| |

Plastka - felieton
KĘDZIORKÓW ŻAL
Zaczęło się, niezbyt fortunnie, od "Machiny", a potem wszystko potoczyło się szybko. W lipcu ukazało się "gorące" wydanie wpływowego magazynu "Fluid", które w myśl hasła: "erotyzujemy się", próbowało połączyć "Kamasutrę" z lodami na patyku. Temat jak temat, niezbyt oryginalny, ale przecież ogórki oryginalne być nie mogą, ba, nawet nie powinny, jako że środek lata to nie czas na nowalijki. Ciężar gatunkowy też powinien być stosowny, bo o ile czytanie w sierpniowym skwarze Haidegera zakończyć się może udarem mózgu, o tyle scenki z życia drag queens czy opowiastki o życiu Lolo Ferrari, przyprawić mogą co najwyżej o lekki rumieniec ekscytacji. Podobnie jak opublikowane w "Fluidzie" fotografie Kevina Landersa, na podstawie których przyszły badacz życia codziennego III RP dojdzie do wniosku, że hitem sezonu wiosna-lato 2002 była kombinacja gołego biustu i kraciastych stringów.
Zresztą minione lato sprzyjało goliźnie nie tylko na ulicach, ale też w prasie kulturalnej. Ciało przybrało formę słowa, bynajmniej nie Logosu, lecz Ersatzu, tematu zastępczego, który dość niespodziewanie - jeśli zważywszy popularność spiskowej teorii dziejów przypomni się losy "Machiny" i zmianę na stanowisku redaktora naczelnego "Fluidu" - okazał się tematem obowiązkowym. Ba, czasami wręcz obowiązkowo przerabianą lekcją, jak w wypadku "Sekcji", która przekształciwszy się w "Sexcję", wypuściła numer "o seksie i perwersji w sztuce". Redagujący ją studenci warszawskiej historii sztuki sięgnęli po zaliczanych w PRL-u do klasyków gatunku: pułkownika Borewicza (praktyka) i profesora Lwa Starowicza (teoria), z którymi z powodzeniem rywalizowały obrazy Wilhelma Sasnala przedstawiające w instruktażowy sposób, jak czarni faceci biorą białe kobiety i vice versa. A że każdy w pewnym wieku jak odrę musi przejść zabawę w lekarza, kolejny numer (wrzesień - październik) swego pisma poświęcili ciału mięsnemu. Przyjrzawszy się temu, co na zewnątrz postanowili sięgnąć głębiej, zajrzeć do trzewi, by odnaleźć tam "kwiaty jednego cierpienia" i "piękno wywróconych oczu".
Ale to, co można wybaczyć młodzieży, nie zawsze uchodzi starszym, którzy z pewnym opóźnieniem spowodowanym zapewne większą ociężałością umysłu i mniejszą ochotą do figli, podążyli za przykładem młodzieżówek roztrząsając problemy męskości ("Czas Kultury" nr 3/2002, "Res Publika Nova" nr 9/2002) lub próbując zanęcić czytelnika na niezbyt świeżą przynętę pornografii ("Opcje" nr 4-5/2002). Jednak wszystkie te mniej lub bardziej akademickie roztrząsania, robienie oka do czytelnika (nawet, jeśli tym okiem jest wagina Żebrowskiej), półuśmieszki i aluzje bledną na tle grudniowego numeru "Art & Business". Pod skromnie brzmiącym tytułem "Akt, ciało, sztuka" kryją się bowiem nie tylko sprzeczne ze sobą zeznania galerzystów co do tego, czy golizna dobrze, czy też wręcz przeciwnie, nienajlepiej się sprzedaje - dla nich szkoda byłoby strzępić pióro - lecz również spora porcja reprodukcji wielce apetycznych dzieł malarskich z będącym największą atrakcją numeru "Początkiem świata" Gustawa Courbeta. Obrazem, o którym czytał prawie każdy, acz mało kto z powodu banicji z podręczników historii sztuki miał okazję go oglądać. To ci dopiero ciało! Jędrne, krągłe, futrzaste i jakby tego było mało jawnie drwiące sobie z dyskursu władzy i płci. Namalowana na zamówienie tureckiego dyplomaty arcy-ikona erotyzmu, która i dziś (vide okładka lipcowego "Fluidu") znajduje gorliwych naśladowców. Chociażby dlatego, dla tej jednej ilustracji, warto przyjrzeć się jak ciało w sztuce wystawiane jest na sprzedaż. A jakby komuś było tego mało, może sobie jeszcze poczytać podniecające opisy Andrzeja Matyni, który z prawdziwym znawstwem kreśli obraz nowej, zrewidowanej histori sztuki.
Nie da się ukryć, Stanisławski i jego współpracownicy do zmagań z artystyczną cielesnością wytoczyli armatę najcięższego kalibru. Co im po Nieznalskiej, dla nich to dziecinne igraszki skoro, jak pisze Matynia, "Michał Anioł nawet Chrystusa rzeźbił z genitaliami, a żołnierzy chętnie rozbierał do kąpieli. Gerome jeszcze dziś dostarcza wiele radości pedofilom swoim niepełnoletnim 'Zaklinaczem węży'. Miłośników pośladków nikt nie zadowoli tak, jak Boucher. (...) Wielu mistrzów wkłada też wiele serca w czułe [podkreśl. vs] malowanie kobiecych piersi i waginy, że wspomnę Cranacha, Trycjana, Tintoretta, no i Goyę. Kto lubi podglądactwo, niech sobie zobaczy w monachijskiej Pinakotece 'Wenus i Wulkana' Tintoretta, a zwolennikom scen gwałtownych polecam 'Lukrecję i Tarkwiniusza' Tycjana. U Rubensa znajdziemy wszystko". Wszystko? Nie nam wypowiadać się na ten temat, dlatego przejdźmy do kwestii o ileż dla nas istotniejszej: gdzie przebiega granica między obsceną a sztuką? Tu dopiero Matynia ma dla nas prawdziwe rewelacje! "Od czasów antycznych - jak zauważa - łona kobiet przedstawiano nieowłosione. Nawet taki mistrz malowania włosów jak Dürer, któremu sam Rafael zazdrościł tej umiejętności, trzymał się reguły. Natomiast Adama wyposażył w efektowne kędziorki, a swój nagi autoportret narysował bardzo pochlebnie wyposażając go również w owłosiony organ. Z włosami łonowymi wiąże się humorystyczne orzeczenie australijskiego Sądu Najwyższego. Wydane całkiem niedawno. Otóż sąd ten orzekł, że wizerunek jest pornograficzny, jeżeli można odróżnić na nim poszczególne włosy łonowe..." Od tej chwili z spokojnym sumieniem możemy oglądać świerszczyki, czego jak czego, ale włosów na damskich i męskich łonach tam nie uświadczymy.
Właściwie na tych humorystycznych cytatach można by poprzestać, gdyby nie to, że trwający od kilku miesięcy urodzaj na dywagacje na temat problematyki ciała, pogranicza sztuki i pornografii, erotyki wreszcie, niekoniecznie podyktowany jest troską o dostarczanie uciechy czytelnikom czy popularyzowanie wiedzy o sztuce. Bardziej mamy tu do czynienia z business niż art. Ba, odnieść można wrażenie, że upadające pisma kulturalne zerkając zawistnym okiem na komercyjną konkurencję uczepiły się golizny jak ostatniej deski ratunku, mającej pomóc przetrzymać chude miesiące. Przetrzebione finansowymi cięciami Ministerstwa Kultury postanowiły sprzedać się czytelnikom, a że nie każda redakcja może wystawić na sprzedaż ciało własne, ilość amatorów i/lub amatorek gotowych płacić za takie usługi jest wszak dość ograniczona, zastąpiono je ciałem artystycznym, przesłoniętym nieco przepaską estetycznych dywagacji, polanym feministycznym sosem i skropionym - by zgodnie z zasadami political correctness żadna z płci nie czuła się dyskryminowana - odrobiną łez wylanych nad upadkiem męskości. Zawsze istnieje przecież możliwość, że któryś z skuszonych dumpingową ceną lub zmylonych okładką miłośników soft porno sięgnie po jeden z tych szacownych periodyków.
Ale tegoroczne, mocno spóźnione ogórki wskazują na jeszcze coś innego. Nikt nie może już mieć wątpliwości, że oto ostatecznie do lamusa historii przeszła sztuka krytyczna lat 90. Związki sztuki z ciałem przestały być niebezpieczne, stały się mniej lub bardziej chodliwym towarem. Niczym więcej. Doktoraty zostały napisane. Odpowiednie konteksty przywołane. Nastał czas przeżuwania, rozdrapywania analizami i mumifikowania. Sztuka podryfowała ku rafom pop kultury, dizajnu i reklamy. W tej zaś młodych, nieskazitelnie pięknych i, wbrew oczywistym aluzjom, całkowicie aseksualnych ciał płci obojga jest aż nadto, tyle, że nie da się na nie spoglądać z perspektywy Focouldiańskiej. Tak jak nie powinno się - o czym niektórzy redaktorzy zdają się zapominać - pisać o pornografii w kontekście sztuki, bo jest to sporym nadużyciem, dostarczającym na dodatek argumentów tym, którzy z gorliwością godną lepszej sprawy tropią wszelkie oznaki artystycznej nieprawomyślności. No cóż, ale im, czy to będzie obraz Courbeta, czy "Pasja" Nieznalskiej, wystarcza definicja przytoczona przez Matynię. Tym bardziej kędziorków żal.
Violetta Sajkiewicz
|
|