| |

Muzyka - Wydarzenie
ELEKTROLOT
Elektrolot
Marcin Ziętek - bas
Daniel Pigoński - instrumenty klawiszowe
Bartek Weber - gitara, sampler
Stylistyka Elektrolotu jest trudna do zaklasyfikowania. Brzmienie zespołu jest połączeniem rytmów analogowych automatów perkusyjnych, wydobywanych ze starego NRD-owskiego klawisza Vermona, analogowych syntezatorów, bezprogowego basu (często przetwarzanego przez efekty), gitary elektrycznej oraz samplera (gitara samplowana jest na żywo). Grupa płynnie przechodzi od banalnych melodyjek do ciężkich, mechanicznych rytmów i awangardowych brzmień, by w końcu połączyć oba pozornie sprzeczne światy w jeden szalony, lecz spójny obraz. Zespół śmiało zapuszcza się w rzadko odwiedzane rejony muzyczne, a jego członkowie bez wahania przyznają, że niczego podobnego wcześniej nie słyszeli.
24 czerwca 2002 do sklepów trafiła debiutancka płyta Elektrolotu pod nazwą "Elektrolot", wydana przez Teeto Records. Otrzymała bardzo dobre recenzje.
"12 utworów, 45 minut muzyki, jakiej prawdopodobnie nie usłyszycie nigdzie indziej. Kompozycje brzmią jak ilustracja do dziwnego filmu. Są tu zarówno rytmiczne, transowe melodie, jak i jazgotliwe, zupełnie znikąd atakujące słuchacza dźwięki, które raz mrocznie straszą, innym razem rozśmieszają, bo brzmią jak melodyjka z dobranocki. Album kończy się jednym z najciekawszych utworów Elektrolotu pt. Hipnorefren, który brzmi jak najczarniejszy z czarnych koszmarów kataryniarza. Debiutancki album tria można by na siłę zakwalifikować do muzyki chilloutowej, jest ona jednak zbyt niepokojąca, by się przy niej swobodnie relaksować". (Łukasz Kamiński, "Gazeta Wyborcza").
"Nie wiem, czy Marcin Ziętek lubi francuską grupę Magma, ale jego gitara basowa ma równie potężne, niskie brzmienie, co w tym charakterystycznym zespole. Nie wiem, czy Daniel Pigoński często słucha nagrań z kręgu psychodelii wczesnych lat 70., ale w jego grze mnóstwo jest energii i inwencji przypominających tamtą epokę. Nie wiem też, czy Bartek "Baaba" Weber ma w domu kolekcje zgranych na wideo starych dobranocek, lecz w jego charakterystycznych melodiach pobrzmiewają gdzieś cały czas. W każdym razie wszyscy trzej jako Elektrolot stworzyli muzykę, jakiej do tej pory nie słyszałem, i to jest najważniejsze. Nużące mielizny dwóch czy trzech nagrań z tej płyty nie zburzą obrazu całości - bardzo atmosferycznej, kolażowej, filmowej wręcz muzyki instrumentalnej, pełnej napięcia, ale zarazem wpadającej niekiedy w lekko funkową wibrację. Dobry towar na eksport - boję się, że w kraju może przejść trochę niedoceniony". (Bartek Chaciński, "City", lipiec 2002).
"Elektrolot współtworzą muzycy znani z m.in. Baaba (Bartek Weber) i Pustek (Daniel Pigoński) i gdy zastanowić się, co łączy te, tak przecież różne, projekty, doszukać się można wspólnego zamiłowania do poetyki Ťperyferyjnejť - artyści, każdy na swój sposób, celebrują ożywczą niedojrzałość, lubią brzmienia naturalne, chwalą piękno zabrudzone i niesterylne. Elektrolot zdradza dość podobne tęsknoty, wyraża je jednak całkowicie odmiennie. Trzej muzycy (ten trzeci to Marcin Ziętek) szukają po prostu inspiracji tam, gdzie mało kto zagląda - w zakurzonych rewirach muzycznego skarbca. Elementy ludyczne, ilustracyjność niczym z Ťteatru dziwówť (melodyka czasem katarynkowa, to znów sugestywnie nastrojowa) i niemal dziecięca radość eksperymentowania doskonale korespondują z innymi, bardziej Ťakademickimiť odniesieniami (
) Większość pomysłów jednak co najmniej intryguje - ciekawie gra gitara, czasem no-wave'owa, to znów Ťcosmic funkyť, nieźle brzmi tkanka elektronicznych szmerów, choć i tak o wydźwięku całości decydują głównie doskonale zaaranżowane analogowe klawisze. Zasługą Elektrolotu jest też umiejętność zderzania elementów pozornie niezbornych - brzmienia niczym z klasyków psychodelii (np. Sacreful Of Secrets Floydów) zyskują dodatkową siłę wyrazu w zderzeniu z pajęczyną trzasków, zgrzytów i repetecyjnych sampli. Ja najbardziej lubię kawałki nr 2 i 6, które są jakoby uwspółcześnioną - po doświadczeniach nowojorskiej awangardy, industrialu i hip hopu - wersją fusion. Gdy sekcja gra nieco w tle, bas wysyła jedynie delikatne bodźce, a oszczędne beaty tykają jak metronom, muzycy mogą rozwijać swe fantazyjne wariacje - pulsująca powierzchnia loopów i pogłosów oraz hipnotyczne klawisze kreują wtedy medytacyjną przestrzeń niczym In A Silent Way Davisa, a Elektrolot odlatuje wysoko ponad rzeczywistość rodzimego zaścianka". (Łukasz Lubiatowski, Kaktus nr 3/2002).
|
|