| |

Teatr - recenzje
BLOKERSI NA WESOŁO!
Z dużą rezerwą zasiadłam na widowni. To zapowiedzi, jakoby sztuka "Howie i Rookie Lee" przywieziona z Teatru Rozmaitości traktować ma o blokersach i do nich jest skierowana, napełniły mnie sceptycyzmem. Nie zaskoczyła mnie scenografia, której mieliśmy okazję przyjrzeć się jeszcze zanim aktorzy wkroczyli na scenę. Piętrzyła się przed nami kopia blokowej klatki schodowej odwzorowana w najdrobniejszych detalach: odrapane ściany w obrzydliwym kolorze, skrzynki na listy, poręcze, zsyp na śmieci, drzwi... Mijam takie miejsce parę razy dziennie i nie bardzo mam ochotę oglądać je w teatrze. Zresztą nie o to tylko chodzi. Nie wierzę w pokazywanie w sztuce tzw. brudnej rzeczywistości i nie bardzo wiem, po co robi się taki teatr. Zapewne ma to na celu zdarcie klapek z oczu "elicie intelektualnej". Brutalne uprzytomnienie, w jakim okrutnym żyjemy świecie, sprowadzenie na ziemię. Jednak ilekroć miałam okazję "podziwiać" takowe przedsięwzięcia, ilekroć pan Aktor z wyższym wykształceniem, z nienaganną dykcją i teatralną manierą bohatera romantycznego usiłował wcielić się w brutalnego, zalanego "Heńka spod szóstki" w brudnym podkoszulku, utwierdzałam się tylko, że nie tędy droga, że w ten sposób, pokonując niesmak, możemy się co najwyżej pośmiać. Szczytny cel uświadomienia spala więc na panewce.
Warszawski spektakl zapoczątkowała rodzinna kłótnia złowieszczo docierająca do nas zza nieszczelnych drzwi blokowego mieszkania. Głupia, zrzędząca, wulgarna matka i niemy syn. Trzaśnięcie drzwiami. Na klatkę wpada podstarzała, zniszczona kobieta, mocna wymalowana, w wyzywającej minispódniczce. To ona tu rządzi, zatruwa życie swoim mężczyznom - mężowi (przez cały spektakl pozostanie milczący) i synowi, który choć zbuntowany nie piśnie przy niej ani słowa, nie odpyskuje, mimo że wyraźnie go do tego korci. Za chwilę będziemy mieli okazję poznać bliżej tego młodego człowieka, gdy ucieknie przed "zawracającą głowę" mamuśką. Jego samotnią jest klatka schodowa w samym centrum scenograficznej konstrukcji. Co najdziwniejsze, okazuje się ona czymś w rodzaju pokoju- ów młodzian ma tu zgromadzone ubrania, worek bokserski. Na naszych oczach przebiera się, boksuje worek treningowy, ćwiczy pompki, w międzyczasie racząc nas swoją opowieścią. Opisuje nam barwnie, co porabia na co dzień: włóczęgi po knajpach, bójki z byle powodu, "zrywanie lasek".
Coś jednak nie gra. Howie Lee (Maciej Wojdyła) wygląda wprawdzie jak blokers, mówi jak blokers - na tym polu nie ma żadnych zgrzytów - a jednak stale odnosiłam wrażenie, że bohater puszcza do nas oko, kpi z siebie i z nas. Historyjki, których słuchamy w nabożnym skupieniu, kiwając głowami ("No, cóż takie jest życie") są przecież totalnie bzdurne - mówi Howie między wierszami i pokazuje nam (metaforyczny) język. W takim ujęciu groteskowe, a nie okrutne i prawdziwe jest pobicie faceta, bo przeniósł świerzb, czy bzykanie dziewczyny, do której czuje się wstręt tylko dlatego, że to siostra kumpla i mogłaby naskarżyć "że Howie jej nie lubi".
"Prawdziwa" tragedia - młodszy brat Howiego ginie pod kołami samochodu, bo ten nie chciał go przypilnować - też przedstawiona jest z przymrużeniem oka. Tylko jedna rzecz potraktowana została serio - przemiana Howie po tym wypadku, ale o tym dowiemy się już nie od niego. Howie znika. Na sceną wkroczył Rookie Lee (zbieżność nazwisk przypadkowa - Redbad Klynstra), by swym monologiem wypełnić drugą cześć spektaklu. Rookie - subtelny lovelas z żelem we włosach - dopowiada historię Howiego. Uzupełnia to, co już słyszeliśmy (Rookie to ten pobity za świerzb) i opowiada, co działo się potem. Stoi w tym miejscu, w którym wcześniej Howie i dopiero na końcu dowiemy się dlaczego. Otóż: Howie stał się szlachetny, wyleczył Rookiego ze świerzbu i uratował życie, sam ginąc. Dlatego drugi Lee stoi przed drzwiami rodziców Howiego, idzie ich powiadomić, że stracili i drugiego syna.
Czyż nie brzmi to niesmacznie i kiczowato? Jestem pewna, że w innym wykonaniu tekst Marka O'Rowe (nawiasem mówiąc dość słaby i trudny teatralnie, bo złożony z dwóch długich monologów) stałby się ckliwą, męczącą "opowiastką z życia wziętą". Tu jednak dzięki kpinie -- być może z samego tekstu, a na pewno z mody na "młodych brutalistów" - powstał błyskotliwy, groteskowy spektakl. Filarem całego popisu bez wątpienia było aktorstwo. Podwójność kreacji tytułowych bohaterów, z jednej strony mimetyczny naturalizm, dopracowanie każdego szczegółu: wyglądu, języka, gestu a z drugiej owo nieuchwytne mruganie okiem, stała świadomość, że pod powłoczką "prawdziwego życia" "bawimy się w teatr". Dlatego doskonałym dopełnieniem okazała się scenografia. Chorobliwe przywiązanie do detalu, które tak drażniło mnie początkowo, zyskało w tym ujęciu niezwykły urok. Miseczki z mlekiem dla kotów ustawione pod ścianą, stale gasnąca jarzeniówka, wszystko to stworzyło intymny, mały świat małych ludzi. Silnym efektem było pozbawienie spektaklu muzyki, jedynie parokrotnie scenę wypełniał potworny, tępy dźwięk przypominający nisko lecący samolot, podkreślający silne napięcie bohaterów. Składam więc niskie ukłony i gromkie brawa dla całego zespołu pod reżyserskim przewodnictwem Artura Urbańskiego. Byle więcej takich zabaw i przekomarzania się z tekstem.
Anna Szczęch
|
|