do strony głównej

Film - interpretacje

Grzegorz P. Kowalski

Czy to, co było zielone i dobre na tym świecie, przepadnie?

"WŁADCA PIERŚCIENI" JAKO TRYLOGIA NARKOTYCZNA



Prolog: Legenda

Nie dalej jak miesiąc temu do polskich kin zawitał "Powrót króla" - ostatnia cześć osławionej trylogii z dziejów Śródziemia. Nie ulega wątpliwości, że premiera filmu była sporym wydarzeniem, oczekiwanym z niecierpliwością zarówno przez rzesze miłośników cyklu, jak i jego nielicznych przeciwników. Każdy był ciekaw, jak nowozelandzki reżyser poradzi sobie z zakończeniem mnogości wątków. Czy uda mu się przebić efektowność bitewnych scen części drugiej i czy w ogóle będzie mógł jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Owszem więc - było to nie lada wydarzenie. Najbardziej oszałamiająca seria fantasy została zakończona, adaptacja najważniejszej powieści tego gatunku ukazała nam się w pełni. Miliony sprzedanych biletów, same pochlebne recenzje, teraz zostaje tylko czekać na deszcz nagród. Dzielny hobbit Frodo zniszczył pierścień i świat został uratowany. Znowu. Co za ulga.

Mógłbym oczywiście wymienić wszystkie powody, dla których nie znoszę tego filmu (i jego dwóch poprzedników), ale wówczas artykuł ten rozrósłby się niepomiernie i objętością swą zbliżył do tolkienowkiej trylogii. Zresztą nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę to czytać. Nawet ja, bo i po co? Chociaż muszę przyznać, że obok filmowego fresku Jacksona trudno przejść obojętnie, mimo wszystkich jego wad, całego patosu, łez oraz wydłużonych do granic wytrzymałości pożegnań, zgonów i pojednań, w jakich przyszło uczestniczyć bohaterom. Nie sposób, bo - jak sądzę - oprócz prostej historii o odwiecznej walce dobra ze złem, światła z ciemnością, trylogia ta zawiera w sobie jeszcze jedną, ukrytą opowieść. Także dotyczy ona starcia dwóch potężnych mocy, ale utarte pojęcia dobra i zła (przynajmniej w rozumieniu przeciętnych, bogobojnych, amerykańskich widzów), niekoniecznie do nich przystają. Jednak nie uprzedzajmy faktów. Historia, o której myślę, niczym nie różni się od innych filmowych mitów i legend, dlatego też najlepiej opowiadać ją od początku do końca. .



Część pierwsza: Drużyna liścia.

Co tak naprawdę wiemy o hobbitach, głównych bohaterach "Władcy pierścieni"? Już w jednej z pierwszych scen filmu dochodzący z offu głos Bilba opowiada o tym, iż mieszkańcy zielonego Shire znani są ze swej miłości do jedzenia, piwa i fajkowego ziela (ang. pipe weed). Cenią też spokój i uwielbiają uprawę ziemi. Od tego momentu członkowie drużyny pierścienia w niemal każdym ujęciu będą widoczni z dymiącą fajką w ustach lub dłoni. To zaś, co palą, ani razu nie zostanie nazwane tytoniem. Raz na jakiś czas Bagginsów odwiedza czarodziej Gandalf. Po co? Nie wiadomo. Można jednak z całą pewnością stwierdzić, że nie przez wszystkich mieszkańców Shire lubiany, acz akceptowany gość, razem ze swymi gospodarzami oddaje się przyjemności palenia wzmiankowanego ziela, podobno najlepszego gatunku o nazwie Old Toby.

Powyższe fakty pozwalają mi wysunąć następujące wnioski: hobbity zajmują się uprawą marihuany, którą same namiętnie palą. Pochłonięte tym zajęciem nie mają już czasu na zajmowanie się innymi sprawami, nie interesują się wydarzeniami spoza granic ich wioski. Lubią dobrze zjeść (efekt zwiększonego apetytu spowodowany spożyciem zawartego w marihuanie THC, nazywany jest w środowiskach palaczy gastrofazą), są wiecznie zadowoleni i uśmiechnięci, acz niezbyt rozgarnięci. Choć nie utrzymują ożywionych kontaktów z resztą Śródziemia, rozumieją potrzebę wymiany handlowej. Z tego też względu przyjmują okresowo dealera nazywanego Gandalfem Szarym, który wywozi z wioski pełny wóz konopii, w zamian zostawiając fajerwerki (w stanie narkotycznego upojenia muszą się one prezentować naprawdę świetnie).

