Teatr - recenzje

Justyna Małczak

NIE PODANO... CHIŃSKICH PAŁECZEK

"Dybuka" Krzysztofa Warlikowskiego oczekiwałam w wielkim napięciu. Towarzyszyła mi niepewność, trwoga i chorobliwa fascynacja jednocześnie, a dzień przed planowanym spektaklem siedziałam jak na szpilkach. Każda wkłuwana igła była pytaniem natury egzystencjalnej: czy po raz kolejny upadnę na dno, aby się podnieść lepszą? Czy dotknę swoich pomarszczonych, brzydkich jelit, czy zapłaczę, czy się oczyszczę, a może mój mistrz zamknie mnie w szarym pudełku na buty i już nie wypuści?... Na widowni byłej wytwórni wódek "Koneser" na warszawskiej Pradze zasiadło jakieś 350 osób, każda podobna do mnie - spragniona złowrogiej, poetyckiej i metafizycznej aury teatru Warlikowskiego.

Przedstawienie "uszyte" zostało z dwóch utworów: żydowskiej legendy Szymona Anskiego i reportażu Hanny Krall. Pierwsza część spektaklu - "Dybuk" Anskiego, to opowieść o miłości, poszukiwaniu szczęścia, przeznaczeniu, niedotrzymanej obietnicy, winie i karze, wreszcie o duchach, które żyją w nas i obok nas. Sztuka ta jest mocno zakorzeniona w tradycji i kulturze żydowskiej, stąd wiele niezrozumiałych symboli, zdarzeń, słów, opowieści chasydzkich. Miałam przed oczami bajkę o królewnie i królewiczu, którzy może nie żyją długo, ale po śmierci bardzo szczęśliwie. Środki przekazu były charakterystyczne dla reżysera "Oczyszczonych": kolorowe, piękne projekcje baśniowych światów i stworów; profesjonalna żonglerka światłami, które kiczowatej, hermetycznej scenografii Małgorzaty Szczęśniak nadały charakter cudowności. Ten "Dybuk" płynnie przeistoczył się w jakże realistycznego "Dybuka" Hanny Krall. Prosta historia mężczyzny, w którym mieszka dybuk zmarłego w getcie młodszego brata. Ów człowiek cierpi z tego powodu, nie może normalnie funkcjonować, walczy z "demonem". Ale w finale nie dopuszcza do jego utraty, bo czy można godnie żyć bez dybuka, który jest wspomnieniem, pamięcią przeszłości? Głęboka muzyka Pawła Mykietyna wprowadziła nastrój tajemniczości a Warlikowski zmusił do skupionej i chłodnej obserwacji zdarzeń. To już nie była piękna opowieść o królewnie i królewiczu tylko historia o brutalnej i surowej prawdzie holokaustu. I to zachwyciło mnie najbardziej.

Przy pracy nad "Dybukiem" spotkała się ta sama, co zwykle, "ekipa Warlikowskiego": Małgorzata Szczęśniak, Felice Ross, Paweł Mykietyn oraz aktorzy warszawskich Rozmaitości. Fascynująca i interesująca jest "niby od nie chcenia" gra Cieleckiej, Chyry, Poniedziałka, Celińskiej, Jett. Bo to nie jest odgrywanie roli, to jest wchodzenie w postać; "granie sobą", "granie osobowością".

Warlikowski stworzył udane przedstawienie, ale momentami niedopracowane. Zabrakło mi tego "czegoś". To tak jak z wyjściem z przyjaciółmi do ulubionej chińskiej restauracji. Siedzisz w dobrym towarzystwie, w eleganckim wnętrzu, atmosfera feng-shui, kelner podaje upragniony ryż z kurczakiem i warzywami a do tego... nóż i widelec. Bo akurat pałeczki się "skończyły", o czym zapomniał powiadomić przed złożeniem zamówienia. Danie traci więc swoją chińskość. Cóż, w trakcie spektaklu nie upadłam na dno, nie zobaczyłam swoich jelit ani jelit swojego sąsiada, nie zostałam zamknięta w pudełku na buty. Ale zapłakałam w duchu i zadałam sobie trudne pytania, o których na co dzień nie mam czasu myśleć albo po prostu nie chce mi się mysleć: gdzie jest Bóg, czym jest odpowiedzialność za siebie i za bliźniego, czym jest miłość, głęboka wiara, samotność, śmierć i to najważniejsze pytanie o pamięć polsko-żydowskiej przeszłości, o polsko-żydowskiego dybuka. To nie było olśniewające przedstawienie. Warlikowski jednak po raz kolejny udowodnił, że jego teatr porusza trudne tematy, że jest potrzebny i ważny dla współczesnego odbiorcy.

"Dybuk" wg utworów Szymona Anskiego i Hanny Krall. Reż.i adaptacja tekstu: Krzysztof Warlikowski. Przekład: Awiszaj Hadari.Scenografia: Małgorzata Szczęśniak. Muzyka: Paweł Mykietyn. Reż. świateł: Felice Ross. Teatr Rozmaitości w Warszawie.