| |
Film - kino popularne
Grzegorz P. Kowalski
DROGI WIDZU, TO SIĘ NIE DZIEJE NAPRAWDĘ...
Próba analizy "Podziemnego kręgu"

Minęły już cztery lata od premiery "Podziemnego kręgu" (Fight Club) - najlepszego, moim zdaniem, filmu w dorobku Davida Finchera, lecz dzieło to nadal nie daje mi spokoju. Wciąż oglądam go oszołomiony, próbując zrozumieć, w jaki sposób udało się reżyserowi osiągnąć taką siłę wyrazu. Zdumiewa mnie też fakt, że film przeszedł w Polsce niemal niezauważony, pozbawiony promocji w czasie kinowej premiery, a także zupełnie zignorowany przez rodzimych krytyków i teoretyków filmu. Przypominam sobie na ten temat tylko jeden artykuł w "HA!arcie". Podobnie było ze stanowiącą podstawę scenariusza powieścią Chucka Palahnuika, wydaną jakby po cichu, w tajemnicy. A zapewniam, że jest o czym pisać.
Nie chce zajmować się tutaj analizą psychoanalityczną, o którą dzieło aż się prosi. Postać Tylera, jako wyraz freudowskiego Id, cała masa kompleksów czy feministyczny opis postaci Marli to tematy na całe książki. Podobnie jest z socjologicznym tłem filmowych wydarzeń - społeczeństwo konsumenckie i efekty uczestnictwa w "wyścigu szczurów" chyba jeszcze nigdy w historii kina nie zostały tak ostro zaatakowane (może z wyjątkiem "Upadku" Joela Schumachera), a radosny terroryzm z wysadzaniem budynków włącznie nabiera zupełnie nowego znaczenia po wydarzeniach 11 września 2001 roku. Jednakże nie tym chciałbym się zająć, lecz pewną charakterystyczną cechą filmu, którą David Bordwell nazywa "wysoką samoświadomością dzieła". Brzmi to może dosyć zagadkowo, chodzi jednak po prostu o obnażanie przez twórców "filmowej maszynerii". Tego, że podczas projekcji mamy do czynienia z fikcją, a nie z rzeczywistością. "Podziemny krąg" na wiele różnych sposobów próbuje przekazać widzowi podstawową prawdę - iż jest tylko filmem. W niniejszym teście postaram się te sposoby scharakteryzować.

Aby dalszy wywód był zupełnie jasny, konieczne będą pewne wcześniejsze ustalenia. Po pierwsze: nazwiska głównego bohatera filmu, granego przez Edwarda Nortona, nigdy nie poznajemy, w napisach końcowych określony jest mianem Narratora i tak właśnie będę go nazywał. Większość recenzentów nazywała go Jackiem, wolałbym jednak uniknąć tego błędu, gdyż z całą pewnością nie tak brzmi jego imię (jest on co najwyżej całkowitym brakiem zaskoczenia Jacka, słodką zemstą Jacka, palącym poczuciem izolacji Jacka, zmarnowanym życiem Jacka etc.). Najprawdopodobniej nazywa się Tyler Durden, lecz tak też nie mogę go określać. Po drugie: choć w rzeczywistości filmowej stanowi wraz z Tylerem (w tej roli Brad Pitt) jedną postać, to jednak trzeba ich wyraźnie odróżnić.
Czas przejść do samego filmu. Jak już pisałem, podczas jego oglądania widz jest w pewien sposób oszukiwany, ale oszustwa te same się demaskują i to na różnych poziomach. Najpierw zajmę się poziomem fabularnym. Tyler - jeden z dwóch głównych bohaterów filmu, okazuje się w finale wcale nie istnieć. Przez cały czas trwania akcji jest tylko projekcją chorego umysłu Narratora. Gdy prawda zostaje ujawniona, zdecydowana większość widzów przeżywa szok - takiego rozwiązania nikt się nie spodziewał. A przecież było ono wielokrotnie podpowiadane. "Ależ byłem głupi" - pomyśli widz i zaraz przypomni sobie co najmniej kilka przesłanek, które powinny były naprowadzić go na właściwy trop: zdziwienie Marli, gdy Narrator powiedział jej, że Tylera nie w domu; głos zza kadru, w czasie samookaleczania się Narratora w biurze szefa, mówiący: "Nie wiem dlaczego przypomniała mi się moja pierwsza walka z Tylerem", Tyler opuszczający wraz z bagażem swoje miejsce w samolocie tak, jakby właśnie zamierzał wysiąść (zaznaczam: w połowie lotu). Takich scen było wiele, a jednak widz przeoczył je wszystkie, czy może raczej widział je, lecz zapomniał o nich i przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy wszystko było już jasne. Dlaczego? Bo widz bezgranicznie ufa Narratorowi, wierzy we wszystko co ten mu pokaże, nawet jeśli dochodzi do sprzeczności.