Teoria ta może wydawać się obecnie niewiarygodna, ale zapewniam, że kolejne fakty uczynią ją niepodważalną. W tym momencie chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej sprawie. Dwaj protagoniści sagi to bez wątpienia Frodo i Samwise. Są wiernymi przyjaciółmi, znają się od lat, bliscy sobie jak bracia. Jednak kim jest Sam dla swego towarzysza, którego uparcie nazywa panem Frodo? Odpowiedź brzmi: ogrodnikiem. Czy tak bliska zażyłość z opiekunem przydomowej roślinności to powszechna praktyka? Znamy przecież hollywoodzkie schematy: ogrodnik (razem z czyścicielem basenów) to ten, który zwykle sypia z żoną swego chlebodawcy. Któż zatem będzie się z nim przyjaźnił, jeśli nie nałogowy marihuanista? Warto też pamiętać, iż przyłapany przez Gandalfa na podsłuchiwaniu Samwise, tłumaczy się, że przycinał pod oknem trawę. W środku nocy? Jedno jest pewne: musiał poczuć silną potrzebę.

Zresztą nie tylko hobbici kochają ziele. Pali także Aragorn (od chwili pierwszego spotkania z niziołkami w karczmie Pod Rozbrykanym Kucykiem), pali Legolas, Gimli i wielu innych. Podczas podróży mamy okazje zobaczyć efekty działania ziela: palący samotnie w środku nocy Obieżyświat zaczyna bez powodu śpiewać na całe gardło. Zaiste, niewesoły to widok. Jednakże tajemnicze rośliny mogą mieć też zbawienne działanie. Gdy Frodo poważnie choruje po zranieniu przez Czarnego Jeźdźca, to właśnie Królewskie Ziele pozwala przedłużyć mu życie. Jedna toksyna zwalcza drugą.

O zaskakujących właściwościach palonych liści dowiadujemy się także z wypowiedzi bohaterów. To Saruman, przewodniczący rady czarodziejów, musi wygłosić do Gandalfa pamiętne słowa o tym, iż miłość do fajkowego ziela hobbitów przyćmiła mu zmyły. Po tej scenie następuje efektowna walka między dwoma starcami, w wyniku której przyjaciel Bagginsów zostaje uwięziony. Co to oznacza? Otóż moim zdaniem sprawa wygląda tak: Gandalf działa we współpracy z innymi czarodziejami, którzy razem tworzą wpływową grupę dealerów, zaopatrujących w marihuanę całe Śródziemie. W gangu następuje rozłam. Saruman oddaje się w służbę siłom ciemności, które postanawiają przejąć kontrolę nad narkotykowym rynkiem. To zaś, co oferują, to już nie łagodne ziele, niegroźne w swym działaniu. O nie, Sauron i jego mafia przynoszą do Śródziemia substancję niebezpieczną, silnie uzależniającą i niszczycielską - heroinę, brown sugar, crack - nazwijcie ją jak chcecie, zawsze będzie chodziło o to samo. Jej symbolem jest pierścień, od którego już uzależnieni są Bilbo i Gollum, a potężny Gandalf nawet nie ma odwagi go dotknąć. "Nie kuś mnie" - mówi do Froda i ma rację, gdyż jako doświadczony dealer doskonale zna siłę tego diabelskiego specyfiku.

Tak oto wszyscy przyjaciele marihuany łączą swe siły, aby wyruszyć na niebezpieczną wyprawę celem zniszczenia nowego narkotyku. Od elfów otrzymują broszki, będące swego rodzaju logo - kształtu liścia. Nie jest to co prawda tak popularny obecnie pięciopalczasty listek, ale przecież w Hollywood nie wszystko można powiedzieć wprost. Po drodze sporo palą (w zasadzie przy każdym postoju), jedzą i unikają naćpanych po uszy Nazguli. Okazuje się, że nie można bezkarnie zadzierać z grupą dealerów heroiny. Podczas pierwszego etapu wyprawy z drużyny wypada jej najsilniejszy członek. Gandalf Szary upada w walce z potężnym Balrogiem. Choć jest to niepodważalny fakt, bohaterowie filmu nie mogą uwierzyć w porażkę swego mistrza. Boromir stwierdza mądrze: "Śmierć Gandalfa nie była bezcelowa" i słowa te okażą prorocze, choć ich autor już nie doczeka spełnienia swej przepowiedni. Zaś elficka wiedźma Galadriela komentuje zdarzenie następująco: "Gandalf wpadł w otchłań cienia", aby po chwili dodać: "Nie znamy jeszcze jego zamysłu". Także ona się nie myli, choć prawdziwy sens tych słów objawia się widzom dopiero w drugiej części sagi.



