| |

Film - notatnik
Grzegorz P. Kowalski
PRAWDZIWI FACECI ŻYJĄ TYLKO W HONGKONGU

Garść faktów
Zjawisko godne odnotowania: od kilku lat przeżywamy wyraźny wzrost zainteresowania dystrybutorów filmowych kinematografią azjatycką. Pisząc "przeżywamy", mam tu na myśli głównie polskich kinomanów, choć jestem niemal pewien, że sytuacja ta jest odbiciem szerszego zwrotu w stronę Dalekiego Wschodu całej Europy Zachodniej, a jeszcze bardziej Stanów Zjednoczonych. Fakt ten jest niezaprzeczalny. Pojawienie się w polskich kinach filmów Japończyka Takeshi Kitano ("Hana-bi", "Brother"), Wietnamczyka Tran Anh Hung ("Rykszarz"), Chińczyka Ye Lou ("Suzhou") czy Wonga Kar-Wai z Hongkongu ("Happy Together", "Spragnieni Miłości") oraz wielu innych wyraźnie świadczy o zmianie nastawienia firm dystrybucyjnych do twórczości azjatyckich filmowców.
Jednak fascynacja owa zdaje się być niepełna, dziurawa, jednostronna. Pośród wszystkich wymienionych przeze mnie filmów brakuje bowiem jednego choćby przykładu typowego filmu akcji z Hongkongu, a przecież z takiej właśnie twórczości zasłynęła w świecie, głównie w Stanach Zjednoczonych, tamtejsza kinematografia. Zdumiewająca jest ta kompletna obojętność dla dzieł popularnych gatunków, zwłaszcza, że ciągle słyszymy tylko nieustające narzekania na intelektualny i artystyczny uwiąd repertuaru polskich kin. Dystrybutorzy schlebiają rzekomo najniższym gustom, kierując się chęcią łatwego zysku bez zainteresowania dla wartości wysokiej kultury. Doprawdy, jeśli wziąć pod uwagę opisane przeze mnie zjawiska trudno powiedzieć, skąd wzięło się to przekonanie. Co ciekawe, ta sama sytuacja dotyczy rynku kaset wideo. Oprócz dosłownie kilku filmów z Jetem Li lub Jackie Chanem w rolach głównych nie znajdzie się w wypożyczalniach niczego z wzmiankowanej grupy dzieł.
Na szczęście jest jeszcze telewizja. Dzięki Polsatowi i TV4 możemy przyjrzeć się bliżej produkcjom hongkońskim sprzed 1993 roku (choć nie wiem, skąd wzięła się ta data graniczna), TVP1 wyemitowała kilka nowszych obrazów, zaś płatne HBO i Canal+ starają się pokazywać dzieła najnowsze, choć nie zawsze najbardziej interesujące (swoją drogą trudno powiedzieć czym kierują się te stacje przy wyborze tytułów). Niemniej zrealizowane w byłej kolonii brytyjskiej filmy zostały zauważone tak przez krytyków jak i widza masowego, wyróżniając się techniczną perfekcją dorównującą amerykańskim superprodukcjom oraz zupełnie nietypowymi dla Polaków fabułami i poczuciem humoru. Mimo to dla większości widzów, szczególnie zaś ludzi w jakiś sposób zawodowo związanych z kinem: teoretyków filmu, krytyków itp., pozostają niewartymi uwagi i schematycznymi historiami o pościgach i strzelaninach, którym chętnie przypina się pejoratywną etykietkę "kina kopanego". Nie chcę stawać tu w pozycji "obrońcy uciśnionych", gdyż uważam, że kino - podobnie jak każda inna dziedzina sztuki - powinno bronić się samo, mam jednak wrażenie, iż przydałoby się przybliżyć nieco historię tej egzotycznej kinematografii oraz przedstawić sylwetki najważniejszych twórców i ich dzieła. Aby jednak nie komplikować zbytnio całej sytuacji, postaram się skupić głownie na filmach emitowanych w polskiej telewizji bądź dostępnych na kasetach wideo, do dzieł nie znanych w kraju sięgając tylko wtedy, gdy będzie to niezbędne. Liczę, że założenie to uczyni mój tekst bardziej zrozumiałym i przystępnym, gdyż popartym materiałem powszechnie dostępnym.