Weźmy dla przykładu taką sytuację: Narrator, widoczny w półzbliżeniu, rozmawia przez telefon z Marlą, która chwilę wcześniej połknęła zbyt dużo tabletek nasennych i oczekuje śmierci. Interesuje mnie sam koniec rozmowy. Narrator kładzie słuchawkę na aparacie, nie przerywając jednak połączenia i wychodzi na prawo. Słychać jakiś trzask - to Tyler trenuje w sąsiednim pokoju. Marla mówi: "Słyszałeś kiedyś oddech śmierci?". Ściemnienie. Później oglądamy scenę erotycznego zbliżenia, rozmowę Narratora z Marlą, a po jej wyjściu z Tylerem. Potem zaś powrót do sceny przy telefonie. Kompozycja kadru jest identyczna jak poprzednio, słuchawka już leży na aparacie. Żadnego trzasku, po cichu z sąsiedniego pokoju wchodzi Tyler. Marla mówi: "Słyszałeś kiedyś oddech śmierci?", gdy Durden zbliża się do telefonu. Niby widzimy to samo ujęcie, a przecież jest ono zupełnie inne. Dlaczego? Bo Narrator poznając kolejne fakty zmienia wersję wydarzeń. Jednak widz nie domyśla się, że skoro raz się pomylił, może być w błędzie przez cały czas.

Jednakże ten sposób oszukiwania widza jest mało interesujący, niewiele ma wspólnego z techniką filmową. Identyczną sytuację można by stworzyć na kartach powieści. Ale na tym się nie kończy. Wiarygodność obrazu jest w "Podziemnym kręgu" wystawiana na inne, dużo ciekawsze próby. Zaczyna się od prostego tricku. Kiedy pierwszy raz spotykamy Tylera? Na lotnisku - odpowie widz - mija Narratora na ruchomym chodniku. Czy na pewno? Otóż nie. Zanim dochodzi do spotkania na lotnisku, widzimy Durdena już czterokrotnie. U lekarza, na spotkaniu mężczyzn cierpiących na raka jąder, między kserokopiarkami i w ciemnej uliczce, w którą odchodzi Marla. Za każdym razem pojawia się niczym duch, tylko na jednej klatce, wklejony za pomocą komputera między innych bohaterów. Jedna dwudziesta czwarta część sekundy - tylko tyle - nikt tego nie zobaczy przy pierwszym odbiorze filmu. Więc po co? Może po to, aby dowieść, że Narrator jest chory, że postać Tylera nie opuszcza go już od dłuższego czasu. Ale może, jak sądzę, chodzi tu o coś innego. Kilka scen później Narrator opowiada o nocnej pracy swego nowego przyjaciela. Jako kinooperator Durden wkleja klatki z "pornosów" do filmów familijnych. Rodzice są zdziwieni, dziecko zaczyna płakać. Narrator mówi: "Nie wiedzą o tym, ale dobrze widzieli." - tak samo jak widzowie "Podziemnego kręgu". Film manipuluje nimi, aby później wyjaśnić, jak to robi.
Ta sama scena objawia nam inne tajemnicze umiejętności Tylera Durdena. Gdy Narrator mówi o kropkach, widzianych w rogu ekranu przy zmianie projektora, drugi z bohaterów unosi palec i właśnie taką kropkę wskazuje. Dziwne to zachowanie sugeruje, iż wie on, że nie jest prawdziwym człowiekiem, tylko postacią na taśmie filmowej, a do tego bez zahamowań przypomina o tym widzowi, automatycznie burząc całą iluzję. Z podobną sytuacją mamy też do czynienia w scenie, w której Marla i Tyler uciekają z jej mieszkania, zaraz po opisywanej już przeze mnie rozmowie telefonicznej. Gdy para bohaterów kończy rozmawiać, na ścieżce dźwiękowej zaczyna się muzyka - jedna z kompozycji The Dust Brothers. W kolejnym ujęciu wychodzą na korytarz, chowają się przed policją i zbiegają po schodach. Przez cały ten czas utwór jest słyszalny tak samo głośno. Można więc założyć, że jest to dźwięk spoza świata przedstawionego, a więc bohaterowie go nie słyszą. Ale gdy oboje chowają się przed policją, Tyler "tańczy" przez krótką chwilę, poruszając się w rytm muzyki, której słyszeć nie może. A jednak słyszy ją, nic sobie nie robiąc z zasad filmowej narracji.