Część druga: Dwaj chemicy

Pierwsze ujęcia środkowego epizodu sagi ukazują jasno: Gandalf żyje, lecz ciężki bój przed nim: walka o życie z niebezpiecznym wrogiem. Jednak nim poznamy jej wynik będziemy mieli okazję bliżej przyjrzeć się innemu ważnemu bohaterowi. Tak, to właśnie w "Dwóch wieżach" poznajemy Golluma - pierwszą ofiarę heroiny w Śródziemiu. Wygląd jego jest nieciekawy: ziemista, obciągnięta na kościach skóra, łysa i pomarszczona czaszka, powiększone źrenice, przegniłe uzębienie. Czyż nie widujemy takich ludzi na katowickim dworcu PKP? Do tego narkotyk poczynił spustoszenie w mózgu uzależnionego - Gollum ciągle mówi sam do siebie, dwie połówki jego osobowości sprzeczają się za sobą. Jako żywo: schizofrenia. Natomiast jedyna rzecz, jaka zaprząta go w tych rzadkich chwilach, gdy udaje mu się zmusić samego siebie do myślenia, to pierścień, nazywany czule skarbem. Biedny narkoman, zrobi wszystko, byle tylko dobrać się do swej heroiny.

Narkotyk działa także na Froda. Staje mu się coraz droższy, doprowadza do sporu między powiernikiem pierścienia i zaczynającym coś podejrzewać Samem. Przyparty do muru przez swych bliskich narkoman gotów jest uciec się do wszelkich metod obrony, także otwartej przemocy. Jednak w młodym Bagginsie tli się jeszcze iskierka dawnej pasji. Zdaje sobie sprawę z faktu, że sam nie wiele różni się Smeagola, którym niegdyś był Gollum. Dlatego też napomina Sama: "Chcę mu pomóc, bo wierzę, że może wrócić". Nadzieja na uratowanie upadłego hobbita równa się dla Froda wierze w ocalenie samego siebie.

Nim to nastąpi, do akcji powraca Gandalf. Bliski śmierci po walce z Balrogiem, cudem przywrócony do życia, zrozumiał, że aby pokonać brown sugar nie wystarczy samo li tylko ziele. Dlatego postanowił sięgnąć po pomoc innego środka. Wcześniej nieużywanego (chyba, że przez Sarumana, co pozostaje sprawą dyskusyjną), ale teraz niezbędnego. Odrodzony czarodziej nazywa siebie Gandalfem Białym. Amfetamina u boku marihuany przeciwko heroinie. Nowe oblicze dealera z miejsca daje się we znaki wrogowi - z użyciem nowej białej laski nasz bohater pokonuje magię Sarumana i doprowadza do wygnania Grimy Smoczego Języka. Jednak by widz nie martwił się zbytnio inwazją białego proszku, podczas wojennej narady z Theodenem Aragorn znowu przypala sobie fajkę.

Ziele pomaga mu też w kłopotach natury osobistej, związanych z uwikłaniem się bohatera w pewien miłosny trójkąt. Bowiem gdy Eowina zaczyna zbyt często spoglądać w stronę przyszłego króla Gondoru, ten (pamiętając o swej elfickiej ukochanej) ponownie sięga po ziele. Długie lata spędzone w środowiskach palaczy konopii na badaniach naukowych, pozwalają mi stwierdzić, iż o ile spożycie alkoholu wzmaga popęd seksualny, o tyle THC raczej obniża libido. Mówiąc zaś językiem bardziej zrozumiałym dla zainteresowanych: facet pijany jest jurny, a upalony nie. Wewnętrzny świat fantazji zdaje się bowiem być dużo ciekawszy niż faktyczne zbliżenie cielesne. Aragorn umyka zatem przed Eowiną w objęcia Morfeusza, z fajką w dłoni, śniąc o Arwenie.