Wejście Wielkiego szefa
Choć pierwszy film powstał w Hongkongu już w 1909 roku, a rok później stanęło tam pierwsze kino, musiało minąć ponad sześćdziesiąt lat nim widzowie spoza Azji mieli okazję obejrzenia tamtejszych produkcji. Podobno w 1971 roku w londyńskim Soho zorganizowano przegląd owych filmów, wśród których znalazł się "Wielki Szef" w reżyserii Lo Wei. Film nie różnił się niczym szczególnym od innych wyprodukowanych przez Reymonda Chow w jego wytwórni Golden Harvest. Opowiadał o młodym mistrzu kung-fu samotnie broniącym biednych robotników przed niemoralnym właścicielem wytwórni lodu, który nieuczciwie wykorzystuje swych pracowników a wichrzycieli podstępnie morduje. Niegdyś uważany za bardzo brutalny, obecnie śmieszy raczej niż przeraża, głownie z racji na przerysowane aktorstwo i infantylne wykorzystanie muzyki, zawiera jednak pewien element, który przyczynił się do sprowadzenia z Hongkongu kolejnych filmów. Otóż w roli obrońcy-mściciela wystąpił mało wówczas znany aktor Bruce Lee, rozpoczynając tym samym międzynarodową karierę i na stałe zapisując się w historii kinematografii. Zdążył zagrać jeszcze w kilku filmach, wśród nich w "Wejściu smoka" Roberta Clouse, zrealizowanego w koprodukcji z Amerykanami międzynarodowego przeboju. To właśnie ten obraz przyczynił się w głównej mierze do zaprezentowania gatunku filmów sztuk walki międzynarodowej widowni i uczynił "Małego smoka" gwiazdą. Niestety, wkrótce po jego realizacji, a jeszcze przed premierą, Bruce Lee zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Po jego śmierci ukończono jeszcze z pomocą dublerów rozpoczęty wcześniej film "The Game of Death", ostatnie dzieło mistrza.
Jednocześnie spadło zainteresowanie widowni zachodniej dla twórczości Wschodu. Próbujący sił w USA, Jackie Chan powrócił do Hongkongu po kilku zaledwie niezauważonych rolach, między innymi w "Wyścigu Cannonball" u boku Rogera Moore'a i Burta Reynoldsa.
Wuxia pian, czyli słów kilka o sztukach walki
Jednakże filmy o mistrzach sztuk walki powstawały w Hongkongu wcześniej i powstają nadal. Gatunek nazywany przez Chińczyków wuxia pian, co znaczy mniej więcej "wojownicza rycerskość", rozpoczął swój żywot w niemych latach dwudziestych. Zaś w latach trzydziestych najważniejsza wówczas wytwórnia Tianyi Studios przeniosła się z Szanghaju z Hongkongu (z przyczyn politycznych), a wraz z nią wielu Chińskich filmowców uciekających przed japońską okupacją (Lisa Odham Stokes, Michael Hoover, "City on Fire". Hong Kong cinema, Nowy Jork 2001).
Tworzone przez nich filmy były mocno zakorzenione w chińskiej tradycji, sięgając do dwóch zasadniczo źródeł: literatury popularnej i Opery Pekińskiej. Inspiracją dla opowiadanych historii były bowiem opowieści rozpowszechniane na przełomie dziejów, traktujące o na wpół legendarnych błędnych rycerzach (zwanych xiake) - pochodzących ze wszystkich grup społecznych uczniach klasztorów Shaolin, mistrzach sztuk walki i znawcach medycyny naturalnej. Bohaterom tym, zazwyczaj istniejącym naprawdę, przypisywano często nadludzkie zdolności, a ostatnim z nich był żyjący w latach 1847-1924 Wong Fei-hung, o którym powstało do dziś ponad sto filmów (między innymi "Pijany mistrz" Yuen Woo-Pinga z Jackiem Chanem w roli głównej, czy słynna saga Tsui Harka "Pewnego razu w Chinach").
