Teatr - notatnik

Piotr Perkowski

"NA RATUNEK" POLSKIEMU TEATROWI

O dramaturgii socrealistycznej


Za początek socrealizmu w Polsce uważa się IV Walny Zjazd Zawodowego Związku Literatów Polskich w Szczecinie w styczniu 1949 r. Również dla Melpomeny rok 1949 był czasem przełomowym. Upaństwowiono wszystkie teatry. W czerwcu podczas posiedzenia I Krajowej Narady Teatralnej w Oborach Włodzimierz Sokorski, ówczesny minister kultury i sztuki, zadekretował doktrynę socrealizmu w teatrze. Do końca tego roku powstały także specjalne ciała kontrolne: Główny Departament Teatrów, Oper i Filharmonii sprawujący pieczę nad upaństwowionymi instytucjami kulturalnymi i Centralna Międzyorganizacyjna Komisja Repertuarowa dla "wyeliminowania sztuk szkodliwych i zalecania pożytecznych".


W jaki sposób sztuka spełniała swe powinności agitacyjne? Przytoczę przykład kuriozalny. Z dzisiejszej perspektywy tyleż śmieszny, co w ogóle mało prawdopodobny. Warto przekonać się, jak "uprawiano" sztukę na przykładzie lektury utworu "Na ratunek". Ten dwuaktowy dramat autorstwa Zdzisława Skowrońskiego i Józefa Słotwińskiego ukazał się drukiem w roku 1949, a więc w początkowym okresie socrealizmu. Niezbyt obszerna książeczka została wydana pod patronatem Centralnej Rady Związków Zawodowych w ramach serii "Biblioteczka świetlicowa" z numerem 42. Poddana została, tak jak wszystkie druki zwarte okresu PRL, kontroli cenzorskiej, czego ślad odnaleźć można w stopce redakcyjnej (w publikacjach tego okresu za oznaczeniami typu B-83023 krył się po prostu pracownik urzędu cenzury). Weryfikację przeszła pomyślnie, a jej rezultaty możemy podziwiać do dzisiaj.