Spośród tych dziwnych działań bohatera chyba najzabawniej wypada pokazywana w filmie dwa razy rozmowa z pobitym i sterroryzowanym narratorem na ostatnim piętrze wieżowca. Gdy widzimy tę scenę po raz pierwszy, na samym początku filmu, na prośbę Tylera o komentarz do całej sytuacji Narrator odpowiada: "Jakoś nic nie przychodzi mi do głowy" (I can't think of anything). Gdy zaś pytanie Durdena pojawia się ponownie na końcu, po retrospekcji, którą była cała opowiedziana historia, zdanie to brzmi już: "Jakoś wciąż nic nie przychodzi mi do głowy" (I still can't think of anything). Na te słowa drugi z bohaterów uśmiecha się lekko i dodaje: "Humor retrospektywny" (Flashback humor), ponownie kpiąc z hollywoodzkich zasad stylu zerowego.

To jeszcze nie wszystko. Wiara widza w filmową rzeczywistość zostaje podważona jeszcze raz i to w sposób najbardziej bezpośredni. Gdy nagle, ni z tego ni z owego, pojawia się na ekranie postać Tylera, stojąca samotnie w jednym ze zniszczonych pokoi mieszkania przy Paper Street, i zaczyna mówić wprost do widza, patrząc bezpośrednio w obiektyw kamery, obraz zaczyna się trząść. Początkowo tylko lekko drży, później coraz mocniej i mocniej, aż wreszcie z brzegów ekranu ukazują się charakterystyczne jasne plamki - perforacja taśmy filmowej. Gdy więc Durden poucza widza, że nie jest zawartością swojego portfela, całe ujęcie zdaje się krzyczeć: "To tylko film, to się nie dzieje naprawdę!". Widz jednak wciąż niczego nie widzi. Do widza trzeba mówić prościej.
Gdy więc dochodzi do pojedynku między dwoma protagonistami na podziemnym parkingu, nawet najgłupszy widz wie już, że jednego z nich wcale tam nie ma. Niepotrzebne wydaje się przypominanie mu o tym po raz kolejny. Mimo to, w czasie trwania tej sceny, kamera pięć razy ukazuje monitory, przy których powinien stać strażnik pilnujący bezpieczeństwa parkingu. Cztery razy na monitorze widzimy Narratora w czasie konfrontacji z Tylerem, ale na monitorach widać tylko Edwarda Nortona. Kamery bezpieczeństwa informują więc, że Narrator strzela w furgonetkę, przed którą nikt nie stoi, sam się przewraca, sam ciągnie się za włosy i sam zrzuca się ze schodów. Czym są monitory? Ostatecznym świadectwem prawdy, gwarancją, że to co nam pokazano, było kłamstwem? Zaraz, zaraz. Czy to aby nie jest paradoks? W filmie, który cały był wielkim kłamstwem, szukamy dowodów prawdy? W jednym, kłamliwym ekranie, ma być drugi, prawdomówny ekran? Wolne żarty. Po wszystkich tych oszustwach reżyser filmu ostatecznie kpi z widza, znów wystawia na próbę jego spryt, a może po prostu zdrowy rozsądek. "Byłem głupi" - myśli widz - "ale teraz się nauczyłem. Inne filmy też będą chciały mnie oszukać, ale ja się nie dam, bo teraz posiadłem mądrość". Doświadczony widz w nic już nie wierzy, nawet w obraz na czarno-białych monitorach bezpieczeństwa, bo one też są częścią świata przedstawionego, w całej swej istocie przesiąkniętego fikcją. Dlaczego więc, gdy w ostatnim ujęciu filmu przez jedną zaledwie klatkę widać (używając słów znanego nam kinooperatora) "wielkiego fiuta", połowa osób siedzących w kinie odwraca się i nerwowo spogląda w stronę kabiny projekcyjnej. Czyżby spodziewali się tam zobaczyć samego Tylera Durdena?
W "Grze", wcześniejszym filmie Finchera, jest taka scena: bohater grany przez Michaela Douglasa wpada wraz z samochodem do rzeki. Pojazd zaczyna tonąć, uwięziony w nim pasażer dodaje sobie otuchy, mówiąc: "To się nie dzieje naprawdę, to tylko gra". Oczywiście ma rację, przecież to tylko "Gra", film pod takim tytułem. Demaskatorskie zapędy amerykańskiego reżysera rozwinęły się, jego bohaterowie zyskują coraz większą autonomię. Obok opowiadania historii Fincher poucza swych widzów, a może tylko z nich pokpiwa. Choć jego ostatni film - "Azyl" - okazał się sporym zawodem, to ciągle mam nadzieję, że Fincher nie stracił swojego "pazura" i jeszcze mnie czymś zaskoczy.
|
|