Drugim filarem omawianego gatunku jest Opera Pekińska, sięgająca swymi korzeniami do czasów dynastii Song (960-1280 r.). Występujący w niej aktorzy przez lata uczą się gry, śpiewu, tańca, akrobacji i sztuk walki. Gdy po drugiej wojnie światowej spadła popularność opery na rzecz dźwiękowego kina, wielu aktorów i reżyserów właśnie w filmie szukało szans na dalszą pracę, wnosząc nową jakość do chińskiej kinematografii. Wraz z nimi pojawiły się sceny walk o choreografii przypominającej raczej balet, zapierające dech w piersiach numery kaskaderskie oraz technika podwieszania aktorów na cienkich stalowych linkach.
Gatunek zaczął się szczególnie dynamicznie rozwijać dopiero w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Główną przyczyną było pojawienie się w Hongkongu twórców, którzy ukończywszy szkoły filmowe na Zachodzie (w USA i Kanadzie) oraz przepracowawszy kilka lat w miejscowych stacjach telewizyjnych, zaczęli tworzyć nowatorskie filmy, łączące w sobie przełomowe jak na tamte warunki rozwiązania techniczne, ciekawsze, bo wzbogacone przez kontakt z innymi kulturami, spojrzenie na sztukę oraz wielki szacunek dla tradycyjnych chińskich gatunków filmowych. Za najważniejszych twórców omawianej grupy uznałbym Tsui Harka i Ching Siu-tunga.
Pierwszy z nich wychował się w Wietnamie, później przeprowadził się do Hongkongu, reżyserię filmową studiował w Teksasie i pracował w redakcji chińskiej gazety w Nowym Jorku, aby na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powrócić do Hongkongu oraz rozpocząć pracę w tamtejszej telewizji. Swój pierwszy fabularny film zrealizował w 1979 roku, zaś jego drugie dzieło, zatytułowane "We're Going to Eat You" było podobno inspirowane "Nieustraszonymi pogromcami wampirów" Romana Polańskiego.
Jednakże przełomowym w karierze był łączący elementy magii i sztuk walki z użyciem miecza kasowy przebój pod tytułem "Zu: Warriors from the Magic Mountain". Choć film ten uczynił go znanym w całej Azji, Tsui Hark nie był zadowolony z warunków postprodukcyjnych, jakie oferował mu przemysł w filmowy w Hongkongu. Ściągnął więc ze Stanów Zjednoczonych byłych współpracowników Stevena Spielberga i wraz z żoną Nansun Shi założył w 1984 roku wytwórnię filmową Film Workshop, a przy niej komórkę odpowiedzialną za efekty specjalne - Cinefex Workshop.
Już we własnych studiach wyreżyserował cztery, a wyprodukował wszystkie siedem części popularnego na całym świecie cyklu "Pewnego razu w Chinach", który uczynił Jeta Li międzynarodową gwiazdą, najpopularniejszym (obok Jackie Chana) azjatyckim aktorem pracującym w Hollywood. Wyprodukował także większość filmów drugiego ze wspomnianych reżyserów.
Ching Siu-tung jest synem scenarzysty i reżysera filmowego Cheng Kanga, z filmem skojarzony był więc już przez "więzy krwi". Nie posiada żadnego filmowego wykształcenia, jednakże uczył się w szkole opery pekińskiej, co pozwoliło mu zostać kaskaderem w filmach akcji (z racji niskiego wzrostu dublował zwykle kobiety). Później realizował seriale dla hongkońskiej telewizji, co dało mu szansę poznania innych reżyserów tak zwanej pierwszej nowej fali, między innymi Tsui Harka. W 1982 roku wyreżyserował swój pierwszy pełnometrażowy film wuxia pian zatytułowany "Śmiertelny pojedynek", pokazując pełnię kunsztu ucznia opery pekińskiej w choreografii walk i użyciu stalowych lin do podniebnych akrobacji. Zaś największym osiągnięciem reżysera jest trzyczęściowy cykl "Chińskie duchy", korzystająca z pełni technicznych możliwości Cinefex Workshop adaptacja siedemnastowiecznych opowiadań autorstwa Pu Sung-linga.