"Na ratunek", jak zresztą większość utworów socrealistycznych, jest dramatem osadzonym we współczesności. Wydarzenia aktu pierwszego odbywają się w "drugorzędnej restauracji na przedmieściu osiedla fabrycznego". Podejrzany charakter lokalu podkreśla niezbyt jasno świecąca żarówka, stanowiąca jedyne oświetlenie sceny. Restaurator (gruby, opasły i do tego flegmatyk), oczywiście postać negatywna, rozmawia z młodym Frankiem. Ten ostatni niedawno stracił dziewczynę, którą odebrał mu Józek, kolega z brygady robotniczej. Dowiadujemy się od przybywającego do lokalu Strażnika, że pobliskiej wsi o nazwie Wolany grozi powódź. Franek nie chce pomóc, bo tam właśnie mieszka jego największy wróg, czyli Józek. Ze względów osobistych (a więc niskich, zgodnie z doktryną socrealizmu) powoli ulega diabelskim namowom Restauratora:
"STRAŻNIK Grają na zbiórkę dla drugiej brygady... Dla ciebie Franuś...
RESTAURATOR (zza kontuaru) Dajcie mu spokój, on ta nie głupi jechać, he! he! he!... Najwyżej mu się rywal utopi w tych Wolanach!
FRANEK Ty ścierwo!
RESTAURATOR He! He! He! (Nalewa sobie kieliszek wódki i podchodzi do Franka) Ja wiem, że was serce boli! Taka dziewczyna! (Do strażnika) To miałby chłop szczęście, co? (Wypija)
STRAŻNIK W was to chyba sam diabeł siedzi. (Spluwa)"
Wiemy już doskonale, że Restaurator to typ podejrzany, rozpijający klasę robotniczą. "Wódkę sprzedawać, ludzi okradać - to twoje" - Franek w przypływie złości doskonale rozszyfrowuje intencje właściciela lokalu. Jak straszliwie nieludzki jest ten człowiek, wie chyba najlepiej jego pomocnik Antoś:
"RESTAURATOR (Wybucha) Idź, szczeniaku, bo łeb rozwalę! Dopóki żresz mój chleb, pysk na kłódkę! Bo kości poprzetrącam i na zbitą mordę wyrzucę! (Sapie. Widać, że ulżyło mu)
ANTOŚ (Przestraszony otwiera drzwi) Ojej! (Wybiega)"
Restaurator to po prostu zły człowiek. I tyle.
Kolejny zwrot akcji to przybycie do lokalu gości. Dzielny Wrona i jego brygada robotnicza jadą na ratunek zagrożonej wsi. Restaurator oczywiście proponuje robotnikom wódkę, ale ci bohatersko zamawiają herbatę. Antoś decyduje się wyrwać spod kurateli swego tyrana i przyłączyć do brygady. Nie chce już pracować w przybytku, gdzie rozpija się naród. Mądry Wrona próbuje również przekonać Franka. Nie jest jednak nachalny, bo wie, że względy osobiste odciągają chłopaka od wypełniania socjalistycznych obowiązków. Wstrzymuje się zatem przed wydaniem rozkazu; uważa, że Franek musi sam podjąć decyzję i pozostawia młodego chłopaka na pastwę Restauratora:
"RESTAURATOR: Ale leje, psiakrew... A frajery pojechały w deszcz. (Bierze butelkę, 2 kieliszki, podchodzi do stolika Franka, nalewa) Napijemy się... przy muzyczce (Podchodzi do radia, otwiera: tango. Wraca do stolika, klepie Franka po ramieniu) Podobasz mi się, bracie. Ja bym też swego nie darował. Kogo będziesz ratował? Tego, co ci krzywdę zrobił? Jechać świtami w taki deszcz, na złamanie karku... Dadzą ci co za to? (Trąca kieliszek Franka, wypija. Franek nie pije) No! Nie pijesz, bracie? Namyśl się! (Wypija) Wódzia leczy wszystkie zmartwienia... Budę mi zamykają? Dobrze... Mogą zamykać... Mam przyjaciela i ten mnie nigdy nie zdradzi. He! He! He! (Pokazuje butelkę, nalewa, wypija) Nie pijesz? Gryziesz się. Nie bój się... Wyratują ich, wyratują... bez ciebie. A... jak się koleżka utopi... no... to się utopi! He! He! He! (...)"

Sądząc z ilości wypijanej wódki, Restaurator powinien już dawno paść trupem na miejscu i nie kusić biednego Franka. Na szczęście ten pijacki monolog zostaje przerwany przez komunikat Polskiego Radia:
"Zachodzi obawa, że w ciągu najbliższych kilku godzin miejscowość ta [Wolany] zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. Są ofiary w ludziach - informuje spiker - na ratunek spieszy wojsko, pobliski Obóz Służby Polsce, Milicja Obywatelska, okoliczne Straże Pożarne oraz trzy ochotnicze brygady pobliskiej Fabryki Łożysk. W tej chwili nie chodzi już o straty materialne, ale o ratowanie istnień ludzkich. Robotnicy spieszą na pomoc zagrożonym chłopom. Sojusz robotniczo-chłopski zdaje w tej chwili jeszcze raz swój egzamin."
Wobec takiego obrotu wydarzeń, gdy praktycznie cała uczciwa część narodu rzuca się na ratunek Wolanom, Franek nie waha się już dłużej i pozostawia zamroczonego alkoholem Restauratora. W pośpiechu zostawia nawet czapkę. Niesłuszny ideologicznie właściciel lokalu nie podnosi nawet słuchawki dzwoniącego telefonu, woli pić swoją wódkę. A tam może ktoś wzywa pomocy... Tak kończy się akt pierwszy.


