwentnie opowiada się za wielkimi tuzami malarstwa, co oczywiście ma swoje rozliczne pozytywy (zwłaszcza w kontekście młodego odbiorcy), z drugiej jednak strony dowodzi pewnej pasywności i braku otwartości na sztukę bardziej zaangażowaną w swój czas. Casus Bodzianowskiego, który niedawno miał w Zderzaku incydentalne wystąpienie chyba nie do końca wyczerpuje problem.
Najnowsza wystawa niemal jeszcze pachnących farbą obrazów Jarosława Modzelewskiego pokazuje, że jest to malarz wybitny, ale nasuwa też wątpliwości, czy ma on jeszcze coś ważnego nam do powiedzenia. Ekspozycja nie pozostawia wątpliwości, że mamy oto do czynienia z artystą o utrwalonej reputacji i stosownej pozycji, co potwierdzają rozmaite popularne w ostatnich latach listy rankingowe czy zakończone niedawno poznańskie Targi Sztuki, gdzie Zderzak sprzedał na pniu obrazy tego chyba najbardziej utytułowanego członka niegdysiejszej GRUPPY.

Stara barka, 2003
Przyglądając się zaprezentowanym w Krakowie pracom można dojść do konkluzji, że Modzelewski stara się dowieść, iż jest w znakomitej formie i jego sztuka ciągle, mimo upływu lat, pozostaje sztuką przez wielkie "S". I pewnie jest tak w istocie, jeśli przyjrzeć się zaprezentowanym pracom od ich strony stricte warsztatowej. Jeśli jednak pokusić się o refleksję nad drogami rozwojowymi tego malarstwa, jeżeli spojrzeć na nie jako na szerszą dysputę nad formą i przedsięwziętym językiem, a także rozważyć, co w nim pozostało z lekcji, jaką do artystycznego dyskursu wniosła GRUPPA z jej niekiedy efemerycznym, acz zawsze ironicznym postulatem komentowania rzeczywistości, to oglądającego zaczną ogarniać coraz większe wątpliwości. Modzelewski nie odwołuje się już w sposób demonstracyjny do otaczającego świata - nie próbuje ani leczyć ani ośmieszać naszych kompleksów. W nowych pracach ślady Nowej Ekspresji zaczynają się i kończą na filozofii "małych orzeczeń" (by użyć terminu Jana Michalskiego) oraz skrótowości i uproszczeniu w dążeniu do czytelnej figuracji. Uniwersalizacja przekazu ikonicznego doprowadziła artystę do pejzażu - malowanie przedmieść, motywów ruderalnych czy studium przedmiotu już wcześniej leżało w zainteresowaniach Modzelewskiego. Jednak na pejzaż sensu stricte przyszło poczekać niemal dziesięć lat.
W rezultacie otrzymaliśmy obrazy, w których z dawnego Modzelewskiego pozostały jakby już tylko dwa porządki dyskursywne: magiczna aura i leksem ironii. Ten ostatni zresztą bardziej przybiera tu postać nostalgiczną. Jego melancholijna waloryzacja, konstruowana głównie dzięki znakomitej kompozycji i pracy kolorem, może niektórych urzekać. Jednak te kilkanaście prac, powstałych w ubiegłym roku w okolicach posiadłości malarza w Zakroczymiu, nad Wisłą, nie dowodzą przypadku, lecz budują nowy cykl (opatrzony tytułem "Wisła") będący faktycznie wariacjami w oparciu o zestaw sielankowych motywów krajobrazowych, dobrze już znanych z historii polskiego malarstwa. Taki gest niesie za sobą określone konsekwencje artystyczne. Co by nie rzec - sięganie po metafizyczny sztafaż w czasach, które w sposób ostentacyjny metafizykę ekspediują poza zasięg egzystencjalnego doświadczenia, jest zabiegiem nie tylko zaskakującym, ale dalece ryzykownym.

Krajobraz ruderalny, 2004
Modzelewski zdecydował się to ryzyko ponieść. W efekcie odbiorca został uraczony poetyką doczesności. Nie jest ona przywołana jednak z pierwszych stron gazet czy z widoku za oknem, a z osobnego, sielankowego świata, który budują parafernalia autora. To właśnie te wyizolowane z naszego potocznego doświadczenia enklawy konstruują tutaj świat przedstawiony. Na idylliczność tego repertuaru składają się reprezentowane inwariantnie: wiejska, ruderalna zabudowa, łódki i porzucona barka nad rzeką, wiejski płot, samotny spacerowicz. Wszystkie razem sugerują toposy znane z lekcji rodzimego malarstwa wraz z ich niezbędnymi atrybutami. Rzecz jasna, Modzelewski nie byłby sobą, gdyby nie prowadził swojej gry z czyszczeniem kompozycji i modelunku świata przedstawionego. W takich wersjach obrazu, jak na przykład "Stara barka" czy "Płot" malarz pokazuje, jak umiejętnie gospodarować przestrzenią; niektóre redakcje motywów czyni bardziej oszczędne i syntetyczne, w innych wypadkach znów decyduje się malować mniej "ikonicznie".
Niezwykłą wagę Modzelewski przykłada do barwy i światła. To ostatnie zresztą chwilami przesącza powietrze, sprawiając, iż niektóre kompozycje wydają się wręcz eteryczne. Z każdego niemal motywu emanuje energetyczna aura, co powoduje, że współczesny odbiorca - oglądając wystawę - może poczuć się nieco zakłopotany. Jest to bowiem język zupełnie nieprzystający do jego doświadczeń. Dlatego, choć malarstwo autora "Wisły" może wydawać się nowoczesne w środkach, to jednak dość anachroniczne w wyrazie. Jakkolwiek dziś nostalgię można postrzegać jako jeden ze nurtów dyskursywnych współczesnych praktyk artystycznych, sądzę, że Jarosławowi Modzelewskiemu zabrakło w tej dykcji nieco dystansu, a być może po prostu zabrał się za ten temat przedwcześnie. Porządek snu i marzenia to receptura z innej idylli.
Jarosław Modzelewski: "Wisła". Galeria Zderzak, Kraków 27 maja - 10 lipca 2004.
|
|