W filmach obu twórców wyraźnie zarysowuje się to, co Piotr Kletowski nazwał "męskimi rytuałami śmierci" w odniesieniu do twórczości Johna Woo ("Bohaterowie nie ronią łez. Męskie rytuały śmierci w filmach Johna Woo" W: "Nowe nawigacje. Współczesna kultura audiowizualna", pod red. Piotra Kletowskiego i Marcina Wrony, Kraków 1999), a co moim zdaniem obejmuje zdecydowaną część filmów z gatunku wschodnich sztuk walki. Jest to pewna charakterystyczna cecha świata przedstawionego, zdominowanego przez silnych i honorowych mężczyzn. W świecie tym brakuje aktywnych kobiet, jeśli już pojawiają się postaci kobiece, stanowią one zaledwie tło dla męskich rozgrywek. Najważniejszą zaś wartością jest lojalność między dwoma wojownikami, bez względu na to, czy są oni przyjaciółmi, czy śmiertelnymi wrogami. Główni bohaterowie filmów, zestawieni zwykle w opozycyjne pary, przestrzegają za wszelką cenę kodeksu honorowego, choćby nawet wymagało to poświęcenia własnego życia, mistrza (jeśli ten nie okaże zrozumienia dla postępowania honorowego bohatera) czy wybranki serca.
Sytuacja taka wyraźnie ukazana została we wspomnianym już "Śmiertelnym pojedynku". Film opowiada historię dwóch wojowników - Japończyka Hashimoto (Norman Tsui Siu-Keung) i Chińczyka Ching Wan (Damian Lau), mających stanąć przeciwko sobie w walce, organizowanej regularnie przez jedną ze szkół kung-fu. Jednakże obie strony nie grają fair. Japończycy gotowi są dokonać zdradzieckiego zamachu na życie przeciwnego zawodnika, byle tylko dokonać podstępnego przejęcia chińskich szkół, zaś mistrz - organizator pojedynku - zmierza do wykluczenia chińskiego przedstawiciela, aby w walce stanąć mogła jego córka, tym samym przynosząc swej szkole utracony przed laty prestiż. Będący przeciwnikami młodzi mistrzowie muszą stanąć wpierw do walki ze swymi sprzymierzeńcami, aby później zmierzyć się ze sobą w prawdziwie honorowym pojedynku. Wszystkie cechy charakterów postaci ukazane są zaś przez ich techniki walki. Podstępny mistrz nasyła skrytobójców i trucicieli, co nie przystaje żadnemu wojownikowi shaolin. Równie źli japońscy wojownicy Ninja także używają niehonorowych technik - atakują grupami, stosują bomby i kamuflaże. Porywają wuja Chung Wana, aby tym sposobem zmusić go do poddania walki. Wszyscy zostają ukarani - ninja giną haniebną śmiercią, zaś stary chiński mistrz traci ukochaną córkę, raniąc ją przypadkiem mieczem.
Gdy dwaj bohaterowie mogą wreszcie stanąć do walki, są już innymi ludźmi. Stracili wszystkich, którzy coś dla nich znaczyli, zostali zdradzeni przez tych, na których najbardziej polegali. Paradoksalnie - choć mają się pozbijać, choć Hashimoto odebrał życie wujowi Ching Wana aby skłonić go do walki - są najlepszymi przyjaciółmi. Jedynymi jacy im zostali. Jedynymi honorowymi wojownikami. Ich związek jest tak silny, że gdy Chińczyk próbuje uratować Japończyka przed upadkiem ze skały i jednocześnie sam rani się w pierś, przeciwnik robi to samo. Ze słowami "To dla ciebie" wbija własny miecz w swą pierś.
Nie jest więc zaskoczeniem, że walka ta nie może mieć jednoznacznego wyniku: jeden z przeciwników traci prawe ramię i wszystkie palce u lewej ręki. Jest więc niezdolny do kontynuowania pojedynku. Drugi zaś zatacza się, tracąc równowagę (wszak miecz wroga sterczy mu z jamy brzusznej). Wbija więc oręż w swoją stopę, przybijając się tym samym do podłoża. Pojedynek się zakończył, lecz brak sędziego, który wskazałby zwycięzcę.
