| |

Film - recenzje
Grzegorz P. Kowalski
KRWAWY BALET NA WESOŁO

Clarence Worley, główny bohater "Prawdziwego Romansu" Ridley'a Scotta, poznaje swoją przyszłą żonę Alabamę w kinie podczas potrójnego seansu z Sonnym Chibą. W scenie tej wygłasza pochwalną mowę na temat serii filmów o ulicznym wojowniku i grającego w niej aktora. W chwili obecnej możemy spokojnie założyć, że przez usta bohatera przemawia scenarzysta filmu: Quentin Tarantino. Twórca ten nigdy nie ukrywał swojej wielkiej miłości do kina azjatyckiego. O podobieństwach między jego "Wściekłymi psami" a "Płonącym miastem" Ringo Lama (oraz drugą częścią "Lepszego jutra" Johna Woo) było swego czasu głośno, lecz może nie jest to najbardziej chlubny przykład tejże fascynacji. Dość powiedzieć, że kino Tarantino w zdecydowanej swej części poskładane z odniesień do dzieł innych twórców, głównie popularnych gatunków, nie omija kinematografii Dalekiego Wschodu.
Jednak zarówno "Wściekłe psy" jak i "Prawdziwy romans" były zaledwie preludium, zapowiedzią filmu, który jest wielkim hołdem złożonym temu, co tylko prawdziwi miłośnicy mogą nazywać asian trash cinema. Filmem tym jest "Kill Bill". Nie będę oryginalny stwierdzając, iż fabuła filmu jest dziecinnie prosta. Wszak nie o fabułę tutaj chodzi, dlatego też nawet nie próbuję jej streszczać. Najważniejsze jest bowiem nie to, o czym Quentin Tarantino zrobił film, lecz to, z czego i jak go zrobił. Trzeba to powiedzieć wprost - ilość zapożyczeń z historii filmu, zwłaszcza z kinematografii japońskiej i hongkońskiej, jest tak duża, iż nie sądzę, aby ktokolwiek (z wyjątkiem samego reżysera) był w stanie wskazać je wszystkie. Zaś nawet gdyby ktoś tego dokonał, analiza owa objętością swą dorównałaby zapewne scenariuszowi filmu.
Jednak by uzmysłowić czytelnikom o co w ogóle chodzi, postaram się przytoczyć kilka, najbardziej rzucających się w oczy przykładów cytatów i nawiązań.
- Już czołówka filmu, a konkretnie logo wytwórni braci Shaw (stajni samego Bruce'a Lee), w której studiach kręcono część zdjęć do filmu, zapowiada, co będzie się działo później. Umieszcza ona dzieło we właściwym kontekście - pośród innych produkcji spod znaku wuxia.
- Żółto-czarny kombinezon Umy Thurman to "mutacja" dresu, w jakim prezentował się wspomniany już Bruce Lee w filmie "Game of Death", a także, już na zasadzie pastiszu, Jacky Cheung w "Krachu" Wonga Jinga.
- Grana przez - znaną z Bttle Royale - Chiaki Kuriyama Go Go Yubari wygląda jak japońska uczennica wyciągnięta żywcem z dziewczęcego anime pokroju "Czarodziejki z księżyca".
- Animowana wstawka przygotowana przez japońskie studio Production IG (odpowiedzialne za długo oczekiwany film "Innocence: Ghost in the Shell II)" nie wymaga chyba komentarza.
- Rezygnacja z koloru na rzecz obrazu czarno-białego w scenach wyjątkowo obfitujących w fontanny krwi także jest praktyką zapożyczoną z filmów hongkońskich realizowanych około lat 70.
I tak dalej - mógłbym to kontynuować jeszcze długo. Tylko po co? To trzeba zobaczyć.
Warto jednak wspomnieć jeszcze o aktorach - bo i obsada w "Kill Bill" nie jest przypadkowa. Tytułową rolę gra David Carradine - znany z realizowanego w latach 70., kultowego serialu "Kung-fu" oraz jego współczesnej kontynuacji (niestety nie dorównującej już oryginałowi) pod tytułem "Legendy Kung-fu". Można tylko żałować, że w pierwszej części filmu nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć twarzy Billa. Jednakże prawdziwą gwiazdą drugiego planu w czwartym dziele Tarantino jest sam legendarny Sonny Chiba, wcielający się w rolę Hattori Hanzo - wytwórcy najlepszych samurajskich mieczy. Co ciekawe, tak samo nazywała się postać grana przez Chibę w serialu "Hattori Hanzô: Kage no Gundan".

W obliczu takiego zapętlenia odniesień i nawiązań nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że filmu w zasadzie nie da się zaklasyfikować do żadnego z istniejących gatunków. Występują w nim elementy yakuza movie, filmu samurajskiego, thrillera, czarnej komedii i wielu innych. Jednak nad nimi wszystkimi dominuje w sposób zdecydowany formuła filmu sztuk walki, nazywanego przez Chińczyków wuxia pian. Sceny pojedynków na miecze, pięści, kuchenne noże lub patelnie (sic !) wypełniają większą część projekcji. Za choreografię tych wspaniałych, przypominających krwawy balet, sekwencji odpowiedzialny jest Yuen Woo-ping, reżyser i mistrz sztuk walk z Hongkongu, twórca bardzo popularnego filmu "Iron Monkey", którego wznowioną edycję wyprodukował w roku 2001 sam Quentin Tarantino. Miłośnicy rozrywkowego kina amerykańskiego mieli już okazje poznać talent Yuena Woo-pinga w obu filmach z cyklu "Matrix" braci Wachowskich.
Z powyższego opisu wynika dość jasno czym dzieło to jest dla jego twórcy - dobrą zabawą, układaniem klocków zrobionych z wielu innych filmów, które obejrzał reżyser w czasie swej pracy w wypożyczalni kaset video. Tym też powinien być dla widza, miłośnicy kina intelektualnego mogą zaś poczuć się zawiedzeni, gdyż nie znajdą w Kill Bill odpowiedzi na ostateczne pytanie o życie, wszechświat i całą resztę (jakby to powiedział Douglas Adams - inny artysta bawiący się w układanie klocków). Dlatego też nie powinny nikogo razić drobne nielogiczności, jak na przykład fakt, że po jatce w barze House of Blue Leaves Uma Thurman i Lucy Liu wychodzą na ośnieżony dziedziniec, choć wcześniejsze sceny nie wskazywało na to, aby w Tokio panowała zima. Wszak krew najładniej wygląda na śniegu.
"Kill Bill". Vol.1.Reż.: Quentin Tarantino, scenariusz.: Quentin Tarantino, producent: Lawrence Bender,Quentin Tarantino, zdjęcia: Robert Richardson (I), muzyka: RZA, scenografia: David Wasco,Yohei Taneda. Czas trwania: 111 min. Produkcja: USA, 2003.
|