Akcja aktu drugiego toczy się w chałupie Józka i jego rodziców w Wolanach. Rozpoczyna się sceną nęcenia młodej Zosi (lat 22) przez starego, ale bogatego młynarza Barszcza (lat 50). Zosia jest byłą dziewczyną Franka, aktualną Józka. Wiemy również, dlaczego Barszcz został na noc w chałupie "dziadów", jak sam ich nazywa:
"ZOŚKA Zostaliście na noc, bo deszcz leje i chcecie odebrać te cztery tysiące.
BARSZCZ Zosia! Dla czterech tysięcy? Od tych golców?! Ostałem ino dla ciebie. Przecież wiesz, jak ja za tobą stoję... Jeszcze jakeś z Frankiem chodziła. Myślałem, że będzie moja kolej kiedyś go rzuciła. A ty co? Toś se drugiego dziada znalazła. Trza ci tych kawalerów bez portek!... (Przysuwa się do niej)
ZOŚKA Józek będzie miał chałupę po ojcach i 3 morgi!"
Zośka niestety powoli ulega namowom Barszcza, który nęci ją zapisem na połowę gruntu i połowę młyna, a także "ładnymi przyodziewami". Te niecne konszachty zostają przerwane nagłym najściem Ojca z Józkiem, którzy uświadamiają mieszkańcom domu zagrożenie. Postacie zdecydowanie pozytywne (Józek, Ojciec, Matka) wybiegają ratować dobytek. Bezrolny, trochę leniwy Bartek "wyżera" kluski z garnka, a Barszcz chroni się na strychu. Zośka z przerażeniem stwierdza, że są odcięci od świata:
ZOŚKA (Przerażona, zatyka usta ręką) A...! (Po chwili) Więc nikt nie przyjdzie na ratunek...
JÓZEK Przyjdzie. Brygada z fabryki. Może wojsko... Tylko...
ZOŚKA No?
JÓZEK ... będą ratować wieś... a my na odludziu, za laskiem... nie łatwo trafić...
ZOŚKA Jak to? Z fabryki nie trafią?!! Tyleś mówił, że siali i orali... Wiedzą o was!
JÓZEK (Poważnie) Ten, co dobrze drogę zna - nie przyjdzie!
ZOŚKA Kto?