Gunplay, czyli spluwa zamiast pięści
Popularność filmów sztuk walki spadła wyraźnie około połowy lat osiemdziesiątych. Mimo rozwoju technik filmowych oraz coraz większych nakładów finansowych, co dawało większe możliwości ukazywania niesamowitych wyczynów bohaterów tych filmów, publiczność coraz chętniej skłaniała się w kierunku produkcji nowego typu - realizowanych z niespotykanym wcześniej w Azji rozmachem współczesnych historii o policjantach i złodziejach. Nowe kino sensacyjne brało bowiem wszystko co najlepsze z wuxia pian i umieszczało w bliższych widzom realiach. Znowu więc pojawili się honorowi mężczyźni, gotowi zapłacić najwyższą cenę w imię braterskiej lojalności bądź zemsty, walcząc jednak z pomocą pistoletów w miejsce mieczy lub własnych pięści. Wszystkie sceny akcji posiadały oczywiście niesamowitą choreografię, wyprowadzoną wprost z filmów martial arts, dzięki czemu bardziej przypominały balet niż pojedynki na śmierć i życie.
Chyba najbardziej znanym szerokiej widowni reżyserem tworzącym w tym gatunku jest John Woo, który obecnie realizuje już wysokobudżetowe produkcje w Hollywood ("Mission: Impossible 2", "Szyfry wojny"). Zaś najbardziej reprezentatywnym przykładem jego twórczości jest ostatni zrealizowany w Hongkongu film - "Dzieci triady". Opowiada o dwóch policjantach, którzy łączą siły aby pokonać handlarza bronią. Jednym z nich jest grany przez Chow Yun-Fata Tequila - twardy gliniarz, gotowy naciągnąć zasady regulaminu aby dopaść przestępcę i chętnie pociągający za spust strzelec wyborowy. Drugi, grany przez Tony'ego Leung Chiu-Wai, nazywa się Alan i jest zakonspirowany w szeregach triady jako zabójca Tony. Łączący ich związek, opisany dokładnie we wspomnianym już tekście Piotra Kletowskiego, stał się podstawą wielu hongkońskich fabuł, czego najnowszym przykładem może być obsypany wieloma nagrodami Hong Kong Movie Awards film "Infernal Affairs" w reżyserii Andrew Lau Wai-Keung i Alana Mak Siu-Fai.
W historii tej działający w triadzie policyjny szpieg Yan (grany ponownie przez Tony'ego Leung Chiu-Wai, który niemalże kopiuje swą rolę z "Dzieci triady") staje naprzeciwko Minga - członka mafii pracującego w policji (w tej roli Andy Lau). Choć obaj mężczyźni są wrogami i przez cały film zajmują się głównie wykryciem siebie nawzajem, celem wyeliminowania przeciwnego "kreta", to jednak w toku akcji zaczynają zauważać łączące ich podobieństwa. Prowadzi to do zdumiewającej obu bohaterów uczuciowej bliskości, która w finale nie pozwala im się wzajemnie pozabijać.
Jednak honorowe więzi łączące dwóch mężczyzn wbrew wszystkim i wszystkiemu nie muszą koniecznie pojawiać się między zaprzysięgłymi rzeczywistymi lub pozornymi wrogami. Mogą też przybierać bardziej zrozumiałą dla Europejczyków postać braterstwa między przyjaciółmi od dzieciństwa. Nie znaczy to jednak wcale, iż związek ów będzie zgodny i harmonijny - wręcz przeciwnie, moc lojalności i honoru może okazać się niszcząca dla obu bohaterów. Sytuacja taka ma miejsce w filmie "Braterska więź" Tung Cho "Joe" Cheunga. Opowiadana historia jest dosyć prosta: dwóch przyjaciół z dzieciństwa, dorastających w biedzie: Alan (Alan Tang) i Chang Ho-Tien (Chow Yun-Fat) rozkręca nielegalny interes. Prosperują nieźle dzięki hazardowi i stręczycielstwu, gdy jednak odmawiają handlu narkotykami, wchodzą w konflikt z dużo od nich groźniejszym szefem triady. W tym samym czasie Chang spotyka przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą się żeni. Zdający sobie sprawę z ryzyka Alan wyrzeka się "brata" w dniu ślubu, zrywając z nim wszelkie kontakty. Odrzucony Chang wyjeżdża do Hongkongu i zakłada wraz z żoną legalny interes, gdy jednak dowiaduje