Co w tym czasie porabia wybranka jego serca? Przeżywa poważne dylematy, nie wie, czy zostać w Śródziemiu z ukochanym śmiertelnikiem, czy też uciekać z resztą swego ludu do krain, które (według słów Elronda) "zawsze będą zielone". W obliczu heroinowgo zagrożenia chyba każdy zdeklarowany marihuanista byłby w rozterce. Tego samego zagrożenia, traktowanego z pełną powagą (na którą swoją drogą zasługuje), dotyczą także najpiękniejsze moim zdaniem słowa całej trylogii. Nie jest też zaskoczeniem, że padają one z ust nikogo innego, jak tylko jednego z hobbitów. Po trudnej naradzie Entów - pasterzy drzew, w wyniku której postanowili oni nie przyłączać się do wojny czarodziejów-dealerów, Merry wygłasza swoje mroczne proroctwo. Brzmi ono mniej więcej tak: "Ognie Isengardu rozprzestrzenią się (...) a wszystko to, co było kiedyś zielone i dobre na tym świcie, przepadnie". Doprawdy, przerażająca to wizja.



Część trzecia: Powrót ziela

Na szczęcie nie musi się ona spełnić. Z pomocą elfów i Gandalfa wróg zostaje odparty z Helmowgo Jaru. Wygrano jedną bitwę, lecz do zakończenia wojny jeszcze daleko. Wiele trudności stanie przed miłośnikami ziela nim ostatecznie zniszczą pierścień. W trzeciej części sagi bohaterowie palą nieustannie. W niemal każdej scenie można dopatrzyć się dymiącej fajki, nie ma więc większego sensu przytaczanie każdej konkretnej sytuacji. Także sprawa postępującego uzależnienia Froda rozwija się zgodnie z przewidywaniami. Coraz częściej sięga on po pierścień, przestaje ufać Samowi, zamyka się w sobie nie bacząc na ryzyko. Nie mniej, na uwagę zasługują dwie konkretne sceny z udziałem fajkowego ziela.

Jedna z nich ma miejsce na uczcie z okazji wygranej bitwy. Kamera w czasie długiej panoramy ukazuje salę wypełnioną biesiadnikami. Każdy z obecnych trzyma w dłoni pokaźnych rozmiarów kufel wypełniony trunkiem. Merry i Pippin tańczą na stole w radosnym uniesieniu. Jednak pośród zebranych znajduje się ktoś, kto nie odnajduje radości w gremialnym pijaństwie. To Aragorn, z poważną miną wychodzi z budynku zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz oczywiście dobywa fajki, ale nim zdąży ją nabić spostrzega Legolasa. Podchodzi do niego, jak mniemam, by wspólnie zapalić. Ale elf tylko spogląda na niego zamglonymi oczyma, po czym odwraca wzrok w stronę nocnego nieba i wygłasza niejasną, acz dosyć natchnioną, mowę o gwiazdach. Można zatem przypuszczać, że ten wytrawny łucznik opuścił imprezę w tym samym celu co Aragorn, ale zrobił to co najmniej dziesięć minut wcześniej.

Druga ze wskazanych przeze mnie scen to pożegnanie dwóch przyjaciół - Merry i Pippina. Drugi z nich popełnił błąd - w nocy wykradł Gandalfowi palantir, co ściągnęło kłopoty na wszystkich bohaterów. Z tego też względu musi wraz ze starym czarodziejem udać się do Minas Tirith. Podczas rozstania Merry wręcza mu kopertę, na widok której Pippin stwierdza ze zdziwieniem: "Ależ to całe twoje ziele fajkowe". Jednakże przyjaciel nie chce słyszeć o odrzuceniu prezentu, argumentując, iż Pippinowi ziele już się skończyło. "Za dużo palisz" - mówi na końcu, ale trudno powiedzieć, czy jest to wyrzut, czy tylko stwierdzenie faktu. Podejrzewam, iż chociaż obaj towarzysze zdają sobie sprawę z tego, że to właśnie przesada w paleniu doprowadziła do przykrego incydentu z palantirem, wiedzą, że ziele bardziej przyda się Pippinowi w jego ciężkiej podróży.