Czytelnik na pewno domyśla się, o kogo chodzi. Następuje wzruszająca scena - do chałupy wkracza Ojciec trzymając w dłoni garść kłosów młodego żyta ociekającego wodą. Scena ta, sądząc z komentarza odautorskiego powinna poruszyć widza do głębi. Gdy woda znajduje się tuż pod progiem, wśród domowników górę biorą emocje. Józek słusznie zarzuca swej wybrance:
"JÓZEK Ja jezdem chłopski syn, robociarz... Ja nie umiem tak mówić, żeby było ładnie. Ale wiem jedno, Zosia, co ci powiem przy ojcach... Nie sztuka być mocnym, kiedy dobrze, jak wszystko składnie idzie i gra jak w maszynie... Miarkowałem se, że w takiej bidzie, w jakąśmy popadli, staniesz za nami, że jedno drugie podeprze... A ty co?"
A Zosia nie chce już związku z Józkiem. W obliczu perspektywy gnieżdżenia się przez całe życie z nim w jednej izbie, ujawnia swoje prawdziwe oczekiwania względem przyszłego męża. Jest po prostu materialistką i za nic ma właściwą postawę ideologiczną kandydata.
W chwilę później wszyscy zostają uratowani przez prowadzoną przez Franka brygadę robotniczą. Młynarz Barszcz nie jest jeszcze świadomy, że woda zalała całkowicie również jego dobytek. Spotyka go zasłużona kara, gdyż jest po prostu okrutnym kułakiem, który nie chce się podporządkować powojennym kolektywizacjom rolnictwa. W chwili ewakuacji Barszcz troszczy się jedynie o swój kapelusz (aby uświadomić sobie znaczenie takiego gestu, pamiętajmy nonszalanckie pozostawienie czapki przez Franka w akcie pierwszym). Robotnicy obiecują Ojcu Józka pomoc, gdy woda opadnie (nie tylko w swoim imieniu, ale jakby też w imieniu władz): "Są tacy, co już pomyśleli o was...".
Po udanej akcji robotnicy rozstają się. Józek postanawia poczekać na następną łódź, ale domyślamy się, że tak naprawdę pragnie rozmówić się z Frankiem. Dalej następuje wzruszająca scena pojednania:
"FRANEK (Nieswój) Wrona kazał mi zostać do pomocy...
JÓZEK (Po chwili) No to... zbieraj... Co tam chcesz... (Franek bierze się do wiązania pościeli z drugiego łóżka. Obaj czują się skrępowani. W pewnym momencie równocześnie podnoszą z łóżek toboły i stają naprzeciw siebie, twarzą w twarz. Chwila milczenia) Franuś! Niech mnie - nie wytrzymam...! (Rzuca tobół, otwiera ręce)
FRANEK Józek! Pierona! (Rzucają się sobie w objęcia, ściskają się, klepią po plecach)"
Tłumaczenia w sprawie Zośki - wobec prawdziwej, męskiej i oczywiście robotniczej przyjaźni - okazują się nieistotne. O wiele ważniejsza pozostają ostatnie słowa bohaterów:
"JÓZEK Dobra jest, Franuś! Dobra jest! Znowuśmy razem i znowu se staniemy przy jednej maszynie i jak się przyłożymy - robota będzie ino śmigać, no nie?
FRANEK (Przerywa) Ty! Józek! Patrz, światło! (Wskazuje przez okno) Nasi jadą!
JÓZEK (Ze wzruszeniem) Nasi..."


Koniec. Światło symbolizuje oczywiście pełną nadziei, po prostu "świetlaną" przyszłość, która czeka Franka i Józka, Wolany i fabrykę, robotników i chłopów, a także zapewne cały Polskę po zakończeniu socjalistycznej przebudowy.
Aby jednak nie pozostawić cienia wątpliwości co do owej przyszłości i w trosce o nienaganną moralność socjalistyczną ewentualnej publiczności, autorzy postanowili opatrzyć dramat dodatkowymi komentarzami. Zdawano sobie sprawę, że sztuka będzie wystawiana w profesjonalnych teatrach dla wycieczek z zakładów fabrycznych. Ta świadomość, że czytelnikami dramatu i publicznością mogą być często prości robotnicy, spowodowała, że na końcu książeczki "łopatologia" osiągnęła swój szczyt. Pierwsza część "Uwag inscenizacyjnych" to poprawne ideologicznie streszczenie sztuki i charakterystyka postaci.
Poznawszy myśl przewodnią tej sztuki o sojuszu robotniczo-chłopskim, czytelnik nie ma jednak prawa odpocząć od nadmiaru wrażeń. Dla wyjątkowo mało inteligentnych reżyserów zostało przeznaczone jeszcze ostateczne podsumowanie: "[Sztuka] stara się pokazać realistycznie z jednej strony szkodliwość i egoizm ludzi typu Restauratora czy Barszcza - a z drugiej pokazać siłę i bojowość klasy robotniczej i chłopskiej, która reprezentują Franek, Józek, Wrona, Marysia i robotnicy z fabrycznej brygady. Na ten moment należy też położyć nacisk przy reżyserii."

Gdy reżyser wie już, na czym powinien się tak właściwie skupić, wystawiając ten niejednoznaczny i pozostawiający dużo swobody interpretacyjnej dramat, musi jeszcze przeczytać opisy poszczególnych postaci. Aby nie było nieporozumień co do bohaterów, na wszelki wypadek, autorzy przypominają np.:
"Franek: typ bardziej twardy, zacięty, zamknięty w sobie; głęboko przeżywa zerwanie przyjaźni z Józkiem; w pierwszym akcie błądzi i przez długi czas osobista krzywda przesłania mu obowiązek; człowiek mocny i szlachetny, który potrafi opanować w decydującym momencie swą słabość; odzywa się w nim ostatecznie zwycięski, proletariacki instynkt klasowy.
Józek: Raczej miękki i uczuciowy; dobry syn, kochający tkliwie matkę staruszkę ("rzuca to na niego piękne światło").
Zośka: brak jej charakteru, brak siły, aby oprzeć się zdecydowanie złudnym mirażom dobrobytu.
Barszcz i Restaurator: ludzie zamierającej klasy; Restaurator jest pijaczyną, człowiekiem bez skrupułów moralnych; flegmatyczny, ponury i powolny w ruchach i słowach; Barszcz jest rozwydrzonym, krwistym i pełnym temperamentu bogaczem; jest zepsuty dobrobytem i "dularami"; bezczelny i podły.
Ojciec i Matka: prostota i rezygnacja starych ludzi, przywiązanych do ziemi i dotkniętych ciężkim ciosem ("Ciche pojękiwanie chorej Matki niech nie powtarza się zbyt często"); Wrona: rozsądny, poważny, energiczny; ofiarność i uświadomienie społeczne; ludzkie i pełne zrozumienia, niemal ojcowskie podejście do dramatu, jaki rozegrał się między dwoma przyjaciółmi.
Robotnicy: dyscyplina, pogoda i śmiałość.

Aby inscenizator nie spoczął na laurach, autorzy zatroszczyli się także o wskazówki scenograficzne zawarte w części drugiej poradnika ("Dekoracje, urządzenie sceny, szczegóły sceny"). Można się z nich dowiedzieć o kilku odkrywczych chwytach inscenizacyjnych, na przykład, że głos spikera radiowego można uzyskać przez mówienie przez papierową tubę, a telefon może leżeć na kontuarze, albo wisieć na ścianie. Dla osób o słabej wyobraźni przestrzennej i posiadających problemy w czytaniu ze zrozumieniem przewidziano rysunek, prezentujący zagospodarowanie sceny, z legendą oczywiście.


Sztukę tę wydano w nakładzie 25.500 egzemplarzy. Dla porównania nakład pierwszego krajowego wydania "Trans-Atlantyku i Ślubu" Witolda Gombrowicza z 1957 r. wynosił 10.250 egzemplarzy. Kolejna sztuka duetu Skowroński-Słotwiński pod tytułem "Załoga", wydana w nakładzie "zaledwie" 10.350 egzemplarzy (Warszawa 1950), posiadała w gdańskiej bibliotece PAN, mimo upływu pięćdziesięciu lat od jej wydania, nie rozcięte karty. Stan książki sugerował, że raczej się owymi dramatami produkcyjnymi nie zaczytywano. I chyba słusznie. O wystawieniu "Załogi" w Katowicach Elżbieta Morawiec napisała, że było to przedstawienie "żenująco słabe, nawet jak na standardy socrealistyczne". Zresztą "Załoga" jest jedynie rozbudowaną o nowe wątki fabularne i nowe postacie wersją dramatu "Na ratunek". Spotykamy tam naszych starych znajomych. Jest i młynarz Barszcz, i Restaurator, i Józek, i Franek, i Zośka, a nawet zatopione Wolany. Widocznie autorom zabrakło inwencji twórczej.


W 1955 r. socrealizm w Polsce, choć stale obecny, wyraźnie przycichł. Zaczynał się nowy okres w historii polskiej kultury. Wystawienia w warszawskim Ateneum "Maturzystów" Zdzisława Skowrońskiego (tego samego Skowrońskiego) i "Ostrego dyżuru" Jerzego Lutowskiego w Teatrze Narodowym były zwiastunami odwilży na polskiej scenie - odchodzenia od ortodoksji socrealizmu. v