się o niebezpieczeństwie czyhającym na Alana, postanawia powrócić do Makao. W finałowej strzelaninie w stajni - pośród żywych koni, którym włos z grzywy nie spadł - dwaj bracia wykańczają masę wrogów, aby stanąć przeciwko niegodziwemu bossowi. Zgodnie ze zdumiewającą filmową konsekwencją amunicja w pistoletach kończy się każdemu w najważniejszym momencie, tak, że po szalenie wzruszającej scenie pojednania miedzy braćmi, na arenie wydarzeń pozostają cztery osoby: dwaj bohaterowie, ich wróg oraz szef policji i zarazem szwagier mafijnego bossa. Są to więc dwa męskie duety w równej walce. Jednak sytuacja nie jest taka prosta - uczciwy policjant chce aresztować wszystkich, zaś niemoralny mafioso nie waha się zabić członka własnej rodziny. Jeden duet jest więc podzielony i ulega rozpadowi. Na zewnątrz czekają już oddziały policji, a bogaty i wpływowy szwagier policjanta wie, że więzienie mu nie grozi. Gdy więc postanawia wyjść celem poddania się, dwaj bracia wybiegają za nim celując w policjantów z nie naładowanej broni. Wiedzą, że od policyjnych kul zginą wszyscy, jednakże życie i rodzinne szczęście nie ma dla nich znaczenia, jeśli w grę wchodzi dokonanie zemsty. Alan i Chang umierają, lecz co ważniejsze, umierają razem. W jednym z ostatnich ujęć leżą na ziemi pokryci krwią. Alan mówi: "Przepraszam bracie", a Chang tylko chwyta go za rękę. Doprawdy, Romeo i Julia nie umierali bardziej romantycznie. Szczególnie ciekawe jest zaś to, iż scenariusz tego z jednej strony interesującego, z drugiej zaś niedorzecznego filmu, wyszedł spod ręki twórcy cenionego dziś na całym świecie, jakim jest Wong Kar-Wai.
Czy tylko męskie kino?
Oczywiście filmy o męskiej przyjaźni i lojalności nie wypełniają całej produkcji hongkońskiej kinematografii. W obrębie kina akcji istnieje cała gałąź filmów o dzielnych policjantkach walczących z łotrami z triad, nazywana przez fanów girls-with-guns. Obok dzieł sensacyjnych Hongkong słynie też z bardzo popularnych komedii romantycznych (w których specjalizuje się reżyser Johnnie To, tworzący je na przemian z filmami akcji), są one jednak zupełnie niedostępne w Polsce. Objętość niniejszego szkicu nie pozwala mi głębiej wniknąć w temat, stąd wywód mój może zdawać się jednostronny, a przykłady filmowe wybrane tendencyjnie, jednak prezentują one przekrój sporej części filmowej twórczości Hongkongu.
Od połowy lat dziewięćdziesiątych hongkońska kinematografia ulega pewnym zmianom - fabuły stają się prostsze, bardziej zrozumiałe dla zachodniego widza, ukazywanie przemocy staje się łagodniejsze, zaś choreografie scen walki coraz rzadziej prezentują naprawdę zdumiewający poziom. Wiąże się to z chęcią ekspansji na rynki zachodnie, głownie do USA. Choć budżety filmów są nierzadko większe niż kiedyś, główna część pieniędzy przeznaczana jest na udział gwiazd oraz postprodukcję. Filmy, które zawsze były w oczywisty sposób komercyjne, teraz zaczęły się "amerykanizować" - zatracać swój oryginalny rys. Drugim powodem jest wyjazd do USA wielu cenionych twórców, częściowo szukających za oceanem większych pieniędzy i lepszych warunków pracy, częściowo uciekających przed komunistycznymi władzami Chińskiej Republiki Ludowej. Bez względu na to, które powody są tu dominujące, zmian nie da się nie zauważyć i nie są to zmiany na lepsze. Powstają jednak wciąż dzieła godne uwagi, wszak w Hongkongu działa jeszcze wielu utalentowanych twórców, którzy o przeniesieniu się do Hollywood nie chcą nawet słyszeć, jak choćby Johnnie To, współpracujący stale z aktorem Andym Lau, czy Stephen Chow - reżyser kultowego już "Shaolin Soccer". Pozostaje tylko mieć nadzieję, że produkcje te nie umkną uwadze rodzimych dystrybutorów.
|