Najważniejszą cechą, odróżniającą "Powrót króla" od poprzednich części trylogii jest to, iż temat marihuany po raz pierwszy ulega w nim zmetaforyzowaniu. Także tym razem mam na myśli dwie konkretne sceny. Gdy, po długim i wyczerpującym pojedynku z ogromnym pająkiem - Szelobą, Frodo zostaje wreszcie pokonany, bestia tworzy wokół niego coś na kształt kokonu. Biały, podłużny, w przekroju zaś okrągły - czyż nie przypomina on ogromnego skręta, podobnego do tego, jaki pojawił się w "Strasznym filmie 2" Keenena Ivory Wayansa? Nie dziwi zatem wyraz radosnego zdumienia, jaki maluje się na twarzach szczęśliwych orków, którzy znajdują tego osobliwego jointa.

Mimo to za najciekawszą scenę filmu uważam tę, w której oddziały przywróconych do życia wojowników, dotąd pogrzebanych we wnętrzu góry, przyłączają się do bitwy o Minas Tirith. Początkowo wyglądają oni jak mordercze afrykańskie mrówki, gdy chmarą zalewają pole bitwy pożerając wszystko, nawet ogromne olifanty. Jednak już w kolejnym ujęciu zostaje pokazane całe miasto w planie pełnym. Wówczas oczom widzów ukazuje się widok naprawdę zapierający dech w piersiach. Zmarli wyglądają niczym ogromna zielona chmura, która wtłoczona do twierdzy pokonuje zło, wypiera je, aby zastąpić życiodajną siłą. Jest to prawdopodobnie największa w historii kina deklaracja zbawiennego działania marihuany na organizmy żywe. Szokująca, zapewne, ale czyż prawdziwie wolna sztuka nie powinna szokować?

W filmie tym nie zapomniano także o amfetaminie, choć jej udział jest znacznie mniejszy od tego, czego można by się spodziewać w poprzednim epizodzie. Sprawa ta w zasadzie tylko raz zwraca uwagę: gdy władze miasta nie chcą przystąpić do walki, argumentując brakiem odpowiednich sił, Pippin odpowiada na ich narzekania: "ale mamy białego czarodzieja, a to już coś na początek". Słowa te równie dobrze pasowałyby do młodzieżowego filmu imprezowego, wypowiedziane w kontekście prywatki niezbyt dobrze zaopatrzonej w alkohol, marihuanę, dziewczęta etc.

Epilog: Porządki w rewirze

W finałowych scenach "Powrotu króla" pierścień wpada wreszcie do ognistej rzeki lawy, gdzie ulega zniszczeniu. Siły ciemności zostają pokonane, a wielkie oko Saurona upada. To, co było zielone i dobre, zostało ocalone. Drużyna pierścienia zostaje na powrót scalona, a hobbici mogą oddać się radościom wspólnego łaskotania. Jednak na zawsze zmieniony przez swoje uzależnienie Frodo nie może powrócić do życia w nieświadomym niczego społeczeństwie Shire. Ziele fajkowe już nigdy nie będzie mu smakowało tak samo. Wraz z nim odchodzi też Gandalf - ostatni porządny dealer opuszcza Sródziemie. W wiecznie zielonych krainach zachodu będzie mógł przejść na emeryturę.

Jeden z moich znajomych, po obejrzeniu trzeciej części sagi, powiedział: "Peter Jackson, facet, który robił dziwne filmy w Nowej Zelandii, wydał teraz miliony cudzych dolarów na monumentalny fresk, tylko po to, aby powiedzieć, że w Hollywood jest fajnie i dużo się jara". Jest to może wniosek dość szokujący, ale jeśli wziąść pod uwagę nietypowe poczucie humoru reżysera, prezentowane w takich arcydziełach kinematografii jak "Bad Taste", "Meet the Feebles", "Martwica mózgu" czy (choć już w nieco złagodzonej formie) "Niebiańskie istoty", to nie wydaje się tak całkiem niedorzeczny. Jeśli zaś jest prawdziwy, to jedno jest pewne: "Władca pierścieni" to najdroższe wyznanie zdeklarowanego palacza marihuany w historii kina i ludzkości w ogóle. Chyba tylko z tego względu warto je zapamiętać.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka |