| |

Plastyka - Rekomendacje
Przyzwyczailiśmy się już do tego, że prace Jadwigi Sawickiej ujawniają sensy skrywające się pod powierzchnią banalnych konstatacji i frazesów. Jednak to, co świetnie działa w mikroskali, często zawodzi w skali makro.
NIC W ŚRODKU?

Wydaje się, że Sawicka padła ofiarą nadmiaru. Kalendarze, które świetnie "zagrały" w Małym Salonie Zachęty, zdublowane na parterze i pierwszym piętrze Bunkra Sztuki sprawiają wrażenie powtórki. Niby wszystko jest w porządku, wszak artystka od lat opiera swoje działania na zasadzie recyklingu, bazując na przedmiotach i słowach z odzysku. Rzecz jednak w tym, że tracimy orientację co do tego, czy mamy do czynienia z wystawą problemową, czy też - co sugeruje bogato ilustrowane kalendarium zamieszczone w katalogu ekspozycji - retrospektywą.

To pomieszanie pojęć nie umniejsza jednak faktu, że w Krakowie pokazano kilka prac iście znakomitych. Tych doskonale znanych wszystkim, którzy choć trochę interesują się współczesną sztuką polską, oraz premierowych, jak "Jezus Maria" i "Chryste Panie". Wypisane na niepodtrzymujących niczego filarach, po wielokroć wzywane nadaremnie imiona boskie jaśnieją sztucznym światłem, które tym boleśniej uświadamia, jakiej uległy deprecjacji. Degradacja znaczeń, "utrata energii i brak sprężystości ciał" jest przewodnim wątkiem krakowskiej ekspozycji. Zawieszone w pustce sterylnego tła elementy garderoby, maski i kokardy, a także pojawiających się w najnowszych pracach pudełka, tracą swój pierwotny sens. Fotografując, malując bądź lepiąc ich miniaturowe modele z plasteliny, artystka zmienia ich statut. To, co zdawało się dobrze oswojone, staje się obce. Forma ubrań domaga się wypełnienia. Kusi, by dopisać im jakąś historię, by umieścić je w kontekście, ale brak nam do tego jakichkolwiek podstaw. Opakowanie jest puste. Zresztą nie ono jedno.

Puste są też frazesy, którymi jesteśmy na co dzień karmieni. Wystarczy jednak drobne przesunięcie znaczeń, np. znak zapytania dodany do przedwyborczego hasła, by zyskało one nowe, niespodziewane sensy. Sawicka pyta: "Czy Polska cię kocha?", dając tym samym wyraz własnej frustracji. Wszak, podobnie jak my, domaga się jedyne odrobiny uwagi i uczucia. Nie jest rebeliantką, raczej ironistką dopisującą do obserwowanych przez siebie zdarzeń własny komentarz. Nie moralizuje, ani nie proponuje żadnej utopii, po prostu częściej niż inni ma odwagę powiedzieć, że za sloganami nic się nie kryje, że "Nic nie ma w środku". Szkoda tylko, że widzowie wystawy zbyt dosłownie potraktowali jej tytuł i nikt nie podjął rzuconego przez artystkę wezwania. Nikt nie powtórzył jej pytania, nie oderwał skrawka ulotki z numerem telefonu któregoś z urzędów państwowych. Magia white cube zadziałała. Trochę szkoda, choć na pocieszenie można dodać, że cukierki w Galeria Potocka, sprowokowały do działania zdecydowanie większą grupę miłośników sztuki.
Jadwiga Sawicka "Nic w środku". Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki. Kraków, 1 kwietnia - 4 maja 2003; "Słodki upominek". Galeria Potocka. Kraków 3 kwietnia - 15 maja 2003.
Choć prezentacja "Partii" w Galerii Foksal zakrawa na żart, wcale nim nie jest. Podobnie jak stwierdzenie, że malarstwo abstrakcyjne może mieć wiele wspólnego z socrealizmem.
GRY Z PRZESZŁOŚCIĄ
Postmodernizm przyzwyczaił nas do różnorakich gier z przeszłością, jednak tym razem jej dekonstrukcja staje się punktem wyjścia bardzo osobistego, wręcz intymnego dialogu artystycznego z własną przeszłością. Punktem wyjścia wystawy na Foksal jest bowiem nie tyle pisana wielką literą Historia, uosobiona przez sternika, strzaskaną już dawno ikonę Partii, ile niepozorny obraz "Włodek na balkonie". Przynależący do historii rodzinnej, zwyczajnej wizerunek odwróconego tyłem, jasnowłosego chłopca w krótkich spodenkach. Portret Zakrzewskiego namalowany przez... Zakrzewskiego.
Brak imienia artysty przed lakonicznie brzmiącym tytułem wystawy, podobnie jak datowanie pokazywanych na Foksal obrazów na lata 1949-2003, nie są pomyłką. Przewrotność tej koncepcji ekspozycji polega bowiem na zderzeniu ze sobą prac ojca i syna. Zakrzewski junior patrząc na siebie oczyma ojca, wchodzi z nim w artystyczny dialog. Stary obraz staje się miejscem spotkania różnych pokoleń artystów i różnych sposobów obrazowania świata. Tworząc kopie prac ojca, w tym ołówkowy szkic narysowany bezpośrednio na ścianie galerii, syn nie unicestwia oryginałów, lecz dopisuje ich dalszą historię. Próbując zrekonstruować przeszłe emocje, maluje te, jakie dziś towarzyszą oglądaniu obrazów ojca. Zestawia ze sobą różne sposoby malowania, otwiera się na nie tak, jak kiedyś otworzył swoje abstrakcyjne malarstwo na formy zaczerpnięte z rzeczywistości. To jeszcze jedna nić dialogu prowadzonego na Foksal. Może najważniejsza.
Zakrzewski "Obrazy z lat 1949-2003". Galeria Foksal. Warszawa. Marzec - kwiecień 2003.

Pokazane w Fundacji Galerii Foksal nowe rzeźby Mirosława Bałki mogą zaskakiwać swoją przewrotnością.
PRZESTRZEŃ ŻYCIOWA


W słoneczny, wiosenny dzień są niemal niewidoczne, wtapiając się w przestrzeń ekspozycyjną Fundacji Galerii Foksal, modernistyczny white cube, z którego okien rozciąga się widok na Pałac Kultury. Dopiero o zmierzchu, dokonuje się ich transformacja. Rzeźby przekształcają się w lampy. Emanujące z nich, wewnętrzne światło, dotąd ledwie dostrzegalne, oświetla galerię. Wyrazistsze stają się kontury rzeźb: nagrobka i trampoliny. Nic nie jest tu jednoznaczne. To, co ciężkie, statyczne zyskuje na lekkości. Wywrócony do góry nogami nagrobek, z pozoru niczym nie różniący się od tysięcy mu podobnych, jakie ujrzeć można na polskich cmentarzach, zdaje się lewitować pod sufitem galerii. Jakby tego było mało, na jego płycie siedzi mała, plastikowa żabka. Kto stanął na głowie? Zamknięta w pomnikach przeszłość, czy my, którzy przypominamy sobie o niej tylko od święta, gdy zapalamy na grobach znicze.
Pamięć, czy szerzej historia, przypomina o sobie w jeszcze inny sposób. Nagrobek, gdy patrzeć na niego frontalnie, wpisuje się w kratownicę okien galerii, zaś krzyż przesłania częściowo widok na Pałac Kultury. Dwa symbole stapiają się ze sobą, . Nagrobek Bałki aluzyjnie przypomina też o przedstawiających podtarnowskie kościółki, "odwróconych" obrazach Wilhelma Sasnala, jakie w Fundacji Galerii Foksal można było oglądać przed blisko rokiem. "Lebensraum", wbrew nachalnie nasuwającym się konotacjom historycznym, oznacza bowiem przede wszystkim przestrzeń pomiędzy codziennością a odświętnością, teraźniejszością a przeszłością, życiem a śmiercią. Historia nie musi być ciężarem - przekonuje Bałka, może unosić się nad nami niczym różowy balonik. Trzeba tylko lekko przesunąć znaczenia i odbić się z świetlistej trampoliny, by dostrzec niezwykłość, przyziemnych, zdawałoby się, przedmiotów.
Mirosław Bałka: " Lebensraum". Fundacja Galerii Foksal. 10 marca - 11 kwietnia 2003.
Wszyscy dobrze wiemy, że misie nie są złe, gdyby było inaczej, czy tak chętnie fotografowalibyśmy się z nimi i tulilibyśmy się do nich w dzieciństwie?
MISIE NIE SĄ ZŁE!

Szara ściana pomalowana w żółte, białe i fioletowe grochy nie pozostawia ani cienia wątpliwości. Znaleźliśmy się w pokoju dziecinnym. Ale czy tylko? Czy obrazy, z których spoglądają na nas swymi wielkimi, guzikowatymi oczyma Coralgol i miś Uszatek są jedynie sentymentalną reminiscencją dzieciństwa dzisiejszych trzydziestoparolatków? Wystawa w katowickim Sektorze I, zdaje się świadczyć o czymś innym. Pluszowy miś góruje nad pamiętającymi partyjne uroczystości, monumentalnymi schodami wiodącymi na pierwsze piętro Górnośląskiego Centrum Kultury. Podnosi lekko prawą łapę, ni to w geście powitania, ni błogosławieństwa. Wydaje się, że jest taki, jakim zapamiętaliśmy go z dobranocek, miły i przyjazny. Jednak skala tego obrazu budzi niepokój. Miś-gigant nie jest wierną kopią swego telewizyjnego pierwowzoru. Jest idolem przesłaniającym go, popkulturową ikoną, podobnie jak ikoną jest "piękny" pejzaż, przylepiony do ściany galerii rysunek, z wyraźnie wykaligrafowanym napisem "Beautiful". Telewizyjni bohaterowie naszego dzieciństwa zdążyli się już usamodzielnić. Wiodą nowe życie. Nikogo już nie usypiają, są obrazami obrazów. Cóż nam zostało, pójdźmy ich zobaczyć, jeszcze raz się z nimi spotkać, wszak misie nie są złe! Nawet, jeśli są tylko symulacjami.
Robert Maciejuk: "Honey, honey". Galeria Sektor I. Górnośląskie Centrum Kultury. 2003.

Po co malować fraktale? Zwłaszcza dziś, gdy umilkł szum, jaki na początku lat 90. wywołała książka Nataszy Goerke, i kogokolwiek przestało dziwić posługiwanie się przez humanistów pojęciami zaczerpniętymi z teorii chaosu.
ZBIÓR SZCZERBOWSKIEGO

Odpowiedzi na tak postawione pytanie może być kilka. Podobnie jak można znaleźć kilka powodów, dla których warto zobaczyć najnowsze, fraktalne obrazy Roberta Szczerbowskiego. Na pierwszy rzut oka "Algorytmy", "Bifurkacje", "Trójkąt Sierpińskiego" i "Zbiór Mandelbrota", które prezentowane są w Galerii XX1, wydawać się mogą formami oczywistymi i dobrze rozpoznanymi, ale gdy podejść do nich bliżej, okazuje się że piksele, na które rozłożyć można obrazy Szczerbowskiego, zostały namalowane farbą olejną na płótnie. Jesteśmy świadkami materializacji wirtualnych struktur i przenoszenia ich do świata rzeczywistego. Po raz kolejny okazuje się, że Bóg gra z nami w kości. To, co wydawało się wydrukiem komputerowym, jest czystym malarstwem. Zaś to, co uważaliśmy li tylko za wytwór nowoczesnej technologii, zdaje się, całkiem niespodziewanie, odsyłać nas ku sferze metafizyki. Malarstwo fraktalne jest bowiem dla Szczerbowskiego doświadczeniem parareligijnym, stopniowym wprowadzaniem się w stan medytacji, która, jeśli tylko będziemy odpowiednio długo wpatrywać się w jego obrazy, stać się może także naszym doświadczeniem. Zapewne nie ostatnia to niespodzianka, jaką kryją w sobie fraktale. Wszak dopiero rozpoczęliśmy podróż do ich wnętrza.
Robert Szczerbowski: "Obrazy fraktalne". Galeria XX1. Warszawa. 7 marca - 13 kwietnia 2003
|
|