ŻAKA MANIAKA (S)POGLĄDY NA TEATR


KONFRONTACJE 4 : 0 DLA ROSJI

Cała idea lublińskiego festiwalu zawarta jest w tytule. Zacięty bój stoczyły w tym roku Rosja i USA. Na korzyść tej pierwszej. Na naszych oczach spektakl za spektaklem, spośród tych przywiezionych zza oceanu, ponosił klęskę. Tegoroczne Konfrontacje były wielce ryzykownym zabiegiem, bo konfrontowanie wspomnianych dwóch kultur to jak stawianie wołu przy karecie. Jakby Jaś Kowalski zagrał przeciw Bońkowi. Wynik oczywisty!

Paradoksalnie, teatry z Polski, mające status jedynie zakąski w tym "wielkim teatralnym żarciu", okazały się najwykwintniejszym daniem. Miał rację Pan Jowialski: "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta".

Czas już chyba przejść do meritum. Zacznę od przekąsek. Wypada wspomnieć, że tegoroczny festiwal połączony był z obchodami 25 - lecia Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice. W związku z tym mieliśmy okazję prześledzić dorobek Gardzienic na żywo i za pośrednictwem projekcji. Poza tym, do Lublina zjechały teatry założone przez wychowanków Włodzimierza Staniewskiego: Studium Teatralne z Warszawy i Pieśń Kozła z Wrocławia. Trudno było nie przewidzieć, że owe grupy skupiają się na poszukiwaniach muzycznych, związanych z ekspresję ruchową. Główny nacisk położony na gest i ruch automatycznie eliminował znaczenie słowa, co widoczne było w oszczędnym jego dozowaniu i jednoczesnych, ewidentnych problemach z dykcją. Spektakl "Człowiek" warszawskiego teatru został zainspirowany książką Martina Bubera "Gog i Magog", jednak przypominał bardziej "Nie-Boską komedię" Krasińskiego.

Bohaterowie chcą oczyścić świat przez rewolucję, przez narodziny "nowego Mesjasza". Kiedy ten nadchodzi, mają możliwość ukształtowania go, a więc od niemowlęcia przygotowują go do roli Przywódcy i...mimo idealistycznych dążeń, wpadają w pułapkę totalitaryzmu.

Z kolei teatr Pieśń Kozła oparł się w swoich "Kronikach" na motywach z "Gilgamesza", traktując pragnienie nieśmiertelności bohatera jako marzenie każdego z nas. Z połączenia tej opowieści z greckimi pieśniami lamentacyjnymi powstał jeden wielki płacz nad losem człowieka.

Całkowicie inną poetyką operował Provisorium&Kompania "Teatr" w "Scenach z życia Mitteleuropy" na podstawie "Niepokojów wychowanka Toerlessa" Roberta Musila. Spektakl niemal bliźniaczo przypominał (i formą , i treścią) wcześniejsze przedsięwzięcie tej grupy, tzn. "Ferdydurke" według Gombrowicza. Szkoła jako metafora zniewolenia jednostki w świecie, klaustrofobiczna scenografia, zwierzęca cielesność wypływająca z każdego ruchu aktorów. To wszystko, choć znane z poprzedniego przedstawienia, na szczęście nadal mnie porusza.

Rosjanie pozostali prawdziwymi zwycięzcami tegorocznych Konfrontacji. W pierwszej odsłonie pojawił się Czelabiński Teatr Tańca Współczesnego, który zaprezentował trzy taneczne etiudy: "Szkice z natury", "Piaskownica" i "Oczekiwanie". Każda z nich, poza estetycznymi walorami, przekazywała niezwykle czytelną i wyrazistą tkankę fabularną, co nieczęsto zdarza się teatrom tańca. Najbardziej wstrząsająca była scenka trzecia - w totalnej ciszy, na pustej scenie półnagi aktor wyrażał każdym swym ruchem rozpaczliwe oczekiwanie, oczekiwanie na lepsze jutro. Jego metaforę stanowiło pojawienie się muzyki i innych postaci, wyrywając bohatera z samotności.

W czasie trwania kolejnego spektaklu - "Artaud i jego Sobowtór" z Centrum Meyerholda widzowie usadowieni zostali przy kawiarnianych stolikach za kulisami. Każdy z nas mógł zamówić coś z menu (niestety na koszt własny). Między stolikami rozgrywał się dialog Artaud z Sobowtórem, podczas którego mieliśmy okazję prześledzić fragment "Cyda" w klasycznym wykonaniu i komentarz Artaud na temat tej sztuki. Niestety, wszystko nieco przydługawe (150 minut), do tego w języku rosyjskim, co w przypadku teatru opartego głównie na słowie jest trudne do przetrwania. Jednakże sam pomysł arcyciekawy i głównie przez to zapada w pamięci. Całkiem innym teatrem były "Metamorfozy" Teatru Tień. Nie padło tu żadne słowo, a wszystko zbudowane zostało z obrazów. Dosłownie! Podczas spektaklu malarz przygotowywał wariacje z obrazów na dany temat; malowaniu towarzyszyła muzyka, która prowadziła dłoń artysty tak, że kształty zmieniały się wraz z melodią, a obraz przechodził z jednego w drugi. Wszystko rodziło się na niewielkim kawałku szkła, a szkice przenoszone były na ekran za pomocą światła. Zmieniały się obrazy, zmieniał się także i nastrój. Uroczy, ale nie infantylny spektakl pozwolił wytchnąć od przedstawień, w których trzeba się głowić, co "autor miał na myśli".

Teatr Formalny "Szkoła Głupców" zaprezentował nam historię chłopca cierpiącego na rozdwojenie jaźni i brak poczucia czasu, poddanego okrutnemu systemowi szkoły specjalnej. Najmocniejszą stroną spektaklu pozostała scenografia, utrzymana w konwencji snu i wzbogacona wieloma płaszczyznami przestrzennymi.

Różnorodne techniki i treści zaprezentowane przez naszych wschodnich sąsiadów trudno jest porównywać z homogenicznymi propozycjami z USA. Wszystko skąpane było w sosie pseudoreligijnym, pseudomistycznym, niezwykle egzaltowanym, lecz pustym. Trudno omawiać nawet każdy spektakl po kolei, może tylko przytoczę parę reprezentatywnych przykładów. Mieliśmy okazję zobaczyć (dosłownie zobaczyć, bo spektakl polegał na oglądaniu wystawki zrobionej z aktorów) kobietę - krucyfiks z przyczepionym fallusem. Innym razem po scenie biegało dwóch księży (jeden z nich to Edgar Poe we własnej osobie) kopulujących "namiętnie" z każdą napotkaną kobietą. "Najbardziej przejmująca" była opowieść meksykańskiego, wirtualnego terrorysty, który prezentował, czym się para na co dzień - na naszych oczach przez 2 godziny blokował strony internetowe ( wszystko to pod finezyjnym i wieloznacznym tytułem: "Opowieści o technologiach Majów"). Mimo wielu ciekawych propozycji lubelskiego festiwalu, żadna nie powaliła mnie na kolana. Być może spowodowane było to natłokiem repertuarowym (8 spektakli dziennie). "Osiołkowi w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano...", jak mówi Fredro. Co prawda nie padłem z głodu, ale apetytu również nie zaspokoiłem.



Cezary Maniak (Anna Szczęch, Małgorzata Stolarczyk)